Postkolonialny rasizm samozwańczej elity

Paradoksalnie bezmyślne zapatrzenie w liberalne demokracje Zachodu, w najbogatsze kraje naszej planety idzie w parze z mieszczańskim egoizmem narodowym. W obu przypadkach solidarność z krajami kaukaskimi uchodzi za geopolityczny obciach.

Polityka wschodnia Lecha Kaczyńskiego od początku budziła kontrowersje. W sporze o nią ścierały się, upraszczając nieco, dwa paradygmaty: romantyczno-jagielloński oraz realistyczno-narodowy.

Wedle pierwszego, Polska ma budować wspólnotę państw tworzących w przeszłości jedność polityczną w ramach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a nawet wykraczając poza tę formułę chociażby na Kaukaz. To paradygmat szlacheckiego narodu, któremu przyświecało poczucie misji cywilizacyjnej na Wschodzie, i którego okres świetności przypadł na kilka wieków przed narodzinami nowoczesnych, mieszczańskich nacjonalizmów.

Drugi paradygmat pozbawiony jest aspiracji misyjnych. W oparciu o niego formułowana jest realistyczna geopolityka bez ambicji zmieniania układu sił w świecie. To geopolityka skrojona na miarę epoki, w której na scenę dziejów wkraczają demokratyczne, mieszczańskie narody, wypierające z niej tracące na znaczeniu kosmopolityczne arystokratyczne dynastie oraz zdeklasowaną szlachtę. Egoizm narodowy staje się głównym paliwem polityki zagranicznej. Jakiekolwiek więc nawiązania do Rzeczypospolitej Obojga Narodów są traktowane jako nostalgia nie mająca przełożenia na realną politykę.

Lech Kaczyński starał się być wierny pierwszemu z tych paradygmatów. Tydzień temu w komentarzu dla Kresy.pl, azerski politolog Zaur Gasimowzwrócił uwagę, że w Azerbejdżanie i Gruzji, zmarłego prezydenta traktowano jako spadkobiercę prometeizmu – międzywojennego ruchu mającego na celu rozsadzenie Związku Sowieckiego, aby na gruzach ZSRR powstały niepodległe państwa. Prawdziwe szaleństwo! Z szabelką na wroga! – można byłoby pomyśleć.

Oczywiście nie miejsce tu na rozstrzyganie, któremu paradygmatowi historia przyznała rację. Na co innego chcę zwrócić uwagę. Otóż polityka wschodnia Lecha Kaczyńskiego nieraz spotykała się z drwinami. Przedmiotem owych drwin były kraje postsowieckie, z którymi prezydent Polski chciał budować mniej lub bardziej formalne sojusze, aby przeciwstawić się dążeniom Rosji do odzyskania przez nią jej dawnych wpływów.

Kilka dni temu w dyskusji na jednym z forów internetowych napisałem, iż na Ukrainie, w Azerbejdżanie, Gruzji dość powszechna jest opinia o nieprzypadkowych przyczynach katastrofy smoleńskiej. W odpowiedzi pewien uczony z tytułem profesorskim dodał ironicznie, że w Kazachstanie i Mongolii również. Nie wnikając w intencje, jakie kryły się w tej uwadze, można ją też odczytać jako objaw pogardy części polskiej elity intelektualnej – tej części, która do elity przynależy poniekąd samozwańczo (chociaż wspomniany uczony to, moim zdaniem, autentyczna elita) – dla narodów Trzeciego Świata.

Realista-liberał i realista-narodowiec znajdą więc wspólną płaszczyznę, jaką jest postkolonialny rasizm. Paradoksalnie bezmyślne zapatrzenie w liberalne demokracje Zachodu, w najbogatsze kraje naszej planety idzie w parze z mieszczańskim egoizmem narodowym. W obu przypadkach solidarność z krajami kaukaskimi uchodzi za geopolityczny obciach. Idąc bowiem tym tokiem myślenia, sojuszy należy szukać wśród możnych tego świata, a nie gdzieś na peryferiach: w Gruzji, Kazachstanie czy Mongolii…

Filip Memches

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz