Gdy towarzystwo, przede wszystkim mężczyźni sobie podpili, zaczęli rozmawiać na tematy polityczne. Nie zważając na obecność sowieckiego oficera zaczęli wyrażać się, co myślą o obecnej sytuacji. Mocno podchmielony pan Zygmunt Kowalski podszedł do niego, objął go za szyje i oświadczył, że nie ma się czego obawiać, ponieważ jest swoim chłopem i jak do Włodzimierza wkroczą Francuzi, to Polacy nie pozwolą zrobić mu krzywdy.
Profesor dr hab. komandor Józef Czerwiński to jeden z pierwszych żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji AK, który upomniał się o prawo ich obecności w świadomości społecznej. Już w 1972 r. wydał wspomnienia zatytułowane „Z Wołyńskich Lasów na Berliński Trakt”, które dziś należą do „wołyńskiej klasyki” i figurują w bibliografii każdej pracy poświęconej bojom 27 WDP AK. W jej szeregi trafił, gdy miał niewiele więcej niż 15 lat. Pochodził z Włodzimierza nad Ługą, powiatowego miasta w województwie wołyńskim.
– Urodziłem się we Włodzimierzu Wołyńskim w 1928 r. – wspomina. – Matka Kazimiera była rodowitą Wołynianką, a ojciec Edward przybyszem z Nowego Sącza. Przyjechał do Włodzimierza, gdzie jako nauczyciel podjął pracę w nowo utworzonym w tej miejscowości gimnazjum. Wołyń poznał jeszcze, gdy jako żołnierz Legionów brał udział w toczących się tu bojach. Był też członkiem POW i jako oficer został skierowany na Śląsk, by wspomóc III Powstanie Śląskie. Po jego zakończeniu wrócił do cywila i udał się na Wołyń, gdzie poznał moją matkę. Życie im się jednak nie ułożyło i ojciec po jakimś czasie wrócił do Katowic, gdzie pracował jako nauczyciel. Mama etatowo nigdy nie pracowała, zajmując się działalnością społeczną.
Miałem jechać do ojca
– Utrzymywaliśmy się z tego, że po zmarłym dziadku, który we Włodzimierzu był notariuszem, zostały trzy domy, które mama wynajmowała. Mieliśmy również duży dom z ogrodem, biegnącym aż do Ługi. Warunki życia razem z młodszym ode mnie o trzy lata bratem Eugeniuszem mieliśmy dobre. Do 1939 r. chodziłem do szkoły powszechnej. Ukończyłem trzy klasy i miałem 1 września iść do czwartego oddziału. Szkoła, do której uczęszczałem mieściła się w poklasztornym budynku i mieszkańcy Włodzimierza nazywali ją szkołą „Na zameczku”. Pomimo tego, że gdy wojna była tuż za progiem miałem dopiero 11 lat, poczułem jej oddech. Miałem na wakacje jechać do ojca, ale matka kategorycznie orzekła, że w tak niespokojnych czasach do niego nie pojadę. Latem wydano też zarządzenie o kopaniu rowów przeciwlotniczych. Kopano je w kształcie zygzaka. Co trzy metry następowało w nich załamanie. Dwa schrony kopano także w naszym ogrodzie. Włączyłem się do tej pracy, wykonywanej głównie przez starszych, traktując to jako dopełnienie zabawy w wojsko. Nie przypuszczałem, że już niedługo będę musiał wziąć do ręki prawdziwy karabin. W sierpniu nasze podwórko zapełniło się furmankami z końmi. Zaczął się we Włodzimierzu pobór koni do wojska. Niedługo potem stacjonujące u nas: 23 pułk piechoty i 27 pułk artylerii lekkiej ładowały się na transporty kolejowe i odjeżdżały na zachód. 1 września wybuchła wojna. Do szkoły już nie poszedłem, bo jej nie uruchomiono. Do miasta zaczęła napływać fala uchodźców z zachodniej i centralnej Polski. Nasz dom też się zapełnił. Nocowali w nim znajomi i nieznajomi, którzy najczęściej dalej jechali na wschód. Nad miastem pojawiały się też samoloty niemieckie.
Tragiczny wrzesień
– W pewnym momencie, nie pamiętam już który to był dzień, zrzuciły one bomby na Włodzimierz. Spadły dość daleko od naszego domu, ale rozbiły samochód i kilka wozów z uciekinierami. Kilkadziesiąt osób zostało zabitych i rannych. 11 września w pobliżu naszego domu pojawiły się grupy wyższych oficerów. U nas zakwaterowano wicepremiera i ministra skarbu Eugeniusza Kwiatkowskiego z żoną i córką oraz eleganckiego, przystojnego, ale zupełnie siwego majora, z którym mieszkała młoda i piękna niewiasta. Zaczęto mówić, że w szkole „Na zameczku” kwateruje Wódz Naczelny, czyli marszałek Rydz-Śmigły. Jak inni chłopcy, pobiegłem pod szkołę sądząc, że uda mi się go zobaczyć. Budynek był jednak strzeżony i nawet na podwórze trudno było zajrzeć. 13 września siwy major przyszedł bardzo zdenerwowany i powiedział, że teraz to przyjdzie sobie w łeb strzelić. Nie zastrzelił się, ale natychmiast wyjechał ze swoją towarzyszką. Jeszcze wcześniej opuścił Włodzimierz Eugeniusz Kwiatkowski. Szybko opustoszał też zameczek. Mama uznała, że również musimy się ewakuować. Wyjechaliśmy do wsi Chobułtów, położonej 10 km od Włodzimierza. Ściągnął nas tam wujek Hipolit Dragoń, który w tej wsi miał duże gospodarstwo i okazały murowany dom. We wsi stało jeszcze Wojsko Polskie. W sadzie wuja rozlokowane były tabory tej jednostki. Wycofała się ona, gdy doszło do jej dowództwa, że Armia Czerwona przekroczyła granicę Polski, zajmując ziemie Rzeczypospolitej. Wcześniej jeszcze 15 września Niemcy usiłowali zająć Włodzimierz. Doszli do Ługi, która otaczała miasto od południa, ale nie zdołali jej sforsować. Polskim saperom udało się wysadzić most i odeprzeć próbę niemieckiego desantu.
Wkroczenie Sowietów
– Polska linia obrony przebiegała m.in. przez nasz ogród. Pancerne czołówki sowieckie wkroczyły do miasta w nocy z 20 na 21 września. My wróciliśmy do Włodzimierza dzień po ich wkroczeniu. W mieście pełno było sowieckiego wojska. Na ulicy przed magistratem harmonista rżnął od ucha do ucha, a kilku czerwonoarmistów tańczyło w prysiudach. W domu zastałem na kwaterze oficera. Ogród nad rzeką zryty był okopami. Walały się po nim różne części sprzętu wojskowego. Oficer przydzielony do nas na kwaterę nazywał się Tataurszczikow. Początkowo starał się nas uświadamiać politycznie. Kiedyś przy kolacji powiedział słowa, które na długo zapadły mi w pamięć. Powiedział m.in.: „Polskije pany protancowali Polszu. Wy tancowali tango, a my stroili tanki. Wy tancowali fokstroty, a my stroili samoloty”. Czasami i mnie zabierał do pokoju i uświadamiał indywidualnie. Uczył mnie wierszyka, z którego zapamiętałem tylko oderwane słowa: ”Jan zaorze, pan zbierze, Jan strzyże owieczki, pan zbiera wełnę”. Tataurszczikow szybko jednak uznał, ze trafił na materiał oporny na reedukację i dał sobie spokój z uświadamianiem. W owym czasie nie wiedziałem, co się dzieje z moim ojcem. Dopiero później dowiedziałem się, że jako oficer został zmobilizowany do armii. W trakcie różnych zmagań dostał się do niewoli sowieckiej i gdyby nie to, że wartownik sowiecki wypuścił go za zegarek, to zginąłby w Katyniu albo innym miejscu. Udało mu się następnie przedostać przez Węgry i Jugosławię na Bliski Wschód, gdzie wstąpił do Armii Andersa, w której został wykładowcą w korpusie kadetów. Wraz z nią przeszedł jej cały szlak bojowy, a po wojnie pozostał w Londynie, tam zmarł i został pochowany. W Polsce już nigdy nie był. Bał się przyjechać.
W rosyjskiej szkole
Sowieci uruchomili dość szybko ponownie szkołę. Mieściła się ona dalej w tym samym budynku, tylko tym razem społeczeństwo nazywało ją „czerwoną”, nie tylko ze względów ideologicznych, ale także od koloru cegły, z której była zbudowana. Językiem wykładowym był w niej rosyjski. Do placówki tej uczęszczały nie tylko miejscowe dzieci, ale także dzieci obywateli radzieckich, oficerów różnych służb i wojska, administracji i aparatu politycznego. Pod koniec 1939 r. zobaczyłem na ulicy we Włodzimierzu po raz pierwszy w życiu hitlerowskich oficerów. Do miasta przyjechała misja wojskowa, zajmująca się repatriacją Niemców z Wołynia na tereny Poznańskiego i Pomorza. W gronie oficerów niemieckich paradował syn pastora luterańskiego z Włodzimierza Schena. Latem 1938 r. wyjechał on na studia do Niemiec, a wrócił jako oficer. Wkrótce po przybyciu misji niemieckiej przez Włodzimierz zaczęły ciągnąć tysiące sań zaprzężonych w piękne konie. To osadnicy niemieccy opuszczali Wołyń i jechali na zachód. Społeczeństwo polskie bardzo przeżywało utratę niepodległości i wciąż wierzyło, ze rychło wybuchnie kolejna wojna i najpóźniej wiosną Francja i Anglia przystąpią do ofensywy i przepędzi Niemców z Polski. W rozmowach prywatnych Polacy nie kryli swoich nadziei. Pamiętam Wigilię w 1939 r. Przyszło na nią do nas kilkanaście osób. Matka zaprosiła na nią kilkanaście osób w tym także lejtnanta Tataurszczikowa. Gdy towarzystwo, przede wszystkim mężczyźni sobie podpili, zaczęli rozmawiać na tematy polityczne. Nie zważając na obecność sowieckiego oficera zaczęli wyrażać się, co myślą o obecnej sytuacji. Mocno podchmielony pan Zygmunt Kowalski podszedł do niego, objął go za szyje i oświadczył, ze on nie ma się czego obawiać, ponieważ jest swoim chłopem i jak do Włodzimierza wkroczą Francuzi, to Polacy nie pozwolą zrobić mu krzywdy. Wypowiadanie takich sądów przy sowieckim oficerze było bardzo niebezpieczne.
Porządny człowiek
– Gdyby był złym człowiekiem i zameldował gdzie trzeba, to wszyscy uczestnicy wigilii pojechaliby na białe niedźwiedzie. Tataurszczikow był jednak porządnym człowiekiem i nigdzie nie doniósł. Raz pamiętam, że spaliłem mu buty powodując, iż mało nie uległ zaczadzeniu. Był on łącznościowcem, nadzorującym budowę linii telefonicznych. Wracał więc często zmęczony w przemoczonych butach. Któregoś dnia widząc, że ogień w piecyku już dogasa, postawił na nim swoje nowe mokre buty i położył się spać. Nic o tym nie wiedząc, po cichutku wszedłem do pokoju i dołożyłem drew do piecyka. Po kilku minutach w mieszkaniu rozszedł się swąd. Gdy babcia szukając jego przyczyny, otworzyła drzwi do pokoju, zajmowanego przez lejtnanta, zobaczyła jedynie kłęby dymu i żarzące się buty. Lejtnant na szczęście się nie zaczadził, ale z butów zostały tylko resztki cholew. Lejtnant się nie zdenerwował. Nie rozzłościł się na mnie i przyjął odszkodowanie za buty. Za zajmowany przez siebie pokój nie musiał płacić, ale starał się zawsze jakieś produkty dla naszej rodziny załatwić. To przyniósł worek mąki, to bańkę nafty. Raz przywiózł samochód drewna na opał, który sam wyładowywał.
Obserwowali z niedowierzaniem
– Wszyscy nasi sąsiedzi obserwowali go z niedowierzaniem. Nikomu nie mieściło się w głowie, że oficer może parać się taki zajęciem. W polskiej armii było to nie do pomyślenia. 22 czerwca 1941 r. Tataurszczikow wyruszył na wojnę i więcej go już nie widzieliśmy. Miasto w momencie wybuchu wojny było mocno ostrzeliwane przez artylerię i bombardowane przez lotnictwo. Spłonęła część dzielnicy żydowskiej, w gruzach legło też centrum. Od świtu trwały walki na przedpolu miasta, gdzie oddziały sowieckie stawiały opór w umocnieniach między Uściługiem a Włodzimierzem. Samo miasto Niemcy zajęli praktycznie bez walki, radziecki garnizon zagrożony otoczeniem, musiał się szybko wycofać. Po południu tyraliery Niemców zaczęły wchodzić do Włodzimierza. Jak zwykle na pierwszej linii byli pijani i zaczęli strzelać do mężczyzn, a nawet chłopców. Koło koszar 27 Pułku Artylerii Lekkiej wyciągnęli z domu państwa Kenigów ich syna Bronisława i mimo, że matka na klęczkach prosiła o darowanie życia, rozstrzelali go w ogrodzie razem z młodym chłopcem Mańkowskim. Zabili również profesora gimnazjum Olesia, kilkunastoletniego Michała Cybulskiego oraz trzech młodych synów dozorcy placu sportowego. Niemcy spalili też część zabudowań przy ulicy, którą Sowieci przechrzcili na Majakowskiego i rozstrzelali schwytanych tu mężczyzn. Spłonął wówczas dom mojego serdecznego kolegi Tolka Borusiewicza, a jego rodzice ocaleli tylko dlatego, ze dali Niemcom zgromadzone w piwnicy wędliny, wyprodukowane we własnym zakładzie masarskim. W tym dniu hitlerowcy zamordowali w sumie około trzystu osób.
Ukraińskie marzenia
– Tuż po wkroczeniu do Włodzimierza, Niemcy utworzyli policję ukraińską, której członkowie nosili „tryzuby” na czapkach i żółto- niebieskie opaski na rękawach. Jej komendantem został niejaki Kwaśnicki, wyjątkowo wredna postać. Na czele tajnej policji stanął dwudziestokilkuletni Tarasewicz, chudy o wyglądzie gruźlika, paradujący po mieście w mundurze gestapowca. Placom i ulicom nadano nazwy ukraińskie: hetmana Mazepy, Tarasa Bulby, Bohdana Chmielnickiego itp. W centrum miasta stanął wysoki maszt , na którym zawieszono żółto-niebieską flagę z „tryzubem”. Wszystkie szkoły zamieniono na ukraińskie. Nacjonaliści ukraińscy triumfowali. Wydawało się, że oto na ich oczach ziszcza się sen o „Samostijnej Ukrainie”. Ta sielanka nie trwała długo. Wkrótce Niemcy zachowując powołaną przez siebie ukraińska administrację, postawili na jej czele swoich funkcjonariuszy i urzędników. Bez ogródek dali też Ukraińcom do zrozumienia, że nie zamierzają tworzyć wasalnego państwa ukraińskiego. Z masztu ściągnięto flagę ukraińską, a na jej miejscu umieszczono flagę hitlerowską. Zmieniono też nazwę centralnego placu i głównych ulic na Adolf Hitler Platz, a głównej ulicy na Goringstrasse. Obok kina ustawiono duża planszę, obrazującą sukcesy niemieckie na frontach, a na ulicach pojawiły się litery V- butnie i przedwcześnie głoszące zwycięstwo III Rzeszy. „Sądny dzień” nadszedł dla włodzimierskich Żydów. Najpierw wszyscy musieli się oznakować, a później zapędzono ich do getta. Umieszczono je w części miasta, gdzie mieszkała biedota żydowska. Otoczone je drutem kolczastym.
Tajne komplety
– Strzegli go ukraińscy policjanci. Polacy zaczęli jakoś organizować sobie życie. Mama uznała, że nie powinienem marnować czasu, tylko dalej się uczyć. Porozmawiała z byłą kierowniczką szkoły „Na zameczku” Marią Urbańską, która zorganizowała tajne komplety, przerabiając materiał z zakresu szkoły podstawowej. Na lekcje do pani Urbańskiej chodziło kilkoro dzieci. W mojej grupie byli m.in. Danusia Stępkowska, Danusia Barańska, Gienek Czerwiński, Wacek Kochański i Hela Piotrowska. Dwoje tych ostatnich przyjechało ze wsi i mieszkało na stancji. Na lekcje przychodziliśmy oczywiście ukradkiem i uczyliśmy się w grupkach po dwie, trzy osoby. Program realizowaliśmy w tempie przyspieszonym, by nadrobić zaległości. Nauka szła nam dobrze. Chyba po roku zakończyliśmy przerabianie materiału do szóstej klasy włącznie. Uwieńczeniem tego etapu mojej edukacji był egzamin uprawniający do wstąpienia w przyszłości do gimnazjum. Składałem go kolejno przed panią Urbańską, następnie z poszczególnych przedmiotów przed profesorami gimnazjum, panem Filarskim i Paskiem. Byłem ogromnie przejęty, ale poszło mi dobrze. Członkom komisji oświadczyli , że gdy tylko wojna się skończy, będę mógł wstąpić do gimnazjum. Mama postanowiła, że nie będę czekał na zakończenie wojny, tylko od jesieni 1942 r. pójdę się uczyć do ukraińskiego gimnazjum mechanicznego. Egzaminu z języka ukraińskiego wprawdzie nie zdałem, ale dzięki pomocy sekretarza gimnazjum pana Szurkowskiego zostałem do tej szkoły przyjęty i we wrześniu zacząłem się w nim uczyć.
Cdn.
Marek A. Koprowski








