Mówi się, że Gierek zadłużył Polskę, ale jego dług w porównaniu z obecnym, którego nie spłacą jeszcze nasze wnuki był niewielki. Poza tym Gierek coś po sobie zostawił.
– Jak wyrzucili dyrektora naszego gimnazjum i zastąpili go komunistą, to UB zaczęło węszyć także w naszej szkole – kontynuuje swą opowieść Zdzisław Wodzisławski. – Zaczęli typować podejrzanych i ich intensywnie przesłuchiwać. Ja też zostałem zatrzymany. Zawieziono mnie na UB we Wrocławiu. Spuszczono mi lanie i zamknięto w areszcie. Do niczego się jednak nie przyznałem. Oni nic na mnie nie mieli i mnie zwolnili strasząc, że będą mi się przyglądać. Wyszedłem ze sprawy cało, bo nikt mnie nie wsypał. Byłem też młodociany, a takich UB zawsze traktowało łagodniej. Chyba, że złapało kogoś z bronią w ręku. Przy mnie nie znaleźli nic, a nikt, jak już nadmieniłem, nie obciążył mnie zeznaniami. Zdecydowana większość członków naszej organizacji bardzo poważnie traktowała słowa przysięgi i nawet katowana nie wydawałam kolegów.
Zasady konspiracji
– Organizacja, jak już wcześniej zaznaczyłem, przestrzegała też zasad konspiracji, dzięki czemu każdy wiedział tylko tyle, ile musiał. Ubowcy zaś, jeśli nie potrafili wybić potrzebnych zeznań, byli bezradni. To byli w większości bardzo prymitywni ludzie. Każdy myślący człowiek mógł ich wyprowadzić w pole. Musiał tylko umieć zachować zimną krew. Większość z nich ukończyła najwyżej 4 klasy szkoły podstawowej. Jako uczniowie gimnazjum byliśmy od nich dwa stopnie wyżej. Nie słyszałem, by dali jakiemuś aresztowanemu protokół z przesłuchania do przeczytania. Zatrzymany miał tylko go podpisać. Ubowcy wstydzili się, że aresztowany zobaczy, że nie umieją poprawnie pisać i robią masę błędów ortograficznych. Owszem, zdarzali się wśród nich czasem porządni ludzie, ale to były wyjątki. Ja zakończyłem działalność konspiracyjną w listopadzie 1948 r., kiedy w Namysłowie UB zlikwidowało tamtejszy oddział KWP „Bursa”, rozbijając jego kierownictwo. Aresztowano w sumie chyba dwanaście osób. Siedmiu z nich zostało skazanych na karę śmierci. Wyroki na nich bardzo szybko wykonano, co odbiło się w całym regionie dużym echem.
Chciały zastraszyć
– Władze najzwyczajniej chciały zastraszyć społeczeństwo, pokazując swoją bezwzględność wobec niepokornej młodzieży. Przyznać trzeba, że im się udało. Wszystkich skazano jako bandytów. Proces ich był szeroko nagłaśniany w prasie. Zapamiętałem, że szczególnie pastwiono się nad młodym wrocławskim dziennikarzem, którego skazano na karę śmierci „za współpracę z bandą”. Ja po ukończeniu gimnazjum w Oleśnicy przeniosłem się na wszelki wypadek do Gliwic, gdzie ukończyłem liceum, a następnie podjąłem studia na Politechnice Śląskiej, mieszczącej się w tym mieście. Po jej ukończeniu dostałem nakaz pracy. Najpierw przez dwa lata byłem zatrudniony w zakładzie podległym „Cegielskiemu”. Później przerzucono mnie z powrotem na Śląsk do Chorzowa, gdzie w „Konstalu” potrzebowano fachowców do budowy mostów.
Montowaliśmy tramwaje
– Robiliśmy tam przęsła mostów, które później montowano w różnych częściach kraju. W pierwszym zaś rzędzie w Warszawie. Zdobyłem przy ich wykonywaniu wiele cennych inżynierskich doświadczeń. Później przeniesiono mnie na wydział zajmujący się budową wagonów samowyładowczych, służących do przewożenia piasku, którym zamulano pokopalniane wyrobiska. Ładowano do nich piasek pod Olkuszem, przywożono na Śląsk i bocznicami kolejowymi rozprowadzano do kopalń, gdzie specjalnymi tunelami kierowano do chodników przeznaczonych do likwidacji. W „Konstalu” montowaliśmy też tramwaje, jak na owe czasy nowoczesne, niskopodłogowe. Wykonywaliśmy również platformy na eksport. Szły one do Iraku, Iranu i krajów afrykańskich. Po Afryce sporo się najeździłem, nadzorując montowanie tych platform. Byłem w Nigerii, Zambii i Kongu.
Nie wspominam źle
– W krajach tych sprzedawaliśmy też wagony. Ceniono mnie jako fachowca i awansowano na stanowisko dyrektora ds. technicznych. Później przeniesiono mnie na stanowisko dyrektora ds. inwestycyjnych. Pełniąc tę funkcję przepracowałem w „Konstalu” prawie 10 lat. Stamtąd przeniesiono mnie do Śląskich Zakładów Drobiarskich, gdzie też zajmowałem się inwestycjami. Budowałem m.in. rzeźnię drobiu, wytwórnię pasz i ponad sto kurników, każdy o powierzchni tysiąca metrów. Była to bardzo ciężka praca. Nie taka jak teraz. Nie było mowy o wolnej sobocie, zdarzało się też , że musiałem do biura przychodzić w niedzielę. Ostatnie pięć lat przed emeryturą spędziłem w Urzędzie Wojewódzkim, pełniąc funkcje starszego inspektora ds. inwestycji, będącego odpowiednikiem dyrektora wydziału.
Od czarnej roboty
– Miałem do dyspozycji samochód z kierowcą i jeździłem po budowach, które nadzorowałem. Były to przede wszystkim oczyszczalnie ścieków, wodociągi, ujęcia wody, elektrownie, sieci kanalizacyjne. W sumie miałem pod opieką ponad trzysta wznoszonych obiektów. Musiałem wiedzieć, co na każdym się dzieje, jaki jest postęp prac, by w każdej chwili podać odpowiednią informację wojewodzie. W kompetencjach mojej komórki znajdowało się także budownictwo mieszkaniowe. W sumie nie wspominam tych czasów źle. Do partii oczywiście należałem, ale w żadną politykę się nie mieszałem. Byłem człowiekiem od czarnej roboty i cieszyłem się, że jestem użyteczny i mogę widzieć efekty swojej pracy.
Zwykłe matoły
– Wielu moich przełożonych to były zwykłe matoły przysłane przez komitet, ale szanowali mnie, bo wiedzieli, że sami nie dadzą sobie rady. Fachowców wtedy jednak ceniono. Widziałem też entuzjazm ludzi , którzy cieszyli się, że Polska idzie do przodu. Dziś cały zbudowany wówczas przemysł leży w ruinie, a bez niego daleko nie zajdziemy. Nie będzie po prostu miejsc pracy. Kiedyś w województwie katowickim oddawaliśmy rocznie od stu do stu sześćdziesięciu tysięcy mieszkań. Dziś w całej Polsce oddaje się najwyżej dwadzieścia tysięcy mieszkań. Mówi się, że Gierek zadłużył Polskę, ale jego dług w porównaniu z obecnym, którego nie spłacą jeszcze nasze wnuki był niewielki. Poza tym Gierek coś po sobie zostawił.
Silnie spenetrowana
Na emeryturę Zdzisław Wodzisławski przeszedł w 1990 r. Trzy lata później zaangażował się w tworzenie Śląskiego Oddziału Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego.
– Na Śląsku KWP miało bowiem silną organizację i mieszkało na nim sporo weteranów – mówi. – Okręg Śląski KWP o kryptonimie „Klimczok”, działający w latach 1945 – 46 należał do silniejszych w całej organizacji. Jak byłem jeszcze w Oleśnicy, to docierały do mnie strzępy informacji, z których wynikało, że UB aresztowało na Politechnice Śląskiej w Gliwicach jakichś ludzi, którzy dostali karę śmierci. Jeden z nich nazywał się, jak zapamiętałem Gerard Stopa. Jak zakładaliśmy oddział związku, to dowiedziałem się, że był dowódcą okręgu liczącego 8 batalionów, skupiających około dwóch tysięcy żołnierzy. Organizacja była mocno penetrowana przez władze komunistyczne.
Cdn.
Marek A. Koprowski








