Odebrałem od niego 200 tysięcy złotych i tą ruską “tetetkę”, po czym wróciłem do Namysłowa. Nie przypuszczałem wtedy, że tu już UB na mnie czeka.
– Gdy brata przywieźli do Urzędu Bezpieczeństwa w Radomsku, oficer, który obejrzał jego papiery powiedział mu, że jest wolny i nic do niego nie ma – wspomina Stanisław Nowak. – Brat miał bowiem zaświadczenie o ujawnieniu i obejmowała go amnestia. Wrócił do domu, ale długo w Kraszewicach nie pomieszkał. Natychmiast po okolicy rozeszła się wiadomość, że bandyta wrócił do domu. Miejscowi kraszewiccy komuniści obserwowali każdy jego krok, niedwuznacznie dając do zrozumienia, że czekają tylko na okazję, żeby go dopaść. Brat na to nie czekał, tylko wyjechał do Wrocławia. Tam trzykrotnie zmieniał pracę. W końcu przeniósł się do Bolesławca, gdzie kolega zaproponował mu pracę w Urzędzie Skarbowym. Warunki miał tam bardzo dobre. Wynajął pokój z niekrępującym wejściem u jednych państwa, a stołował się w restauracji nic za to nie płacąc. Jako urzędnik skarbowy był bowiem życzliwy dla prywatnej inicjatywy. Gdy brata odwiedziłem, też z nim chodziłem na pyszne obiady w tej restauracji.
Sfrustrowany sytuacją
– Brat jednak był dalej sfrustrowany panującą sytuacją. Dalej posiadał broń, rosyjską „tetetkę” i martwiłem się, żeby nie zrobił z niej użytku tym bardziej, że miał on niesamowitą fantazję. Bardzo się tym niepokoiłem, że zrobi coś głupiego. Pewnego dnia, chyba po dwóch tygodniach mojego pobytu u brata, wsiadł on na rower i pojechał, by się przewietrzyć. Po jakimś czasie wrócił, ale z dwiema „tetetkami”. Bardzo się tym przeraziłem. By zdobyć rosyjską „tetetkę”, musiał bowiem kogoś zastrzelić. Był zaś w takim nastroju, że zabicie kogoś nie stanowiło dla niego problemu. Gdy spytałem go, co się stało, okazało się, że jak jechał rowerem, to zobaczył, jak ruski lejtnant z NKWD gwałci kilkunastoletnią dziewczynkę. Podszedł do niego z tyłu i strzelił. Lejtnant był tak zajęty swoją czynnością, ze go nie zauważył. Dziewczyna uciekła, a brat zabrał mu pistolet i przyjechał do mieszkania. Pojechaliśmy z bratem zaraz na miejsce, by zatrzeć ślady. Trup leżał na skraju lasu. Natychmiast go rozebraliśmy do naga i wrzuciliśmy do jamy po wywróconym drzewie. Wszystkie jego rzeczy łącznie ze skarpetkami i butami brat zabrał do worka, potem ciął w nocy na kawałki i rano gdzieś zatopił. Bardzo przeżyłem tę sytuację. Ona wciąż śni mi się po nocach. Miałem w rękach legitymację tego lejtnanta. To też był młody człowiek, miał 32 lata. Po zdarzeniu tym brat został w Bolesławcu, a ja wróciłem do domu. Gdy w 1947 r. miał zacząć się rok, pojechałem do Namysłowa, gdzie mieszkając w Bursie u pana Stankiewicza kontynuowałem edukację i jednocześnie pracowałem.
Chciał wyjechać na Zachód
– Brat do mnie przyjechał, dał mi trochę pieniędzy, żebym kupił jakąś kurtkę i buty. Pokój w Bursie miałem obok mieszkania państwa Stankiewiczów. Razem ze mną w pokoju mieszkał jeszcze jakiś Piotrowski, z którym się zaprzyjaźniłem. Brat od czasu do czasu mnie odwiedzał, ale nigdy sam. Zawsze przyjeżdżali z nim ludzie, którzy się nie przedstawiali, a brat mówił, że są z konspiracji. Robili dla nas, czyli mnie, Piotrowskiego i kilku kolegów prelekcje na temat sytuacji ogólnej. Mówili, że powinniśmy być gotowi do wyjazdu na Zachód, a także na to, że rychło może wybuchnąć trzecia wojna światowa, bo napięcie między Ameryką a Sowietami narasta. Takimi naukami nas karmili, choć ja w wybuch wojny nie wierzyłem, nie widziałem też sensu dalszego zbrojnego oporu, bo sytuacja się stabilizowała, a komuniści byli coraz mocniejsi. Mnie się ci agitatorzy nie podobali. Byli dla mnie „ciemnymi typami”. Mieli dużo pieniędzy i ich wizyty kończyły się najczęściej w takiej restauracji na obszarach Namysłowa, w której urzędowaliśmy po trzy dni. Pewnego razu z Bursy odprowadzałem na stację kolegę, który mnie odwiedził. Szliśmy wzdłuż torów, bo Bursa znajdowała się na przedmieściach miasta. Nagle widzę, że w moja stronę przyspieszonym krokiem idzie brat. Odwołał mnie na bok i mówi mi – ratuj mnie! Jestem poszukiwany i depczą mi po piętach! Przeraziłem się i spytałem, na czym to ratowanie ma polegać, bo prawdę powiedziawszy miałem już tego wszystkiego dość. Powiedział mi, że jutro mam pojechać do Wrocławia do konspiracyjnego mieszkania i zabrać z niego „tetetkę” tego ruskiego oficera i pieniądze, dużo pieniędzy, które w tym mieszkaniu są rzechowywane.
Nie mogłem spać
– Brat dodał też, że jak tylko wrócę, będziemy szykować się do przerzutu przez granicę, bo inaczej zostaniemy aresztowani. Na koniec ostrzegł mnie, żebym przed wejściem do tego mieszkania poobserwował je, czy nie ma w nim kotła. Przed wyjazdem do Wrocławia musiałem coś zrobić z bratem. Nie chciał iść do Bursy. Zaprowadziłem więc go do kolegi z Namysłowa, który mieszkał w domku jednorodzinnym jakieś 200 metrów od Bursy. Sam do niej na noc wróciłem. Po przekazaniu tej informacji brat poszedł na jakąś melinę, a ja do Bursy. Całą noc nie mogłem spać. Piotrowskiego nie było. Przyjechał chyba o pierwszej w nocy razem z Siedleckim, naszym kolegą z Wrocławia, który też należał do konspiracji. Ja nie mogąc spać tak jak oni, wstałem o czwartej rano i nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca, udałem się na stację. Po drodze spotkałem dwóch mężczyzn, którzy weszli do bursy. Od razu poznałem, że to ubowcy. Mieli oni taki specyficzny sposób poruszania się , że można ich było rozpoznać z daleka. Później okazało się, że szli po mnie. Zapukali do pana Stankiewicza i kazali się zaprowadzić do pokoju, w którym mieszkam.
Goście z UB
– Pan Stankiewicz otworzył drzwi mojego pokoju i stając w progu powiedział – Stasiu, ubieraj się! Ubowcy weszli do pokoju i nie zastawszy mnie aresztowali Piotrowskiego i Siedleckiego, których zabrali na UB. Pytali pana Stankiewicza, gdzie jestem, a on odparł, że pojechałem chyba do Baranowic. Wiedział, że udałem się do Wrocławia, ale mnie nie zdradził. Ja pojechałem do Wrocławia, na melinę przy ul. Odrzańskiej mieszczącą się w lokalu zajmowanym przez naszego stryjecznego brata Tadeusza, także Nowaka, który zmienił nazwisko na Gołębiowski i pod tym nazwiskiem ujawnił się po ogłoszeniu amnestii. Odebrałem od niego 200 tysięcy złotych i tą ruską „tetetkę”, po czym wróciłem do Namysłowa. Nie przypuszczałem wtedy, że tu już UB na mnie czeka. Stacja i Bursa były obstawione. Pani Stankiewiczowa wiedziała, że będę wracał z Wrocławia i razem z córką Danutą wyszły mnie ostrzec. Stały na peronie i czekały. To właśnie one mnie uratowały. Gdyby UB złapało mnie z pistoletem tego Ruskiego i pieniędzmi, to dostałbym z pewnością karę śmierci. Pani Stankiewiczowa zobaczyła mnie, gdy już schodziłem po schodach do tunelu pod peronami prowadzącego do stacji i zaczęła krzyczeć – Stasiu! Stasiu!- Zatrzymałem się, a ona mówi – Piotrowski aresztowany, Siedlecki aresztowany! UB cię szuka! – Nie wiedziałem, co dalej robić.
Ręce do góry!
– Mogłem moją torbę dać pani Stankiewiczowej, ale nie chciałem jej wtajemniczać i wciągać w to wszystko. Cofnąłem się na peron. Na drugim torze do stacji wjeżdżał pociąg towarowy. Niewiele myśląc skoczyłem na tory i zdążyłem je pokonać tuż przed lokomotywą. Pociąg jadąc dalej zasłonił mnie i umożliwił ucieczkę w drugą stronę. Jakoś opłotkami dotarłem do brata i oddałem mu pistolet i pieniądze . Doradziłem mu, by broń zniszczył i nie miał jej przy sobie. Pytam się, co mam robić? Uzgodniliśmy, że w razie wpadki ja wyprę się wszystkiego. Brat kazał mi rozpoznać sytuację w Bursie. Mieszkało w niej stu chłopaków i liczyłem, że spotkam któregoś i dowiem się, czy UB zrobiło w niej kocioł, czy nie. Kawałek dalej za męską Bursą była też żeńska. Chciałem podejść do niej i poprosić którąś z dziewcząt , żeby rozpoznała sytuację. Pięćdziesiąt metrów przed bursą poczułem na karku lufę pistoletu i usłyszałem polecenie – ręce do góry! O ucieczce nie było mowy. Dwóch ubowców wyrosło jakby spod ziemi. Skuli mi ręce kajdankami i zaprowadzili na UB. Tam już czekał na mnie oficer, który samochodem specjalnie przyjechał z Wrocławia.
Cdn.
Marek A. Koprowski








