Bałtyckie kły i kwestia norweska

Morska Jednostka Rakietowa, nazywana też „Morską tarczą rakietową”, to kluczowe narzędzie obrony polskiego wybrzeża. Głównie dzięki wyposażeniu w nowoczesne, norweskie pociski manewrujące NSM, zdolne do rażenia celów na dystansie 200 km. Według zapowiedzi MON, MJR może zostać w przyszłości rozbudowana, a współpraca z Norwegami może dotyczyć także takich obszarów, jak uzbrojenie okrętów podwodnych czy program „Narew”.

W ostatnim czasie dużą uwagę zwróciło rozlokowanie przez Rosjan morskich systemów rakietowych Bastionz naddźwiękowymi pociskami przeciwokrętowymi Oniks na terytorium Obwodu Kaliningradzkiego. Miałoby umożliwić zablokowanie okrętom potencjalnego przeciwnika wyjścia z Cieśnin Duńskich na Bałtyk. Podano też, że w ich zasięgu znajdują się cele w Polsce. Co nie powinno dziwić, zważywszy na to, że ponaddźwiękowe rakiety Oniks mogą razić cele w promieniu 600 km.

Należy tu jednak przypomnieć, że Polska również posiada na wyposażeniu rakietowe systemy obrony wybrzeża, wyposażone w nowoczesne uzbrojenie – swego rodzaju „Morską tarczę rakietową”. „Rzeczpospolita” zwraca uwagęna Morską Jednostkę Rakietową (MJR), którą niedawno sformowano w Siemirowicach pod Lęborkiem, w oparciu o Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy. Na jej uzbrojeniu znajdują się pociski przeciwokrętowe NSM, produkowane przez norweski koncern Kongsberg. Dwa lata temu została ona rozbudowana do dwóch nadbrzeżnych dywizjonów (pierwszy osiągnął gotowość bojową w 2013 roku). Wzmocniono ją również kolejnymi, 24 pociskami NSM (początkowo zamówiono 50, w tym 2 ćwiczebne), a także wyrzutniami (łącznie 12 wyrzutni po 4 pociski każda) i stacjami radiolokacyjnymi oraz wozami dowodzenia i wozami kierowania uzbrojeniem. Do obrony służą armaty przeciwlotnicze ZU-23-2 oraz zestawy rakietowe Grom. Do tej pory koszt kompletnego wyposażenia MJR sięgnął 1,7 mld zł.

Na początku listopada wiceminister Bartosz Kownacki ujawnił z kolei, że resort obrony poważnie rozważa zakup trzeciego nadbrzeżnego dywizjonu rakietowego. Publicysta Krzysztof Wilewski pisał na łamach portalu Polska-Zbrojna.pl, że to bardzo dobry pomysł:

– Doświadczenia obrońców Helu z 1939 roku pokazały, jak skuteczna w walce z obcą flotą jest „lądowa” artyleria. A w naszej sytuacji, gdy nie możemy doczekać się nowych okrętów wojennych w liczbie więcej niż symbolicznej, zakup nowych dział, a w tym wypadku rakiet o zasięgu 200 kilometrów jest więcej niż wskazany.

Według Wilewskiego, z jednej strony zrozumiałe są zastrzeżenia ze strony „ludzi morza”, którzy oczekują jak najszybszego wzmocnienia polskiej floty wojennej o nowe jednostki. Zaznacza jednak, że na nowe okręty wojenne w odpowiedniej liczbie trzeba jeszcze będzie poczekać, dlatego narzędzia konieczne do obrony polskiego wybrzeża – portów, szlaków handlowych i wód terytorialnych – potrzebne są już teraz.

– Rakiety NSM o zasięgu 200 kilometrów są właśnie tego typu narzędziem. Gdy dodamy im odpowiednie sensory (ich obecne polskie radary o zasięgu 50 kilometrów są absolutnie niewystarczające), będziemy mieli do dyspozycji broń, której naprawdę powinni się obawiać ewentualni agresorzy– pisze Wilewski.

Norweskie kły polskiej tarczy

Kluczowym elementem MJR są właśnie wspominane już rakietowe, poddźwiękowe przeciwokrętowe pociski manewrujące NSM (Naval Strike Missile), zdolne zarówno do rażenie celów morskich, jak również – z uwagi na swój zasięg – lądowych. Ich zasięg wynosi nawet 200 km, co oznacza, że w zasięgu mobilnych wyrzutni pocisków NSM mogą się znaleźć np. instalacje wojskowe Obwodu Kaliningradzkiego.

Każdy pocisk NSM wart jest według szacunków ok. 10 mln złotych. Na cel są naprowadzane dzięki unikalnej, pasywnej głowicy, która wykorzystuje system GSM oraz lokalizatory na podczerwień. Ponadto, jej system obserwacyjny zawiera informacje o okrętach, umożliwiając lepszą identyfikację celu i uniknięcie pomyłki. Uważany jest również za najnowszy morski pocisk o właściwościach stealth, utrudniających jego wykrycie.

Pociski NSM znajdują się na wyposażeniu norweskiej marynarki. Uzbrojono w nie zarówno jednostki nawodne – fregaty, jak również okręty podwodne. Ponadto, Amerykanie, a dokładniej koncern Lockheed Martin, wybrał je dla swoich myśliwców V generacji F-35.

Wilewski na łamach „Polski Zbrojnej” zwraca szczególną uwagę na zdolności manewrowe pocisku, który można wystrzelić z głębi lądu, a on samo posiada zdolność, by lecieć kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż wybrzeża, a następnie, w odpowiednim momencie, z zaskoczenia zmienić tor lotu, pojawić się nad wodą i zniszczyć wrogi okręt. Zdaniem publicysty, do skutecznej obrony polskiego wybrzeża konieczne byłyby jednak nie trzy, a najlepiej cztery dywizjony NSM.

Ważna jest tu jednak kwestia okrętów podwodnych. Mianowicie, w ramach programu „Orka”, przetargu na trzy nowe okręty podwodne dla polskiej marynarki, szwedzki koncern Saab oferuje Polsce swoje najnowsze okręty podwodne typu A-26. Szwedzi deklarują daleko posuniętą kooperację. Nowe jednostki miałyby być budowane w Polsce, a ponadto wyposażone m.in. w pociski manewrujące. Tymi zaś najpewniej byłyby właśnie norweskie NSM.

Pierwszy nadbrzeżny dywizjon rakietowy utworzony w ramach MJR od blisko dwóch lat znajduje się w stanie gotowości bojowej. Na jego wyposażenie wydano ok. 900 mln złotych, przy czym blisko połowa tej kwoty pozostała w kraju. Norweski koncern Kongsberg zamawiał bowiem w polskich firmach kontenerowe wyrzutnie, a także pojazdy i sprzęt elektroniczny. Zlecenia te realizowała m.in. prywatna firma Transbit z Warszawy, która dostarczyła systemy łączności. Z kolei opancerzone ciężarówki terenowe powstały w zakładach Jelcz. Z kolei PIT-Radwar dostarczył na zamówienie Norwegów najnowszy wariant trójwspółrzędnych radarów TRS-15 s „Odra” (wcześniej wykorzystywano TRS-15M Bumar Elektronika), jak również projekty i integrację elektroniki na wozach dowodzenia i łączności. W pracach brało udział także Centrum Techniki Morskiej z Gdyni , które na potrzeby MJR wykonało urządzenia elektroniczne i programy integrujące wyrzutnie z systemem dowodzenia marynarki wojennej „Łeba”. W Gdyni powstała też część radiostacji do pojazdów.

Norwegia i „Narew”

Norwegowie z Kongsberg otwierają też przed Polską inne pole współpracy. Chodzi o program „Narew”, czyli przeciwlotnicze rakietowe systemy krótkiego zasięgu. W ramach niego, norweska firma oferuje Polsce system NASAMS. Przedstawiciele Kongsberga zapewniają, że traktują polski przetarg bardzo poważnie.

W maju, jak informowaliśmy, podczas wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Norwegii, Polska Grupa Zbrojeniowa S.A. i norweski koncern obronny Kongsberg Defense & Aerospace AS podpisały list intencyjny. Zadeklarowano w nim m.in. współpracę w zakresie systemu obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu „NAREW”, a także programów morskich, kosmicznych oraz systemów nadzoru i rozpoznania.

W grę wchodzi również transfer technologii do PGZ, a istnieje możliwość, że w przyszłości obie strony będą współpracować w kwestii rozwoju polsko-norweskiej rakiety lotniczej, będącej uzupełnieniem dla podstawowego w systemie NASAMS pocisku AMRAAM. Co ważne, transfer technologii miałby nastąpić w ramach współpracy dotyczącej Naval Strike Missile (NSM) oraz Nadbrzeżnego Systemu Obronnego (NDR).

We wrześniu przedstawiciele firmy Kongsberg Defence & Space byli obecni podczas targów MSPO w Kielcach, gdzie przekonywali do wyboru produkowanego przez koncern system obrony przeciwlotniczej NASAMS. Hans Christian Hagen, wiceprezes ds. rozwoju Kongsberg podczas kieleckich targów powiedział: – Współpracę z polskim przemysłem obronnym rozpoczęliśmy lata temu, realizując program NSM. Te doświadczenie daje nam doskonałą bazę do dalszej kooperacji. Chcemy ją kontynuować oraz rozszerzać na nowe obszary, podejmując wspólne działania ze spółkami zgrupowanymi w Polskiej Grupie Zbrojeniowej (PGZ).

– Oferujemy PGZ kompleksowy pakiet, czyli możliwość długoterminowej współpracy przy budowie i rozwijaniu NASAMS. Najważniejszą kwestią jest transfer technologii. Chodzi o to, by w dłuższej perspektywie strona polska uzyskała możliwość samodzielnego utrzymania systemu– podkreślał Hagen.

Stronie polskiej zależy na uzyskaniu technologii rakietowych, pozwalających na samodzielne stworzenie nowoczesnych pocisków do wykorzystywanych w kraju systemów. Aktualnie norweski NASAMS wykorzystuje amerykańską rakietę AMRAAM i jest to najważniejsza nienorweska część systemu. Stworzenie nowego pocisku w współpracy z Polską mogłoby być rozwiązaniem korzystnym dla obu stron.

Kresy.pl / Marek Trojan

Reklama



4 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. jazmig
    jazmig :

    Obrona tego rodzaju, to krok we właściwą stronę, ale kupowanie okrętów podwodnych, to marnowanie pieniędzy. Te okręty nie obronią wybrzeża, szkoda na nie pieniędzy. Potrzeba nam mocnej obrony przeciwokrętowej, przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Okręty podwodne to fajne zabawki, ale kosztowne i malo przydatne do obrony.