O Irenie Sandeckiej

“Tylko mój dom w Krzemieńcu pozostał bastionem polskości. W nim zawsze rozmawia się tylko po polsku. Dlatego też w testamencie zapisałam go Stowarzyszeniu 'Wspólnota Polska'. Chcę bowiem by po mojej śmierci służył polskiej społeczności.”

Tom 75 Biblioteki „Wołania z Wołynia” poświecony został postaci niezwykłej. O Irenie Sandeckiej, zmarłej przed dwu laty w wieku bez mała … wieku (98 lat) słyszał chyba każdy, kto interesuje się Kresami. A niemal każdy Polak, który był w Krzemieńcu słyszał pewnie i samą Irenę Sandecką. Niektórzy nawet, tak jak to uczynił redaktor Marek A. Koprowski, nagrali jej wypowiedzi. Z takiego właśnie zapisu zrodziła się książka pt.: „Od Humania do Krzemieńca: Irena Sandecka”, której patronem medialnym jest także portal Kresy.pl. Jest to historia życia tej naszej długowiecznej rodaczki opowiedziana przez nią samą. Redaktor Koprowski opracował ją, zredagował i poczynił jedynie niezbędne uzupełnienia.

Nestorka polskiej wspólnoty w Krzemieńcu opowiada w niej o swoim dzieciństwie w Humaniu, ucieczce do Polski przez „zieloną granicę”, nauce w odrodzonym Liceum Krzemienieckim, studiach w Krakowie i nie napisanej koniec końców pracy dyplomowej u prof. S. Kota, a także o wyjeździe do Belgii, do pracy w koloniach polskich emigrantów zarobkowych.

Zasadniczą część wspomnień stanowi jednak okres od wybuchu II wojny światowej do momentu na rok przed śmiercią lokatorki dawnego domu Willibalda Bessera. Wojna zastała Irenę Sandecką we wspomnianej Belgii, z której po wielu perypetiach zdążyła jeszcze na ostatnie akordy kampanii wrześniowej – do obrony Lwowa. Później następuje mroczny czas okupacji niemieckiej i sowieckiej, mordy dokonywane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej itd. W tym czasie Irena Sandecka zajmuje się ratowaniem Polaków. Między innymi ewakuuje przy pomocy żołnierzy niemieckich wysłanych przez przekupionego przez nią generała ludnością polską z Wiszni, do bezpieczniejszego Krzemieńca. Do Wiśniowca niestety nie zdążyła… Uratowała także kilkadziesiąt wołyńskich dzieci, sierot, które wywiozła z płonącego Wołynia do Krakowa.

Ciekawy i niezmiernie ważny jest okres powojenny: walka o utrzymanie kościoła (ocalił go … sam Słowacki), współpraca z kresowymi duchownymi (ks. Bronisławem Mareckim, ks. Jakubem Macyszynem, czy późniejszym biskupem łuckim, ks. Marcjanem Trofimiakiem). Lata powojenne to też walka o zachowanie polskości w Krzemieńcu, dbanie przede wszystkim o to by sami Polacy pod presją władzy nie wyrzekli się swojej wiary, języka i tożsamości. Jest to zatem czas nauczania religii i języka polskiego, wspierania duchownych, dbania o to co polskie w Krzemieńcu oraz ciągłego „kluczenia” i zabawy w ciuciubabkę z sowieckimi urzędnikami, którzy w Krzemieńcu na szczęście nie byli fanatycznie skrupulatni.

Walka ta trwała nadal również po rozpadzie ZSRR – w niepodległej już Ukrainie. Irena Sandecka nie była osobą lubianą przez ukraińskie władze w Krzemieńcu z uwagi na swoją nieprzejednaną postawę w stosunku do UPA. Zrozumiałym jest jednak, że widząc ofiary nacjonalistów w Wiszniowcu i innych miejscowościach Wołynia nie mogła mieć innej.

Wspomnienia urywają się na rok przed śmiercią I. Sandeckiej. W ostatnich słowach zawartych w książce „mówi” ona: „Tylko mój dom w Krzemieńcu pozostał bastionem polskości. W nim zawsze rozmawia się tylko po polsku. Dlatego też w testamencie zapisałam go Stowarzyszeniu ‘Wspólnota Polska’. Chcę bowiem by po mojej śmierci służył polskiej społeczności.” Czy może być piękniejsze zwieńczenie ofiarnego życia?

Jest w książce jedno zdanie, które skłoniło mnie od osobistej refleksji. „Zawsze uczyła ich, że Krzemieniec to polskie miasto, że w nim dalej jest Polska a nie żadna Ukraina.” Nie można jednoznacznie określić czy dokładnie tak mówiła Irena Sandecka czy to jest interpretacja redaktora Koprowskiego. Sądzę, że warto już pamiętać, że Krzemieniec nie jest już polskim miastem ani nawet nie leży w Polsce. I nie chodzi tu o wyrzekanie się polskości, ale raczej o „nie zaklinanie” rzeczywistości. Uważam, że właściwa diagnoza stanu rzeczywistego ułatwia rozwiązywanie wielu spraw i problemów w przyszłości. Pozwala także unikać wielu zupełnie niepotrzebnych zadrażnień. Nie mniej jednak jeśli to nawet sama Irena Sandecka tak powiedziała, to była to osoba, której ze względu na jej olbrzymie zasługi należy „wybaczyć” absolutnie wszystko.

Drobnym i jedynym mankamentem książki jest to, że wspomnienia w kilku miejscach się powtarzają, przez co czytelnik doświadcza swoistego deja vu. W niczym to jednak nie umniejsza wartości samej publikacji, którą obowiązkowo powinien mieć w swojej bibliotece każdy miłośnik dawnych Kresów.

Krzysztof Wojciechowski

forma płatności