Irańczycy nie są nastawieni na obalenie reżimu

Irańczycy, nawet ci niechętni republice islamskiej są w większości przypadków nacjonalistami dumnymi ze swoje spuścizny cywilizacyjnej oraz z trudem osiągniętej niezależności – podkreśla Marcin Krzyżanowski w  rozmowie z portalem Kresy.pl

Z byłym konsulem Rzeczypospolitej Polskiej w Kabulu i orientalistą, rozmawia Michałem Krupa (Kresy.p).

Jak długo, według Pana, Iran wytrzyma amerykańską presję? Jakie ma opcje na arenie międzynarodowej?

Iran ma ograniczone, ale wciąż szerokie możliwości przeciwdziałania sankcjom. Irańska gospodarka jest bardzo rozbudowanym systemem. Pomimo, że większość dochodów budżetowych ma swoje źródło w sektorze naftowym, to Iran nie jest gospodarczą monokulturą. Przemysł nie jest ograniczony do petrochemii a oprócz ropy i gazu na terytorium Iranu eksploatuje się masowo również inne surowce mineralne. Rozbudowany jest przemysł samochodowy, maszynowy oraz inne kluczowe gałęzie gospodarki. Irańskie rolnictwo, pomimo problemów z suszą jest w stanie zaspokajać większość potrzeb żywnościowych kraju. Należy też pamiętać o tym, że dla Iranu sankcje nie są niczym nowym. Praktycznie od początku swojego istnienia Republika Islamska jest poddana bardzo silnej presji ze strony USA i ich sojuszników. Prócz tego Iran po irackiej agresji zmuszony był przez dziesięć lat toczyć wyczerpującą i kosztowną wojnę.

Pomimo tego, gospodarka zdołała osiągnąć imponujące w takich okolicznościach wyniki. Dla Teheranu wystąpienie USA z JCPOA nie było zaskoczeniem. Rząd prezydenta Rouhaniego starał się przygotować na taką ewentualność i gromadził rezerwy walutowe, co nawiasem mówiąc jest jedną z przyczyn spadku wartości riala. Obecna sytuacja jest oczywiście daleka od zadowalającej. Tykającą bombą może się okazać młode, w dużej części bezrobotne lub nędznie opłacane społeczeństwo miejskie. Poważnym problemem może również być spadek wartość irańskiej waluty połączony z wciąż trzymaną w ryzach, ale zwiększającą się inflacją. To jak długo Iran wytrzyma presję USA będzie tak naprawdę zależało od trzech czynników. Pierwszym jest cena ropy na światowych rynkach. W tym wypadku zależność jest niezwykle prosta – droga ropa oznacza dopływ kapitału do Iranu. Drugim jest zdolność rządu do zapanowania nad inflacją i bezrobociem, a co za tym idzie nad niepokojami społecznymi. Warto tu podkreślić, że (wbrew temu, co twierdzi się na Zachodzie) irańskie społeczeństwo nie jest zbyt chętne do obalenia ustroju, a twierdzenie, jakoby rząd ledwo panował nad sytuacją, a kraj stał na krawędzi kolejnej rewolucji jest póki co kompletną bzdurą. Czynnik trzeci to zdolność Iranu do eksportu węglowodorów oraz innych produktów.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Jest bardzo wątpliwe, by administracji prezydenta Trumpa udało się zredukować do zera irański eksport ropy. Wiecznie głodne surowców Chiny, zwłaszcza w obliczu narastającego konfliktu gospodarczego z USA nie zrezygnują z dostaw irańskich. Otwartą pozostaje kwestia tego, co zrobią Indie. Sporą szansą dla Iranu jest też rozdźwięk, czy wręcz już konflikt amerykańsko – turecki. Turcja jest ważnym partnerem handlowym Iranu i może stać się ważnym odbiorcą irańskiej (lub rosyjskiej) ropy. Ważnym elementem bliskowschodniej układanki ponownie stała się Rosja, która pomimo, że nie ma bezpośredniego interesu we wpieraniu eksportu z Iranu, to jest zainteresowana utrzymaniem wysokich cen ropy oraz zmniejszaniem amerykańskiej obecności w regionie. Oczywiście z punktu widzenia Teheranu pewnym komplikatorem są coraz bliższe relacje Moskwy z Tel-Avivem, jednak należy się spodziewać, że Rosji będzie zależało na wypracowaniu sobie stanowiska, które nie będzie oznaczało opowiedzenia się po jednej ze stron. Relacje Iranu z UE również dają Teheranowi pewne pole manewru, aczkolwiek wewnętrzne rozbieżności w łonie UE połączone z jej głębokimi relacjami gospodarczymi z USA sprawiają, że wspomniane pole manewru jest jednak mocno ograniczone.

Amerykanie często odwołują się bezpośrednio do aspiracji narodu irańskiego. Jak przeciętny Irańczycy odbierają tego typu deklaracje ze strony Waszyngtonu?

Jak wspomniałem powyżej – Irańczycy nie są nastawieni na obalenie reżimu. Doniesienia o rewolucyjnym wręcz wrzeniu w kraju należy określić jako propagandę lub raczej pobożne życzenia, zwłaszcza irańskich środowisk emigracyjnych w USA. Irańczycy, nawet ci niechętni republice islamskiej są w większości przypadków nacjonalistami dumnymi ze swoje spuścizny cywilizacyjnej oraz z trudem osiągniętej niezależności. Wszelkie „proreformatorskie” działania ze strony państw trzecich (zwłaszcza mocarstw) są traktowane z dużą dozą uzasadnionej historycznie nieufności. Często przywodzą na myśl czasy schyłkowych Kadżarów i Mohammada Rezy Pahlaviego, kiedy to Iran był de facto państwem marionetkowym traktowanym przez m.in właśnie USA jak połączenie stacji benzynowej z motelem dla wojska i dyskoteką. Prócz tego Irańczycy po sąsiedzku mają dwa przykłady dobrej woli i demokratyzacji w wydaniu amerykańskim w postaci Afganistanu i Iraku. Nie trzeba chyba zbyt szeroko tłumaczyć dlaczego Irańczycy w związku z tym wszelkie apele z Waszyngtonu traktują w najlepszym razie bardzo powściągliwie.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Izolacja Iranu czy Ameryki?

Niektórzy komentatorzy twierdzą, że Iran niepotrzebnie ostatnimi czasy, ustami Najwyższego Przywódcy, odrzucił propozycję rozmów „bez warunków wstępnych”, jaka padła ze strony Trumpa. Czy postąpili słusznie?

W mojej opinii tak. Przemawiają za tym trzy podstawowe argumenty, przytoczone zresztą przez Rahbara Chamenei’ego w niedawnym przemówieniu. Po pierwsze z irańskiego punktu widzenia wyjście USA z JCPOA jest złamaniem umowy i wiarołomstwem. Jaką gwarancje mają Irańczycy, że z każdym następnym układem nie będzie podobnie? Po drugie Teheran zauważył istotny dysonans w amerykańskim stanowisku. W krótkim odstępie czasu prezydent Trump „zaprasza” do rozmów bez warunków wstępnych, a sekretarz Pompeo z kolei formułuje listę warunków wstępnych, których spełnienie ma umożliwić niezobowiązujące rozmowy. Wreszcie, po trzecie, Teheran liczy na porażkę republikanów w ogólności a obecnej administracji w szczególności w wyborach prezydenckich w 2020 r. To zaledwie dwa lata, które Iran będzie w stanie stosunkowo łatwo przetrzymać bez znaczącego pogorszenia stanu gospodarki, czy też uszczuplenia politycznego stanu posiadania. Być może nowa administracja nie będzie tak mocno pro-saudyjska i anty-irańska, co pozwoli Teheranowi na zajęcie lepszej pozycji wyjściowej w razie ewentualnych (i tak mało prawdopodobnych za kadencji obecnego rahbara) rozmów. Poza tym – biorąc pod uwagę ambicję Iranu oraz Arabii Saudyjskiej – zasadniczo nie ma o czym rozmawiać. Iran nie zredukuje tempa prac nad obronnością, w szczególności nad programem rakietowym, gdyż uznaje go za kluczowy dla zachowania potencjału odstraszania. Na polityczne cesje Iranu lub USA też nie ma co liczyć. Stosunki międzynarodowe na Bliskim Wschodzie to gra o sumie zerowej.

Czy słuszna jest konstatacja, że Turcja przyjęła irańska optykę na amerykańską politykę?

Raczej należałoby skonstatować, że Turcji przyszło płacić za nadmiar ambicji, w związku z czym dostała przedsmak tego, z czym musi borykać się Iran. Turcja, podobnie zresztą jak Iran zaczęła uważać, że w systemie ładu regionalnego ma zbyt mało miejsca, a jej interesy nie są właściwie zabezpieczone. W związku z tym Ankara zaczęła znacząco przekraczać granice dozwolone do tej pory w relacjach z państwami regionu oraz Rosją i USA.  Siłą rzeczy nie mogło się to spodobać w Waszyngtonie ani pozostać bez odpowiedzi. Spięcia w sprawie przetrzymywanego w Turcji pastora są w tym wypadku symboliczne, pozwalają jednak wyraźnie dostrzec zmiany we wzajemnym nastawieniu Turcji I USA. Jednak nie należy jeszcze przesądzać o przyszłości wzajemnych relacji.

Czy polska obecność w Afganistanie ma dalszy sens? Wszak zasadniczo wszyscy już przyznają, że wojna została przegrana, a talibowie są coraz silniejsi i coraz bardziej zuchwali w swoich działaniach, np. ostatnio w Ghazni.

Odpowiedź na to pytanie zależy od tego jaką perspektywę przyjmiemy. Z perspektywy Wojska Polskiego nasza obecność w Afganistanie ma sens. Jednakże jest to sens poligonowy. Żołnierze i oficerowie nabierają doświadczenia w trudnych warunkach, doskonalą procedury, testują sprzęt oraz zacieśniają relacje i współpracę z naszymi sojusznikami. Z perspektywy polskiej racji stanu nasz niewielki, ale jednak więcej niż symboliczny udział w operacji afgańskiej również ma sens, gdyż buduje naszą wiarygodność oraz pozwala na udział w pracach międzynarodowych gremiów (formalnych i nieformalnych), gdzie kolokwialnie mówiąc można „załatwić” również sprawy pozaafgańskie, a bezpośrednio związane z obszarem zainteresowania RP. Daleki jestem od stwierdzenia, że może się to okazać przełomowe dla Polski, ale polityka międzynarodowa składa się często z wielu pozornie błahych drobiazgów, sieci kontaktów oraz ogólnej opinii na temat danego kraju.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Nasza obecność w Afganistanie w obecnym kształcie i przy obecnych kosztach nie pociąga za sobą praktycznie żadnych minusów, a w stosunku do kosztów pozwala osiągać sporo korzyści. Natomiast z perspektywy samego Afganistanu (jako kraju, nie państwa), NATO a w szczególności USA sprawa przedstawia się nieco inaczej. W tym miejscu należy postawić sobie pytanie o sensowność obecności wojsk koalicji w Afganistanie a w związku z tym sensowność i realistyczność przyjętych w 2001 r w Bonn samych założeń na których oparto realizację chyba niezbyt udanego projektu jakim jest budowa nowoczesnego, demokratycznego i scentralizowanego Afganistanu. Przy czym jeszcze ważniejsze będzie znalezienie odpowiedzi na pytanie: co dalej z Afganistanem? Jak dotąd nikomu nie udało się znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Michał Krupa

Irańczycy nie są nastawieni na obalenie reżimu
Oceń ten artykuł




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz