Rolnicy w Holandii od trzech lat prowadzą protesty przeciwko rządowi Marka Rutte. W ostatnim czasie mocno przybrały one jednak na sile, bo liberalny gabinet nie ukrywa, że realizując cele polityki klimatycznej Unii Europejskiej zniszczy wiele gospodarstw rolnych. Na gniewie farmerów zyskuje Ruch Rolnik-Obywatel, który w niedługim czasie wyrósł czołową siłę polityczną Holandii.

Bezpośrednią przyczyną obecnej fali protestów była deklaracja rządu z pierwszej połowy czerwca. Zapowiedział on plan redukcji emisji azotu i amoniaku, aby w ten sposób Holandia do 2030 roku spełniała unijne cele klimatyczne. Zrzut azotu na blisko 131 obszarach miałby zostać ograniczony o blisko 70 proc, natomiast w niektórych przypadkach aż o 95 proc. To zaś oznacza poważną redukcję pogłowia bydła hodowanego przez rolników, a tym samym bankructwo wielu z nich.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl wynosi 22 tys. PLN. Do tej pory zebraliśmy:

3956.49 PLN    (17.98%)
Nr konta: 60 1020 1097 0000 7302 0195 3702
Wspieraj Kresy.pl

Rolnicy nie są potulni

Reakcja holenderskich środowisk rolniczych była zdecydowana. W ubiegłym tygodniu na ulicach Hagi pojawiło się blisko 40 tys. farmerów, którzy w ten sposób protestowali przeciwko polityce realizowanej przez gabinet Rutte. Demonstracja ostatecznie przerodziła się w starcia z policją, nie stroniącą zresztą od brutalności wobec rolników. Aresztowano kilka osób, natomiast sami protestujący między innymi zniszczyli radiowóz i policyjne motocykle.

Demonstracje rolników od czasu protestu w Hadze odbywają się praktycznie codziennie. Najczęściej polegają one na blokowaniu autostrad przez ciągniki oraz na podpalaniu stogów siana. W niektórych miastach demonstrujący pikietowali budynki administracji publicznej, wylewając na nie obornik.

Najbardziej radykalna część rolniczych działaczy organizuje także akcje pod domami polityków najmocniej optujących za wspomnianymi zmianami. Kilkukrotnie przełamali blokady policyjne prowadzące do domu Christianne van der Wal, polityk rządzącej Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) i minister odpowiedzialną za redukcję emisji azotu. Na jej działkę wylewano obornik, a ponadto przy tej okazji zniszczono radiowóz.

Policja twierdzi, że nie interweniowała, bo bała się o własne bezpieczeństwo. Jak na razie funkcjonariusze nie mają zresztą większej kontroli nad trwającymi protestami. Ma się to zmienić jednak w przyszłym tygodniu. Holenderskie media spekulują, że policja przygotowuje się na zaplanowane na poniedziałek manifestacje. Chce nie dopuścić zwłaszcza do blokady dróg dojazdowych prowadzących do portu lotniczego Amsterdam-Schiphol.

Polityka klimatyczna dobija rolników

Protesty rolników wybuchają co kilka miesięcy od ponad trzech lat. Zostały wówczas wywołane przez inicjatywę socjalliberalnej partii Demokraci 66, która zaproponowała rozwiązanie mające na celu redukcję azotu wytwarzanego podczas hodowli bydła. Rządowy instytut ochrony środowiska wyliczył, że rolnictwo odpowiada za blisko 46 proc. jego emisji. Z tego powodu rozpoczęto wdrażanie regulacji mających na celu zmniejszenie liczby zwierząt o blisko połowę.

Zobacz także: Holandia: elektrownie węglowe będą mogły działać „na pełnych obrotach”, rząd zmienia politykę

Rolnicy uważają jednak dane podawane przez polityków za nieprawdziwe i służące do prowadzenia na nich nagonki. Mają stać za nią organizacje obrońców praw zwierząt oraz ugrupowania lewicowe, w tym głównie zdobywająca w ostatnich latach coraz większą popularność Partia na rzecz Zwierząt (PvdD). Poza tym farmerzy zwracają uwagę na nierówne traktowanie poszczególnych branż, bo podobne restrykcje nie obejmują wysokoemisyjnych sektorów budownictwa czy lotnictwa.

Nie można również zapominać, że holenderscy rolnicy od dawna są narażeni na duże koszty. Już wcześniej musieli dostosowywać się do szeregu różnego rodzaju wymogów, które generowały jednocześnie dodatkową biurokrację.  Tysiące farmerów pozaciągało tym samym pożyczki na modernizację swoich gospodarstw i zakup urządzeń udojowych, aby były one bardziej przyjazne dla zwierząt. Co prawda rządzący deklarują wydanie blisko 24 mld euro na pokrycie kosztów wdrażanych zmian, tym niemniej mieszkańcy wsi poważnie obawiają się o swoją przyszłość.

Podobnych problemów nie mają natomiast wielcy producenci rolni. Rząd Rutte wyraźnie faworyzuje rzekomo bardziej ekologiczne duże farmy należące choćby do koncernu Monsanto. Jest on notabene znany jest z używania niebezpiecznych środków chwastobójczych, takich jak sprzyjający chorobom nowotworowym glisofat. Poza tym na preferencyjne warunki ze strony holenderskich władz mógł liczyć Bill Gates, gdy otwierał wielką fabrykę „wegetariańskiego mięsa” w południowej części kraju.

Obawiać mogą się zresztą nie tylko właściciele i pracownicy gospodarstw rolnych. Ograniczenie produkcji będzie bowiem dotkliwe dla całej holenderskiej gospodarki. Rolnictwo jest jednym z jej kluczowych sektorów, o czym świadczą twarde dane – w ubiegłym roku wartość eksportu produktów rolnych przekroczyła poziom 105 mld euro. Rządzący wydają się jednak tym szczególnie nie przejmować, podkreślając za każdym razem, że cele ich nowej polityki nie mogą być zmienione, bo Holandia zobowiązała się do realizacji unijnej polityki klimatycznej.

Powrót agrarystów

Protesty na terenie całego kraju organizuje kilka organizacji zrzeszających holenderskich rolników, w tym również związki branżowe zajmujące się produkcją mleka. Najbardziej radykalna część rolniczych działaczy zdecydowała się na powołanie ruchu „Farmers Defence Force”, który za swój główny cel stawia obronę farmerów przed „zielonymi komunistami”. Organizacja nie odcina się od radykalnych metod, dlatego zbiera pieniądze na pomoc prawną dla osób aresztowanych za udział w zamieszkach.

Holenderscy rolnicy mogą liczyć na wsparcie polityków kilku prawicowych ugrupowań, takich jak choćby Partia Wolności (PVV) Gerta Wildersa czy narodowo-konserwatywnego Forum na rzecz Demokracji (FvD). Największym beneficjentem trwających protestów jest jednak istniejący od 2019 roku Ruch Rolnik-Obywatel (BBB), założony przez dziennikarkę rolniczą Caroline van der Plas, będącą również samorządowcem rozczarowanym polityką prowadzoną przez Apel Chrześcijańsko-Demokratyczny (CDA), koalicjanta Ruttego.

W ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych BBB otrzymało 1 proc. głosów i wprowadziło do Tweede Kamer swoją założycielkę, która tym samym została pierwszym przedstawicielem ruchu agrarystycznego w holenderskim parlamencie od ponad czterech dekad. Teraz według niektórych sondaży jest drugą najpopularniejszą partią zaraz po rządzących liberałach z VVD. Van der Plas podkreśla jednak, że jej największym wrogiem jest wspomniane ugrupowanie walczące o prawa zwierząt. Co ciekawe, jest ono jednocześnie wzorem dla szefowej BBB, bo jako mała partia ma olbrzymi wpływ na holenderską politykę.

Popularność agrarystów jest związana nie tylko ze sprzeciwem wobec polityki azotowej rządu Rutte. BBB ogółem uważana jest za głos rolników lekceważonych dotąd w debacie publicznej.  Czołowe holenderskie media od dawna prowadzą bowiem nagonkę na farmerów, oskarżanych o „szerzenie teorii spiskowych” czy o „działanie razem ze skrajną prawicą”. Van der Plas podkreśla tymczasem, że niektóre protesty wymykają się spod kontroli z powodu rozpaczy rolników, którzy nie są wysłuchiwani przez polityków czołowych partii.

Ugrupowaniu rolników sprzyja z pewnością pozytywny stosunek społeczeństwa do protestów. Z sondaży wynika, że blisko 45 proc. Holendrów popiera w pełni demonstracje organizowane przez farmerów, a dodatkowo widoczny jest spadek liczby osób zaniepokojonych rzekomo zbyt dużą emisją azotu. Jednocześnie rząd Rutte cieszy się coraz mniejszym zaufaniem społecznym, dlatego rolnicze protesty mogą doprowadzić do poważnego przemeblowania holenderskiej sceny politycznej.

Marcin Ursyński

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz