Wyciągnąć brata z lasu

Dojechał do Radomska, złapał jakąś ciężarówkę, jadącą do Przedborza i po drodze wysiadł w Granicach, żeby piechotą dojść do domu. W tych Granicach był doskonale znany, bo kiedyś wykonał w nich wyrok zatwierdzony przez “Warszyca”. Został tam zatrzymany przez milicję i osadzony na posterunku.

– Pierwszy kryzys w działalności Konspiracyjnego Wojska Polskiego nastąpił latem 1946 r. – wspomina Stanisław Nowak. – Po aresztowaniu „Warszyca” UB bardzo celnie uderzyło w terenowe komórki organizacji. Mnożyły się aresztowania. W sierpniu 1946 r. przyjechał do nas pan Stankiewicz, kierownik bursy w Namysłowie. Był on zaprzyjaźniony z naszą rodziną, bo w czasie wojny pracował jako nauczyciel w Kraszewicach. Mieszkał u naszej babci i moi rodzice bardzo mu pomagali. Przyszedł do ojca i powiedział – Niech Tadeusz skończy z tym lasem. – Brat bowiem w czerwcu poszedł do oddziału. UB do wiosny szalało i atmosfera w radomszczańskim stawała się coraz gęstsza. „Warszyc”, na którego UB rozpoczęło bardzo intensywne polowanie przeniósł się do Częstochowy. Po akcji na więzienie w Radomsku UB udało się aresztować 15 członków KWP w tym Jana Rogólkę „Grota”, dowodzącego batalionem „Żniwiarka”, działającego w rejonie Piotrkowa Trybanalskiego i kierującego atakiem na Radomsko, nie do końca niestety udanym. Urządzono im w Radomsku w kinie „Znicz” pokazowy proces, mający zastraszyć społeczeństwo. 11 oskarżonych skazano na karę śmierci i wyrok wykonano w miejscowym więzieniu.

Wrzuceni do bunkra

– Zamordowanych wywieziono w okolicę Bąkowej Góry k. Przedborza i wrzucono do poniemieckiego bunkra z umocnień nad Pilicą. Przykryto je niedbale, tak jakby oprawcy chcieli, by je ludzie znaleźli. Zdarzenie to widział mały chłopak z pobliskiej wsi i powiadomił mieszkańców. Ci przyszli z księdzem i zabrali ciała. Wezwany lekarz z Kłomnic, doktor Grajewski stwierdził, że zamordowani byli przed śmiercią torturowani. Ciała zamordowanych zabrały rodziny i dlatego mają oni swoje groby. Grupa brata zdołała jeszcze wykonać wyrok na takim K. Wyjątkowo podłym komuniście, który pierwszy wyrok śmierci otrzymał jeszcze w czasie niemieckiej okupacji, gdy doszła do nas wiadomość, że w Częstochowie w łapy UB wpadł „Warszyc”. Brat uznał, że nie ma na co czekać i trzeba uciekać do lasu. Zaczęły się masowe aresztowania i było tylko kwestią czasu, kiedy przyjdą po brata. Ja zostałem w domu z rodzicami. Pan Stankiewicz sugerując ojcu, by wyciągnął brata z lasu, zaproponował, że zabierze go ze sobą do Namysłowa i się nim zaopiekuje. Twierdził, że innego wyjścia nie ma, bo w radomskim Tadziu nie ma nic do szukania, a w lesie UB wcześniej czy później go dopadnie. Mój ojciec zgodził się z argumentami pana Stankiewicza i następnego dnia pojechał do Radomska, gdzie miał kontakt z konspiracją. Wrócił chyba na drugi dzień i powiedział do mnie – ubierz się w mundur harcerski, bo wtedy należałem do ZHP i pojedziesz do Radomska. Tam zgłosisz się na ulicę Narutowicza do takiego a takiego człowieka, który skieruje cię dalej. Nic więcej mi nie powiedział. Udałem się pod wskazany adres. Wpuszczono mnie do środka, kazano usiąść i czekać.

W poszukiwaniu brata

– Po jakimś czasie przyszedł jakiś cywil, którego gospodarze tytułowali zdaje się kapitanem. Ja go nie znałem. Powiedział mi, że mam pojechać pociągiem do Blachowni, a z niej udać się do wsi Gacie, odległej o jakieś 6 km. Zgłosisz się tam pod taki a taki adres do łącznika, który doprowadzi cię do miejsca postoju oddziału, w którym znajduje się mój brat. Miałem mu przekazać wyraźny rozkaz, że ma ze mną wracać. Dojechałem do tej miejscowości i znalazłem tego łącznika. Pamiętam, ze posiadał on młyn napędzany przez lokomotywę z kolejki wąskotorowej. Powiedziałem mu hasło i wręczyłem list, który dano mi w Radomsku. U tego człowieka spędziłem chyba ze trzy dni aż nie przyszedł łącznik z oddziału. On mnie zabrał i ruszyliśmy do miejsca jego stacjonowania. Spędziłem w tym oddziale, kwaterującym w takim zagajniku koło Kielczy osiem czy dziewięć dni, aż brat jeszcze z dwoma żołnierzami dostał specjalne zadanie, po wykonaniu którego miał wrócić do domu. Żołnierze z jego oddziału mieszkali w czterech namiotach, a głównym ich zapleczem socjalnym była pobliska gajówka. Tam gotowano dla nich jedzenie, głównie obiady. Raz była to zupa, innym razem drugie danie. Każdy obiad zawierał dużo mięsa, bo to chłopaki organizowali u miejscowych gospodarzy. Po tych kilku dniach wyruszyliśmy z bratem i dwoma żołnierzami z oddziału w drogę powrotną do Radomska. Po drodze zatrzymaliśmy się w Przystajni u łącznika.

Z plecakiem pełnym pieniędzy

– Przebywaliśmy u niego przez trzy dni, siedząc na strychu. Następnie skierowaliśmy się do Gaci. Nie pytałem się brata, dlaczego tak długo siedzieliśmy w tej Przystajni, a on też nie mówił. Dopiero później zorientowałem się, że patrole UB zwiększyły swą aktywność w okolicy i łatwo mogliśmy się na któryś nadziać. Po tych trzech dniach w Przystajni udaliśmy się do znanego mi już łącznika w Gaci. Klucząc, doszliśmy do niego znowu po trzech dniach. Brat odebrał od niego ogromną sumę pieniędzy, które u tego łącznika-młynarza były przechowywane. Zapakował część z nich m.in. do mojego plecaka. Miał je bowiem dostarczyć do Radomska. Łącznik załatwił nam u mieszkającego po sąsiedzku gospodarza furmankę, której właściciel za zapłatą zgodził się nas zawieźć do Blachowni. Zanim zdążyliśmy wsiąść na tę furmankę dowiedzieliśmy się, że oddział brata został rozbity, a większość jego członków zginęło w czasie obławy zorganizowanej przez UB. W ponurych nastrojach jechaliśmy więc do Blachowni. Gdybyśmy zostali w oddziale jeszcze kilka dni, to pewnie podzielilibyśmy los zabitych kolegów. Brat miał przy sobie pistolet i dwa granaty. Pistolet maszynowy rozebrał i też włożył mi do plecaka. Gdyby zatrzymał nas jakiś patrol. Brat by z pewnością sięgnął po broń. Do Blachowni dojechaliśmy jednak szczęśliwie bez kłopotów.

Z Radomska do Namysłowa

– Woźnica wysadził nas przed stacją i zawrócił do Gaci. My wsiedliśmy do pociągu i bez problemów dojechaliśmy do Radomska. Ja udałem się wtedy do cioci na Bartodzieje, a brat poszedł swoje sprawy załatwiać. Rano ja udałem się do domu do Kraszewic. Ciężarówką podjechałem do Strzelec, a z nich dwa kilometry piechotą doszedłem do rodzinnej wioski. Mama przygotowała mi już trzy koszule i ubranie dla brata. Następnego dnia pojechałem do Radomska, w którym umówiłem się z bratem i od razu udaliśmy się do Namysłowa. Był to ostatni moment, bo wkrótce UB w Radomsku bardzo intensywnie zaczęło brata poszukiwać. Być może po rozbiciu jego oddziału ktoś został ujęty i sypnął, że brat także do niego należał. Wtedy jednak UB miało jeszcze bardzo niesprawny aparat i nie było w stanie zlokalizować poszukiwanego w innym regionie. Nasz dom w Kraszewicach był jednak stale obserwowany. Gdyby brat się pojawił w pobliżu zostałby zaraz aresztowany. Przekazałem brata panu Stankiewiczowi, a sam wróciłem do domu, gdzie znów zacząłem chodzić do szkoły. Brat tymczasem w Namysłowie w przyspieszonym trybie zrobił maturę. Wtedy obowiązywał taki system, że w ciągu roku można było przerobić dwa lata. Brat ucząc się w Namysłowie, nie zerwał kontaktów z KWP. Nadal działał w oddziale o kryptonimie „Bursa”. Zajmował się przerzucaniem „spalonych” członków KWP na Zachód. Przekazywał ich kolejnemu ogniwu organizacji na Śląsku, które przerzucało tych kolegów nad granicę. Niektórych urządzał na miejscu. Ja trzy, czy cztery razy byłem wykorzystywany przez KWP w Radomsku do przerzutu do niego „spalonych” ludzi.

Chcieli wyrównać rachunki

– Jednemu , o ile pamiętam, załatwił pracę w miejscowym browarze w Namysłowie. Pozostałych brat skierował do Wrocławia. Jeden do ujawnienia pracował na kolei, a pozostali nie wiem, gdzie. Ja często do brata jeździłem i o te sprawy się ocierałem. Prowadziliśmy też z bratem korespondencję, wysyłając listy na adres pana Rachwalika. Jak brat zdał maturę, to korzystając z amnestii ujawnił się. Postanowił wrócić do domu i rozpocząć normalne życie. Dojechał do Radomska, złapał jakąś ciężarówkę, jadącą do Przedborza i po drodze wysiadł w Granicach, żeby piechotą dojść do domu. W tych Granicach był doskonale znany, bo w nich kiedyś wykonał wyrok zatwierdzony przez „Warszyca”. Został tam zatrzymany przez milicję i osadzony na posterunku. Wieść się szybko rozeszła. Zaraz znaleźli się ludzie – członkowie ORMO, którzy chcieli z bratem załatwić porachunki. Bliscy krewni tego, na którym brat wykonał wyrok. Dokładnie rzecz biorąc, jego brat i stryj, bardzo ważna wówczas osoba, która w czasie wojny w Chełmie w majątku pracowała, przyszli na posterunek i zaproponowali, że odwiozą brata do UB w Radomsku. Chcieli go zabrać i zastrzelić po drodze podczas próby ucieczki. Milicjanci go jednak nie wydali i rano sami odwieźli na UB do Radomska.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności