W ciągu ostatniej dekady Turcja wyrasta na lokalne mocarstwo, mogące nie tylko podejmować w pełni suwerenne decyzje odnośnie własnej polityki zagranicznej, lecz również posiadające możliwość nadawania tonu rozwojowi sytuacji politycznej w regionie. Z perspektywy polskiej Turcja jawi się natomiast jako państwo mające możliwość stać się istotnym partnerem dla Polski, zwłaszcza na polu gospodarczym. Turcja jest również obok Izraela najsilniejszym militarnie państwem na Bliskim Wschodzie, stąd wydaje się słusznym, tym bardziej w dobie tzw. arabskiej wiosny, przeanalizować wzajemne relacje między Turcją a Izraelem. Mogą być one kluczowymi dla dalszego rozwoju sytuacji na Bliskim Wschodzie.
Zazwyczaj osoby co nieco zainteresowane sytuacją na Bliskim Wschodzie posiadają stereotyp tradycyjnie dobrych stosunków między tymi krajami, co miało się skończyć wskutek ataku izraelskich komandosów na statek z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy w 2010 r. W wyniku tego zginęło ośmiu obywateli tureckich, a Turcja w proteście zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem oraz odmówiła wspólnych manewrów wojskowych, do których wcześniej częstokroć dochodziło.
Jednakże, bliższe przyjrzenie się stosunkom turecko-izraelskim sprawia, że ich obraz się zaciemnia i wygląda na mniej klarowny niż mogłoby się wydawać z powierzchownych informacji, serwowanych w polskich mediach. Na taką złożoność tej problematyki wpływa szereg różnych czynników, z których najważniejsze warto na samym początku przybliżyć. Będzie to konieczne dla zrozumienia skąd wynikają poszczególne poczynania tureckich władz, trzeba albowiem zauważyć, iż relacje między Ankarą a Tel-Awiwem bardziej zależą od polityki Turków, niż syjonistycznych Żydów. Izrael nieustannie jest bowiem zainteresowany utrzymywaniem przynajmniej poprawnych stosunków z Turcją, państwem sojuszniczym względem Stanów Zjednoczonych, posiadającym ogromny potencjał militarny oraz gospodarczy, niestanowiącym niebezpieczeństwa (przynajmniej bezpośrednio) dla dalszej egzystencji syjonistycznego państwa.
MOTYWY TURECKIEJ POLITYKI WOBEC IZRAELA
Spośród najważniejszych czynników wpływających na politykę Ankary wobec Izraela, czy na ogólną politykę zagraniczną, trudno rozgraniczyć klarownie czynniki wewnętrzne oraz zewnętrzne. Tak więc, jeden z nich, czyli problem kurdyjski, jest z jednej strony wewnętrzny (Około 20% ludności Turcji to Kurdowie, zamieszkujący zwarcie południowo-wschodnią Turcję), z drugiej zaś zewnętrzny. Niechęć do wywołania kurdyjskiej irredenty (poza tą i tak już prowadzą od kilku dekad przez Partię Pracujących Kurdystanu – PKK) sprawiło, że Turcja w 2003 r. odmówiła Amerykanom udostępnienia swoich baz podczas inwazji na Irak, pomimo iż uważana jest za kluczowego sojusznika Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie. Turcy, nie bez racji, obawiali się, iż zaowocuje to powstaniem niepodległego Kurdystanu na ziemiach północnego Iraku, który będzie stanowić przyczółek dla kurdyjskich separatystów z sąsiednich krajów, w tym również z Turcji.
Ankara zgodziła się w końcu wysłać oddziały stabilizujące sytuację w Iraku, lecz już po upadku rządów Saddama Husseina, kiedy wiadomym było, że dojdzie do znaczących przeobrażeń wewnętrznych w Iraku. Do tej pory zaś głównym przedmiotem zabiegów Turcji względem Iraku jest zapobieganie możliwości uzyskania niepodległości przez iracki Kurdystan. Turcja zatem opowiada się za jednością terytorialną Iraku. Chociaż problem kurdyjski nie dotyczy bezpośrednio Izraela, wpływa jednakże na postawę Ankary względem Tel-Awiwu. Turcja tak jak nie była zainteresowana atakiem na Irak (uważanym przez Izrael za zagrożenie), tak samo nie poparłaby inwazji na Iran, gdyż również ten kraj posiada mniejszość kurdyjską, i choć nie brakuje punktów spornych między Ankarą a Teheranem, to jednak władze tureckie, zwłaszcza teraz w dobie rządów Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), starają się racze prowadzić politykę unikania konfliktów z bezpośrednimi sąsiadami. Wyjątkiem jest Syria, na co składa się szereg spraw, które zostaną później pokrótce przybliżone.
Dla polityki Turcji wobec Izraela kluczowe do tej pory były jednak jej prozachodnie aspiracje. Lata dziewięćdziesiąte, kiedy stosunki turecko-izraelskie były najlepsze, stały pod znakiem zabiegów Ankary o możliwość wstąpienia do Unii Europejskiej oraz uzyskania rangi najważniejszego sojusznika Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Stąd sojusz z Izraelem, uważanym za państwo zachodnie i demokratyczne, wydawał się Turkom możliwością zmiany wizerunku Turcji oraz narodu tureckiego, jako państwa wciąż islamistycznego, pomimo jego laickiego charakteru oraz wyraźniej różnicy między jego mieszkańcami a chociażby Arabami. Paradoksalnie Izrael dążył do sojuszu z Turcją aby pokazać opinii międzynarodowej, że potrafi sprzymierzyć się również z państwem muzułmańskim, za jaką uznaje Turcję, mimo jej świeckiego charakteru.
Ewentualnemu sojuszowi z Izraelem sprzyjała i sprzyja też turecka armia, zainteresowana współpracą z główną potęgą militarną regionu, zakupem wysokiej jakości izraelskiego sprzętu wojskowego oraz prowadzeniem wspólnych ćwiczeń. Także turecki wywiad ceni sobie możliwość kooperacji z izraelskim Mossadem, licząc, że pomoże to w niszczeniu radykalnie islamskich środowisk w Turcji. Zarówno turecka armia, jak i wywiad, dążą tym samym do utrzymania świeckiego charakteru Turcji, co stanowi jeden z fundamentów kemalizmu, w którym armia cieszy się uprzywilejowaną pozycją, mogącą bezpośrednio wpływać na rządzących polityków, choćby poprzez groźbę zamachu stanu. Potrafiła zresztą nie raz to urzeczywistnić. W 1997 r. wojsko doprowadziło do usunięcia pierwszego w Turcji rządu Necmettina Erbakana o proweniencji proislamskiej. Z taką groźbą od początku swoich rządów musiała się liczyć rządząca Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) pod wodzą premiera Recepa Erdoğana. Dlatego pod wpływem armii AKP starała się nie czynić na początku swoich rządów wyraźnych kroków mogących sugerować próbę obalenia świeckiego charakteru państwa, jak również zerwania „strategicznego partnerstwa” z Izraelem, jak te stosunki na ogół określano.
Kolejną kwestią kształtującą politykę Turcji wobec Izraela jest właśnie polityka Ankary wobec świata islamskiego. Partie świeckie dążą na ogół do przynajmniej poprawnych stosunków z państwem syjonistycznym oraz dystansują się od konfliktów między muzułmanami na Bliskim Wschodzie. Postulują, zgodnie z linią kemalizmu, skupienie się na problemach wewnętrznych oraz często odcinają się od solidarności z innymi narodami muzułmańskimi. Stąd też wynikał mocno prozachodni kierunek Turcji w latach dziewięćdziesiątych. Dojście do władzy AKP zmieniło tę sytuację. Obecne władze tureckie wyraźnie dążą do pozycji protektora wyznawców Allaha na całym Bliskim Wschodzie, co jednak niekoniecznie udaje się wobec państw niesąsiadujących z Turcją, jak chociażby w przypadku Egiptu.
Ostatnim niezwykle ważnym czynnikiem, który należy wymienić jako kształtujący politykę Turcji wobec Izraela, jest stosunek społeczeństwa tureckiego względem Izraela. Mamy tutaj do czynienia z sytuacją przypominającą chociażby naszą rodzimą. Grupy rządzące Turcją ustosunkowywały się do tej pory wyraźnie pozytywniej względem Izraela niż społeczeństwo. O ile jednak Polacy nie interesują się na ogół sytuacją na Bliskim Wschodzie oraz konfliktem izraelsko-arabskim a ewentualną niechęć do Izraela łączą z negatywną oceną środowisk żydowskich w Polsce, to Turcy żywo są zainteresowani rozwojem wypadków w swoim regionie, trzymając stronę Palestyńczyków i uważając Syjonistów za okupantów Palestyny. Krytykujące Izrael wypowiedzi premiera Erdoğana po 2010 r. zaowocowały mu popularnością zarówno w Turcji, jak i w innych państwach na Bliskim Wschodzie.
ZARYS STOSUNKÓW TURECKO-IZEALSKICH
Turcja w 1947 r. głosowała przeciwko przyjętemu przez Zgromadzenie Ogólne ONZ planowi podziału Palestyny, lecz wkrótce była pierwszym państwem zdominowanym przez muzułmanów, który uznał istnienie Izraela (1949 r.). Wcześniej nie uczestniczyła w wojnie izraelsko-arabskiej w 1948 roku. Turcja liczyła, że dobre stosunki z Izraelem pomogą jej się zbliżyć do Zachodu, co było wówczas priorytetowe dla Ankary. Pierwszy premier Izraela, Dawid Ben-Gurion, studiujący w czasach młodości w Stambule, postulował sojusz z Turcją i wyrażał się bardzo ciepło na jej temat. Nie doszło jednak do nazbyt intensywnych kontaktów między Ankarą a Tel-Awiwem. Turcja obawiała się reakcji ze strony świata arabskiego, stąd unikała eksponowania kontaktów z Izraelem. Co więcej, nie doszło wówczas do wymiany ambasadorów i stosunki pozostawały przez lata na poziomie charges d’affairs.
Relacje turecko-izralskie wyraźnie pogorszyły się wskutek wojny Jom Kippur z 1973 r. Pod wpływem presji ze strony rządów arabskich Turcja poparła rezolucję Zgromadzenia Ogólnego ONZ, która zrównywała syjonizm z rasizmem, do czego doszło w 1975 r. Turcja uznała również Organizację Wyzwolenia Palestyny (OWP) za przedstawiciela Palestyńczyków oraz zezwoliła w 1979 r. na otworzenie jej biura w Ankarze. Doszło też niemalże do zerwania stosunków turecko-izraelskich. Kiedy Palestyńska Rada Narodowa ogłosiła w 1988 r. powstanie państwa palestyńskiego, Turcja uznała je niezwłocznie.
Jednakże przez cały okres zimnej wojny stosunki te generalnie nie były zbyt intensywne. Dopiero jej koniec rozpoczął nowy etap w dziejach stosunków turecko-izraelskich. W 1991 r. Turcja oraz Izrael przywróciły pełne stosunki dyplomatyczne, do czego doszło na bliskowschodniej konferencji pokojowej w Madrycie. Podpisanie przez Izrael i OWP tzw. porozumienia z Oslo ucieszyło Ankarę, która liczyła na lepsze stosunki z Izraelem bez pogorszenia stosunków z rządami krajów arabskich.
Rządy tureckie upatrywały wówczas w Tel-Awiwie sojusznika przeciwko terroryzmowi fundamentalistów islamskich. Zintensyfikowano współpracę wojskową oraz wywiadowczą. Nie bez znaczenia był też wzrost wymiany gospodarczej oraz turystyka – Turcja stała się w latach dziewięćdziesiątych głównym krajem wypoczynkowym dla turystów z Izraela (z kolei liczba odwiedzin Izraela ze strony turystów tureckich pozostaje wciąż nieznaczna).
Charakterystyczne było deklarowanie ze strony tureckich rządów poparcia dla Izraela, nawet jeśli ich liderzy wcześniej wypowiadali się niekorzystnie dla Izraela. Pierwsza kobieta na stanowisku premiera Turcji, Tansu Çiller z Partii Prawdziwej Drogi (DYP), sprawująca swoje stanowisko w latach 1993-1996, częstokroć publicznie deklarowała poparcie dla zacieśniania współpracy z Izraelem, podobnie jak lewicowy premier Bülent Ecevit z Lewicowej Partii Demokratycznej (DSP), czterokrotny premier. Çiller była też pierwszym premierem Turcji, który odwiedził Izrael, co nastąpiło w listopadzie 1994 roku. Ciepło wyraziła się wówczas na temat syjonizmu, uważając syjonizm oraz kemalizm za bratnie względem siebie. Porównała nawet Ben Guriona do Atatürka, ojca nowoczesnego narodu tureckiego. Wcześniej, w styczniu 1994 r. Turcję odwiedził po raz pierwszy prezydent Izraela, którym był wówczas Ezer Weizman.
Nawet Alparslan Türkeş, lider tureckich nacjonalistów z Narodowej Partii Czynu (MPH), popierał sojusz Turcji z Izraelem, choć osobiście miał negatywny stosunek do wielu poczynań państwa syjonistycznego. Uważał, że sojusz Turcji z Izraelem oznacza sojusz między dwoma najsilniejszymi militarnie oraz gospodarczo państwami na Bliskim Wschodzie, mogącymi przeciwstawić się koalicji nawet kilku innych państw. Jednocześnie uzyskała Turcja poparcie Tel-Awiwu w konflikcie z Grecją oraz Syrią w 1998 roku.
Należy jednak zaznaczyć, że nie wszystkie siły w Turcji popierały wówczas zacieśnianie stosunków z Izraelem. Przede wszystkim część społeczeństwa o religijnie islamskim nastawieniu podkreślała tożsamość religijną Turcji i sprzeciwiała się sojuszowi z syjonistami, zaś posiadała i posiada wyraźne sympatie propalestyńskie. Przykładem może być nieudany zamach na prezydenta Süleymana Demirela dokonany przez Ibrahima Gümrükçüoğlu w 1996 roku. Kiedy w 1996 r. do władzy doszła islamistyczna Partia Dobrobytu (Refah) z Necmettinem Erbakanem na czele, jej lider krytykował związki z Izraelem, oskarżając go o planowanie podboju Bliskiego Wschodu od Nilu po Eufrat. Jego zdaniem, Turcja miała zająć miejsce lidera w świecie muzułmańskim, sam zaś sympatyzował z Palestyńczykami. Głosił, że „Syjoniści chcą zasymilować Turków i odwieść ich od historycznej islamskiej tożsamości poprzez integrację ze Wspólnotą Europejską”.
Erbakan musiał jednak ustąpić presji tureckich wojskowych domagających się współpracy na polu militarnym z Izraelem. Dlatego nawet za jego rządów stosunki z Izraelem się rozwijały, pomimo wcześniejszych antyizraelskich wypowiedzi premiera. Sam zainteresowany już w 1997 r został zmuszony do ustąpienia z urzędu pod groźbą wojskowego zamachu stanu. Wojskowi obawiali się nie tylko pogorszenia stosunków z Izraelem, lecz również islamizacji Turcji i odejścia od laickości państwa. Z kolei B. Ecevit, premier Turcji w latach 1999-2002, w kwietniu 2002 r. ocenił pojmanie bojowników palestyńskich przez Izraelczyków jako „ludobójstwo”, choć niebawem zmienił swoje oświadczenie, na co wpływ miała dyplomacja izraelska oraz lobby żydowskie w USA. Z drugiej zaś strony, Turków irytowały stwierdzenia części polityków izraelskich, którzy porównywali masakrę Ormian z 1915 r. do Holocaustu.
DOJŚCIE DO WŁADZY PARTII SPRAWIEDLIWOŚCI I ROZWOJU
Tymczasem w październiku 2002 r. w wyborach zwyciężyła umiarkowanie islamistyczna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), rządząca aż po dzień dzisiejszy. Premier Turcji Recep Erdoğanjuż na samym początku rządów (urząd objął dopiero w 2003 r., ze względu na ciążący na nim wcześniej zakaz sprawowania funkcji publicznych, co w 2003 zmieniło AKP) zobowiązał się do prowadzenia polityki prozachodniej oraz nienaruszalności laickiego charakteru państwa. Wielu członków AKP było wcześniej jednak związanych z partią Refah, włączając w to Abdullaha Güla, prezydenta kraju od 2007 r., a wcześniej również ministra spraw zagranicznych w latach 2003-2007.
AKP dystansuje się od radykalizmu, natomiast nie brakuje jej polityków krytykujących Izrael, jak chociażby Bülent Arinc, obecnie wicepremier i minister stanu w rządzie Erdoğana. Jeszcze przed dojściem AKP do władzy, apelował do Stanów Zjednoczonych by zapobiegły masakrze Palestyńczyków przez Izrael. Postulował również zerwanie kontraktu wojskowego z Izraelem. Sam zaś Erdoğan, wkrótce po objęciu urzędu, określił działalność Izraela wobec Palestyńczyków jako „terroryzm Sharona”. Oburzenie Izraela wywołało jego stwierdzenie z marca 2004 r., kiedy to zabójstwo duchowego przywódcy Hamasu, szejka Ahmeda Yassina uznał za akt terrorystyczny. Podobnie jak odrzucenie kilka miesięcy wcześniej zaproszenia do złożenia wizyty dyplomatycznej w Izraelu, kiedy to Erdoğanzasłonił się „napiętym kalendarzem”. Pomimo tych deklaracji, Erdoğannie zadecydował się wówczas na wyraźnie osłabienie stosunków z Izraelem, dokładając wysiłków aby nie zmniejszyła się wymiana gospodarcza z Izraelem. Co więcej, zadeklarował, iż popiera rozwój stosunków z Izraelem, w tym współpracy wywiadowczej.
Istotne rozbieżności między Turcją a Izraelem pojawiły się w roku 2003 wraz z inwazją Amerykanów na Irak. Parlament zdominowany przez członków AKP odmówił wówczas Amerykanom dostępu do baz tureckich na czas ich ataku na państwo Saddama Husseina. Okazało się, że Turcja i Izrael stoją w tym konflikcie po przeciwny stronach. Izrael popierał oraz inspirował działania Stanów Zjednoczonych, podczas gdy Turcja sprzeciwiała się amerykańskiej agresji na suwerenny Irak. Dopiero decyzja Turcji o wysłaniu oddziałów stabilizujących do Iraku z października 2003 r. uspokoiła Stany Zjednoczone oraz Izrael, zaniepokojone wcześniejszymi odmowami ze strony Ankary. Turcja liczyła, że jeśli uda zaprowadzić się spokój w Iraku, to wówczas ustabilizuje się sytuacja w regionie.
W okresie wojny w Iraku Turcja poparła również stanowisko Stanów Zjednoczonych oraz Izraela wobec Iranu. Minister obrony Turcji, Vecdi Gönül, uznał Iran za stanowiący niebezpieczeństwo dla Turcji, zarzucając mu sponsorowanie „międzynarodowego terroryzmu” oraz pozyskiwanie „broni masowego rażenia”. Trudno nie zauważyć, że sam Iran nie ma żadnego interesu w naruszaniu tureckiego bezpieczeństwa, choć na początku lat dziewięćdziesiątych kiedy Turcja poparła Azerbejdżan w konflikcie z Armenią, Teheran oficjalnie wsparł Ormian, pomimo faktu, że Azerowie są teoretycznie narodem szyickim (jak znacząca większość Persów), zaś Ormianie chrześcijańskim.
KWESTIA PALESTYŃSKA
W rozpatrywaniu stosunków turecko-izraelskich należy wziąć pod uwagę kwestię palestyńską. Społeczeństwo tureckie sympatyzuje tradycyjnie w większości z Palestyńczykami i rząd turecki musi to brać pod uwagę. Jednakże solidarność z Palestyńczykami nie oznacza poparcia dla palestyńskich liderów. Już od lat siedemdziesiątych Turcja nieufnie traktowała Organizację Wyzwolenia Palestyny z Jaserem Arafatem na cele. Podejrzewano OWP o szkolenie kurdyjskich separatystów, jak również lewackich. Z kolei OWP współpracowała z Grecją, m.in. popierając jej stanowisko w sprawie Cypru. Grecy m.in. udostępniali bojownikom palestyńskim.
W rezultacie, Turcja przez lata nie uznawała OWP jako politycznej reprezentacji Palestyńczyków. W 1988 r. Ankara uznała istnienie państwa palestyńskiego, kiedy to Rada Narodowa Palestyny ogłosiła oficjalnie niepodległość. W 1991 r. podniesiono rangę przedstawicielstwa palestyńskiego w Turcji do rangi ambasady, zaś Turcja mówiła o państwie palestyńskim i prezydencie Arafacie, podczas gdy państwa zachodnie tylko o „autonomii palestyńskiej”. Nie oznaczało to poparcia dla samej OWP, choć w czasie wybuchu pierwszej Intifady(1987-1993) parlament turecki potępił działania Izraela wobec Palestyńczyków żyjących na terytoriach okupowanych, licząc się z nastrojami tureckiego społeczeństwa. W 1994 r. ówczesny szef dyplomacji Turcji, Mümtaz Soysal, stwierdził, że to co Izrael nazywa „terroryzmem” jest tak naprawdę „próbą Palestyńczyków obrony swoich praw”.
Kiedy w 2000 r. wybuchła druga Intifada, turecka opinia publiczna również dość zgodnie opowiedziała się po stronie Palestyńczyków. W październiku 2000 r. Turcja głosowała za rezolucją ONZ oskarżającą Izrael o nadużywanie siły wobec Palestyńczyków. Kiedy z kolei premier Izraela, Ariel Sharon odwiedził Ankarę w 2001 r., tłum ludzi krzyczał „rzeźniku Palestyny wracaj do domu”. Na tym nie koniec. W kwietniu 2002 r. turecki minister spraw zagranicznych, Ismail Cem, odwiedził Jasera Arafata w Ramallah i potępił Izrael za łamanie praw człowieka, z kolei premier Ecevit określił działania Izraela w stosunku do Palestyńczyków jako ludobójstwo. Wszystko to miało jednak charakter deklaracji, mających raczej zaspokoić nastroje tureckiego społeczeństwa oraz umocnienie pozycji Turcji w świecie muzułmańskim, z czego zdawał sobie sprawę również Tel-Awiw. Turcja zresztą podejmowała w tym okresie działania, które wynagrodziły Izraelowi wspomniane deklaracje. M.in. zapobiegła w 2000 r. transportowi irańskiej broni dla Hezbollahu przez jej przestrzeń powietrzną.
OD ROZWOJU DO OSŁABIENIA STOSUNKÓW TURECKO-IZRAELSKICH
Już w 2003 r. szef Sztabu Generalnego Turcji gen. H. Ozkok pojechał do Izraela, co było pierwszym spotkaniem na najwyższym szczeblu wojskowym od 1996 r. Postanowiono zintensyfikować wspólne ćwiczenia na morzu i w powietrzu. Już w sierpniu 2003 r. doszło do wspólnych ćwiczeń floty Turcji, Izraela i Stanów Zjednoczonych. Sympatie tureckiego społeczeństwa wyraźnie rozmijają się ze zdaniem czynników wojskowych Turcji, ceniących sobie współpracę militarną z Izraelem. Podobnie zdanie ma turecki biznes, zainteresowany żywo wymianą handlową z Turcją oraz izraelskimi turystami w Turcji. Jak było wspomniane, Turcja jest głównym krajem wypoczynkowym dla izraelskich turystów. Nie tylko ze względu na piękne tureckie krajobrazy i plaże, lecz również z powodu legalności hazardu w Turcji (zabronionego w Izraelu).
Okazją do zbliżenia były eksplozje w dwóch synagogach w Stambule w listopadzie 2003 r.. W efekcie podjęto decyzje o wzmożeniu współpracy wywiadowczej oraz podpisano deklaracje o zwalczaniu terroryzmu. Wskutek tego doszło do wspólnych ćwiczeń policji tureckiej z izraelską. Natomiast premier Erdoğan podczas wywiadu dla telewizji izraelskiej ubolewał, że nie docenił znaczenia problemu terroryzmu oraz wyraził żal z powodu śmierci niewinnych ludzi w trakcie modlitwy. Zarówno strona turecka, co izraelska zadeklarowała, że zamachy zostały przeprowadzone przez ekstremistów, którzy „nie chcieli widzieć państw dzielących wspólne wartości odnoszące się do wolności, prawa, przyjaźni i współpracy”.
Istotna poprawa stosunków turecko-izraelskich nastąpiła w 2005 r. po wizycie premiera Erdoğana w maju tego roku w Izraelu. Jest to dopiero drugi turecki premier w historii, który złożył wizytę dyplomatyczną w Izraelu. Polepszenie stosunków turecko-izraelskich nie trwało długo. Już w lutym 2006r. Turcję odwiedził przywódca Hamasu, Khaled Meshaal, na zaproszenie rządzącej AKP. Wywołało to negatywne reakcje ze strony Izreala. W czerwcu 2006 r. Turcja skrytykowała również ponowne wkroczenie wojsk Izraela do Strefy Gazy. Jakby tego mało, pojawiły się wówczas szeroko komentowane informacje w tureckiej prasie jakoby Izrael wspierał irackich Kurdów w ich planach do stworzenia niepodległego państwa na północy Iraku, co byłoby niezwykle niebezpieczne dla integralności ziem tureckich, gdyż takie państwo graniczyło by z terytoriami tureckimi zamieszkanymi zwarcie przez ludność kurdyjską. Oficjalne stanowisko Izraela stanowiło jednak, że popiera on jedność terytorialną Iraku, co uspokoiło nieco Ankarę.
W sierpniu 2007 r. wpływowa międzynarodowa żydowska organizacja Liga Przeciw Zniesławieniom (Anti-Defamation League) uznała masakrę Ormian z 1915 r. za ludobójstwo. Inne było zaś oficjalne stanowisko Izraela, które odżegnywało się od określenia tego terminem ludobójstwo, co zgodne jest z turecką linią obrony. W tej rozbieżności stanowisk należy widzieć efekt dobrych stosunków lobby żydowskiego z całkiem wpływowym w USA lobby ormiańskim. Nie przekłada się to na stosunki Izraela oraz Armenii, która posiada dobre stosunki z Iranem, wspierającym ją w jej konflikcie z Azerbejdżanem.
ZAŁAMANIE WZAJEMNYCH STOSUNKÓW
Gwałtowne pogorszenie stosunków turecko-izraelskich nastąpiło w latach 2009-2010. W wyniku agresji Izraela na Strefę Gazy w grudniu 2008 r., premier Erdoğan zaczął znowu mocno krytykować Izrael, zaś w styczniu 2009 r. starł się słownie z izraelskim prezydentem Szimonem Peresem podczas debaty na Światowym Forum Gospodarczym w szwajcarskim Davos. Turcja odwołała również niebawem zaplanowane wspólne manewry lotnictwa wojskowego, podając za pretekst udział izraelskich maszyn w bombardowaniu Strefy Gazy. Z kolei Izrael zaprotestował w tym czasie ostro przeciwko popularnemu wówczas tureckiemu serialowi telewizyjnemu, gdzie izraelscy żołnierze przedstawiani byli jako pozbawieni uczuć sadyści i mordercy dzieci. Oliwy do ognia dolał w styczniu 2010 r. Danny Ayalon, izraelski wiceminister spraw zagranicznych, który chcąc zaprotestować przeciwko wspomnianemu serialowi, w sposób upokarzający przyjął tureckiego ambasadora w Izraelu. Nie tylko posadził go niżej, lecz na stole znalazła się jedynie flaga izraelska, co jest poważną obrazą wg kanonów dyplomatycznych.
Jednakże najpoważniejszy kryzys w historii stosunków turecko-izralskich wybuchł na przełomie maja i czerwca 2010 r., kiedy izraelscy komandosi przeprowadzili atak na statek z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy, zorganizowanym przy znacznym udziale aktywistów pochodzenia tureckiego. Zginęło aż ośmiu obywateli Turcji, wskutek czego Ankara niezwłocznie odwołała swojego ambasadora w Izraelu, a premier Erdoğan zarzucił Izraelowi terroryzm. Nakazał również zamknięcie tureckiej przestrzeni powietrznej dla izraelskiego lotnictwa. Fiaskiem zakończyły się wtedy negocjacje turecko-izraelskie, w których Ankara domagała się przeprosin od Izraela oraz wypłaty odszkodowania rodzinom zabitych obywateli tureckich. Wskutek tego Turcja wydaliła izraelskiego ambasadora, zawiesiła wszelkie porozumienia dotyczące współpracy wojskowej między tymi krajami, a także zadeklarowała podjęcie działań na arenie międzynarodowych w celu delegalizacji izraelskiej blokady Strefy Gazy.
Na zwrot w stosunkach turecko-izraelskich wpłynęło kilka czynników. Należy raczej uznać atak izraelskich komandosów na flotyllę z pomocą humanitarną za wygodny pretekst dla Ankary. Po pierwsze, Turcja pod rządami AKP dąży do roli przywódcy w regionie oraz świecie muzułmańskim, a jej poparcie dla Palestyńczyków dodało w tym celu pewnego animuszu. Próbuje realizować tym samym swoje ambicje na stanie się mocarstwem regionalnym, rozdającym karty w regionie. Sami politycy AKP coraz chętniej odwołują się do dziedzictwa Imperium Osmańskiego zamiast do kemalizmu, zakładającego w tym wypadku skupianie się na sprawach wewnętrznych Turcji. Po drugie, Turcja zaczęła normalizować swoje stosunki z sąsiadami, zwłaszcza z Iranem. Po trzecie, ogromny rozwój rodzimego przemysłu zbrojeniowego sprawił, że Turcja nie potrzebuje już tak bardzo współpracy wojskowej z Izraelem. Po czwarte, Turcja zaprzestała intensywnych zabiegów o członkostwo w Unii Europejskiej i niepotrzebne stały się nazbyt dobre stosunki z Izraelem, mające w zamierzeniu również „europeizować” Turcję względem Unii Europejskiej. Sam zaś ciężar tureckiej polityki zagranicznej przesunął się bardzo klarownie z pozycji euroatlantyckiej na pozycję bliskowschodnią.
Jednak najważniejszy wydaje się inny czynnik. Armia turecka, tradycyjnie sprzyjająca współpracy wojskowej z Izraelem, pod wpływem rządów AKP przestała wywierać tak silny jak wcześniej wpływ na stosunki zagraniczne Turcji, a także jej oddziaływanie na sytuację wewnętrzną Turcji wyraźnie zmalało. Dowodem niech będzie proces wojskowych, którzy w 1997 r. obalili proislamski rząd Erbakana. Partia Erdoğana, konserwatywna i umiarkowanie islamistyczna, dąży do osłabienia pozycji armii wobec rządu również ze względu na chęć odejścia od wybitnie laickiego charakteru państwa tureckiego, co wywołuje jednak gwałtowny sprzeciw niemałej części społeczeństwa.
Rozumiejący to rząd Izraela zadecydował się po niespełna trzech latach na przeprosiny wobec Turcji za śmierć obywateli tureckich w ataku na statek z pomocą humanitarną z 2010 r., licząc tym samym na powrót do „strategicznego partnerstwa”, choćby przy presji Stanów Zjednoczonych. W marcu 2013 r. premier Izraela, Benjamin Netanjahu, przeprosił podczas rozmowy telefonicznej premiera Turcji. Wyraził żal z powodu śmierci tureckich obywateli oraz uznał to za niezamierzony efekt błędnych działań podjętych podczas operacji izraelskich komandosów. Zgodził się również Netanjahu na negocjacje w sprawie odszkodowań, a jego kancelaria skierowała przeprosiny do narodu tureckiego, zaznaczając, że potrzebna jest normalizacja stosunków między obydwoma krajami. Było to zgodnie z intencjami amerykańskiej dyplomacji usilnie domagającej się przywrócenia współpracy Turcji z Izraelem.
CO DALEJ?
Za zmianą tureckiego stanowiska wobec Izraela mogłaby teoretycznie przemawiać tzw. arabska wiosna. Wynika to z radykalnego zwrotu w polityce Ankary względem Damaszku. Syryjski prezydent Bashar Al-Assad wyrastał po swoim dojściu do władzy w 2000 r. na czołowego sojusznika Turcji. Syria starała się neutralizować wszelkie pola na których mogłoby dojść do konfliktu z Turcji, zaś Ankara stosowała politykę „zero konfliktów z sąsiadami”. Dopiero wybuch rebelii w 2011 r. spowodował negatywne skutki dla wzajemnych stosunków, choć Syria Al-Assada nie podejmowała wrogich Turcji kroków. Przyczyn nie należy jednak szukać w nacisku amerykańskiej administracji czy wpływów syjonistycznych, jak niekiedy tłumaczy się zmianę frontu wobec Syrii przez rząd turecki. Zresztą jak pokazała wojna w Iraku, Turcja jest zbyt silnym państwem by pozwolić sobie na wymuszanie polityki pożądanej dla władz amerykańskich oraz Izraela, jeśli jest ona sprzeczna z interesem państwowym Turcji bądź wizją tych interesów ze strony rządzących.
Turcja pod rządami AKP, gdzie doszło do wyraźnego osłabienia pozycji armii względem rządu, dąży do pozycji hegemona w świecie muzułmańskich, nawet pozostając nadal państwem formalnie świeckim. Turcja poparła rebeliantów w Tunezji, Libii oraz Egipcie, licząc, że nowe władze znajdą się pod orbitą wpływów Ankary. Tak jak zaś Turcja poparła rebeliantów w wymienionych państwach, konsekwentnie stanęła po stronie rebelii w Syrii, przeciwko niedawnemu sojusznikowi, Basharowi Al-Assadowi. M.in. udostępniła terytorium tureckie dla ćwiczeń rebeliantów oraz oskarżała rząd w Damaszku o łamanie praw człowieka.
Taka polityka ma na celu zjednanie sobie sympatii wśród Arabów, a także osłabienia pozycji Iranu, wspierającego Syrię Al-Assada oraz libański Hezbollah. Nie oznacza to, że Turcja życzyłaby sobie inwazji na Iran, obawiając się choćby kurdyjskich reperkusji. Samą problematykę stosunków turecko-irańskich należy potraktować odrębnie, gdyż pozostaje niezwykle złożona. Z całą jednak pewnością Turcja pragnie stać się podziwianą przez resztę świata muzułmańskiego, odbierając tę pozycję Iranowi, który swój prestiż wśród wyznawców islamu buduje na stanowczej polityce względem Stanów Zjednoczonych oraz państwa syjonistycznego.
Paradoksalnie jednak chęć osłabienia pozycji międzynarodowej Iranu nie idzie w parze z poparciem dla Izraela. Wręcz przeciwnie, grając na antyizraelskich nastrojach świata muzułmańskiego, w tym znacznej części społeczeństwa tureckiego, Erdoğan wykorzystał atak izraelskich komandosów na statek z pomocą humanitarną w 2010 r. do zamanifestowania solidarności z Palestyńczykami oraz do zerwania stosunków dyplomatycznych z Izraelem, zyskując tym samym poklask wśród społeczeństw bliskowschodnich.
W kontekście Syrii należy uznać, iż Turcja raczej próbuje przybrać groźną posturę wobec Al-Assada, natomiast nie poczyni ruchów, które mogłyby wywołać walki na południowym wschodzie kraju, a nawet zainspirować Kurdów do antytureckiego powstania. Wszystko to ma na celu pokazanie wyznawcom islamu na Bliskim Wschodzie, że Turcja wspiera „oddolne ruchy” ludności muzułmańskiej. Nie należy jednak spodziewać się, że spowoduje to powrót do „strategicznego partnerstwa” z Izraelem, gdyż sojusz z państwem syjonistycznym zniszczyłby wypracowywany z trudem obraz Turcji jako protektora muzułmanów na Bliskim Wschodzie. Do tego wizerunku dąży zaś rząd Erdoğana, kierujący swoje sympatie nie wobec tradycji kemalizmu i Atatürka, lecz w kierunku pamięci o potędze Imperium Osmańskiego, posiadającego możliwość rozdawania kart na Bliskim Wschodzie.
Michał Kowalczyk
Tekst ukazał się w „Polityce Narodowej” nr 13 (2013)




























