– Dowódcy krzyczeli – naprzód – ale żołnierze nie byli w stanie tego rozkazu wykonać. Przedpole torów oświetlały nie tylko rakiety wystrzeliwane co chwila przez Niemców, ale także reflektory. Ja z dwoma kolegami przycupnąłem na jakiejś kupce chwastów. Sto metrów za nami zaczęły płonąć jakieś budynki. Z boku świecił reflektor i było jasno jak w dzień. Przed nami znajdowało się stanowisko niemieckiego działa, którego pociski i rozrywały się coraz bliżej nas. W pewnym momencie wybuch dosięgnął kolegę z prawej i urwał mu ramię. Zaraz i ja dostałem w głowę. Myślałem, że odłamkiem, ale okazało się, że tylko zamkiem od karabinu , który trzymałem przed sobą. Czapka uratowała mi głowę przed rozwaleniem.
Z przeżyć partyzanckich Eugeniusz Mariański zapamiętał przejście przez tory, podczas którego dywizja poniosła ciężkie straty i częściowo uległa rozproszeniu.
– Wychodząc z okrążenia w lasach mosurskich całe siły dywizji zgromadziły się przy trakcie łączącym Zamłynie z Murawą i ruszyliśmy na północ w kierunku lasów Szackich – wspomina. – Udało się nam oderwać od Niemców i rozpocząć marsz w kierunku Zamłynia. Stąd mieliśmy udać się za Terebejki i Jagodzin na Polesie. Szliśmy nocą, w dzień kryjąc się w lesie, by nie wykryły naszej kolumny niemieckie samoloty zwiadowcze. Tuż przed celem szliśmy w absolutnej ciszy, bocznymi drogami leśnymi bojąc się, że na głównych napotkamy Niemców. Za wszelką cenę nie mogliśmy im wyjawić naszych zamiarów. Z tych względów nie wolno nam było nawet rozmawiać. To zaś nie należało do łatwych rzeczy, bo przecież byliśmy kompletnie wyczerpani, zziębnięci i głodni. Grzęźliśmy w mokradłach , a ciemność potęgowała nasze zdenerwowanie i poczucie bezradności. Tuż przed Zamłyniem stanęliśmy na wypoczynek. Zlikwidowano tabory, wydano nam suchy prowiant. Zatopiliśmy ciężkie karabiny maszynowe.
Rozpętało się piekło
– Później uformowaliśmy kolumnę. Z przodu szedł batalion „Sokoła”, za nim „Trzaska”, a później my, czyli batalion „Siwego”, a za nami następne oddziały. Dowódca dywizji major „Kowal” kierował strażą przednią i prowadził zgrupowanie drogą, na której nie powinniśmy napotkać Niemców. Była ona jednak znacznie dłuższa i omijała kołem Zamłynie. Czoło kolumny dotarło do torów pod Jagodzinem bez przeszkód i przeszło je bez strzału. Gdy jednak my zbliżyliśmy się do torów, rozpętało się piekło. Później zarzucono „Siwemu”, że to była jego wina, a konkretnie jego dobrego serca. Wbrew rozkazowi pozostawił on jeden wóz, na którym umieścił chorą sanitariuszkę. Jak wóz wjechał na drewniany most na Neretwie, rozległ się turkot kół, który usłyszał jakiś niemiecki patrol. Wystrzelił w górę rakiety i zobaczył całą kolumnę. Bunkry niemieckie, które były w pobliżu dały do nas ognia i upłynęło trochę czasu, zanim udało się nam je zlikwidować i ruszyć naprzód. Załogi bunkrów pilnujących tory wiedziały już, że się zbliżamy i przywitały nas huraganowym ogniem. Ściągnęły też pociąg pancerny, który zaczął do nas bić z dział. Nastąpiło straszne zamieszanie.
Urwało mu ramię
– Dowódcy krzyczeli – naprzód – ale żołnierze nie byli w stanie tego rozkazu wykonać. Przedpole torów oświetlały nie tylko rakiety wystrzeliwane co chwila przez Niemców, ale także reflektory. Ja z dwoma kolegami przycupnąłem na jakiejś kupce chwastów. Sto metrów za nami zaczęły płonąć jakieś budynki. Z boku świecił reflektor i było jasno jak w dzień. Przed nami znajdowało się stanowisko niemieckiego działa, którego pociski i rozrywały się coraz bliżej nas. W pewnym momencie wybuch dosięgnął kolegę z prawej i urwał mu ramię. Zaraz i ja dostałem w głowę. Myślałem, że odłamkiem, ale okazało się, że tylko zamkiem od karabinu , który trzymałem przed sobą. Czapka uratowała mi głowę przed rozwaleniem. Uznałem, że dłużej nie ma co tu leżeć i ryzykując zerwałem się i skokami rzuciłem się w tył. Miałem na tyle szczęścia, że mnie nie trafili. Inni niestety padli wykrwawiając się, w strasznych jękach albo ginęli od razu. Ci, którym udało się ujść spod niemieckiego ognia chronili się w lesie, w którym panowało straszne zamieszanie. Wiele oddziałów poszło w rozsypkę.
Cudowne ocalenie
– Część dowódców porzuciło swoich żołnierzy, którzy czuli się całkowicie zagubieni. Uczynił tak m.in. dowódca mojego batalionu por. „Siwy”. Wielu żołnierzy zwłaszcza tych pochodzących spod Włodzimierza, też postanowiło wracać do domu. Ja po paru dniach takiego pałętania się po lasach trafiłem na oddział „Jastrzębia”, który mnie przygarnął. Było to niemal cudowne zdarzenie. Gdy chodziłem po bagnach, chlupocząc wodą i miałem już wszystkiego dość, nagle trafiłem na żołnierza, który wyszedł mi naprzeciw. Okazało się, ze był to mój rodzony brat Leon. Naszej radości nie było końca. Takich rozbitków jak ja „Jastrząb” przygarnął do swojego oddziału bardzo wielu. Głównie pochodzili on i od „Siwego” i „Olgierda”, który też zdezerterował, porzucając żołnierzy. „Jastrząb” zbierając nas zachowywał się jak rasowy dowódca, ale sporo ryzykował. W każdym oddziale obowiązywały inne zasady żołnierskiego współżycia. Inny był stosunek do dowódców i dowódców do żołnierzy. „Jastrząb” wymagał od podwładnych żelaznej dyscypliny. O jego rozkazach nie wolno było dyskutować.
Znów krążyłem po lesie
– Dbał oczywiście o żołnierzy, ale nie pozwalał sobie na żadną poufałość, co nie wszystkim się podobało. Scementowanie oddziału wymagało czasu, a warunków do tego nie było. Niemcy deptali nam po piętach i chcieli koniecznie zlikwidować. Przy najbliższym starciu z Niemcami część oddziału „Jastrzębia”, do której zostałem przydzielony, składająca się z rozbitków, rozbiegła się po lesie i znów zostałem sam, nie mogąc odnaleźć oddziału. Znów przez kilka dni krążyłem po lesie sam. Po jakimś czasie spotkałem ponownie kilku rozbitków. Maszerowaliśmy razem przez kilka godzin, by nad ranem ułożyć się w gęstym zagajniku na odpoczynek. Gdy się obudziłem, moich towarzyszy już nie było. Znów krążyłem po lesie sam i dopiero po jakimś czasie trafiłem na oddział „Jastrzębia”, którego już teraz trzymałem się kurczowo. Oddział ten liczył wtedy około 450 ludzi. „Jastrząb” dalej zbierał rozbitków , których nazywał żartobliwie „rycerzami” . Uważał, że Polsce potrzebny będzie każdy karabin. Dalej krążyliśmy po lasach, starając się unikać starcia z Niemcami. To zaś nie należało do łatwego zadania. Często przechodziliśmy dosłownie tuż obok stanowisk niemieckich. Słyszeliśmy często rozmowy żołnierzy niemieckich, grzejących się przy ogniskach. Raz o mało nie wleźliśmy na Niemców, zajętych ładowaniem na samochody drewna.
Żywiliśmy się resztkami
– Na początku maja 1944 r. zatrzymaliśmy się na wypoczynek w lesie koło chutoru Janin Bór. Zbudowaliśmy tu sobie szałasy i urządziliśmy obozowisko. Tu doprowadziliśmy się do jakiego takiego porządku. Nie mogliśmy jednak stać zbyt długo. Niemieckie samoloty zwiadowcze łatwo nas mogły wytropić. Po kilku dniach przenieśliśmy się do lasów w pobliżu miejscowości Dobry Kraj. „Jastrząb” zarządził zajęcia wojskowe, by wojsko nie wyszło z wprawy. Prowadził też szkolenie oświatowe, a także z zakresu regulaminów i służby wewnętrznej. Specjalne patrole robiły wyprawy po żywność, co było bardzo trudne. Ludność okoliczna już dawno opuściła swoje siedliska i w porzuconych zabudowaniach trudno było cokolwiek znaleźć. Kopaliśmy ziemniaki na polach, których jesienią gospodarze nie zdążyli wykopać. Czasami któryś z patroli znalazł jakieś ziarno pszenicy, czy nawet trochę mąki. Poszukiwaliśmy też jakichś starych obozowisk, gdzie z reguły znajdowaliśmy jakieś kości końskie i bydlęce. Po ich rozłupaniu wydobywaliśmy z nich szpik , którym omaszczaliśmy „potrawy”. Oddział miał kocioł , w którym je gotowaliśmy.
Pod nosem Niemców
– Każdy otrzymywał menażkę, a jeżeli udało się zdobyć coś do jedzenia więcej, to dwie menażki dziennie. Gdy planowaliśmy przenieść się na inne miejsce, ruszyła na nas niemiecka obława, musieliśmy natychmiast uciekać. Wycofaliśmy się w bok pod nosem Niemców. Ci trafili w pustkę. Wróciliśmy na dawne obozowisko, ale byliśmy na nim już bardzo krótko. Nocą wyruszyliśmy dalej. Szliśmy wzdłuż torów, by podjąć próbę ich przekroczenia i przejścia na Polesie. Nie obyło się to bez przeszkód i utarczek z Niemcami, ale w końcu znaleźliśmy się po drugiej stronie torów i dość szybko natrafiliśmy na ślady dywizji. Stanowiły je ślady obozowisk, a przede wszystkim groby żołnierzy. Najczęściej były to samotne mogiły partyzanckie z białym brzozowym krzyżem, przewiązane biało- czerwoną opaską. „Jastrząb” tak dalej nas prowadził, by uniknąć jakichkolwiek starć z Niemcami, choć często, jak wcześniej przed przejściem torów niemal ocieraliśmy się o siebie. Pamiętam taką sytuację. Późną nocą dotarliśmy na skraj wsi położonej na wysokim wzgórku porośniętym gęstym sosnowym młodnikiem. „Jastrząb” zarządził w tym lasku odpoczynek. Batalion znikł w środku młodnika, a na zewnątrz, czyli na jego obrzeżu pozostały warty. Miały one nie tylko obserwować okolicę, ale także nie dopuszczać by ktokolwiek wymknął się z zajmowanego terenu. „Jastrząb” obawiał się bowiem, że żołnierze na własną rękę udadzą się do wsi po żywność. Dobrze wiedział, że głód jest silniejszy od rozkazów.
Czekaliśmy na ruchy Niemców
Przeczucie go nie myliło, bo nad ranem, gdy brat stał na warcie, od strony wsi kilku chłopaków usiłowało się do niej przemknąć, co omal nie doprowadziło do tragedii. Brat chciał ich zatrzymać, ale ci ani myśleli go słuchać. Już mieli wyskoczyć na pole, gdy na skraju wsi pojawili się Niemcy. Wyszli do połowy rozebrani, weseli i zaczęli poranną toaletę, polewając się wodą z wiader. Wszystkich zmroziło. W oddziale ogłoszono cichy alarm i żołnierze zajęli stanowiska na skraju lasu. Obawialiśmy się, że Niemcy będą chcieli zajrzeć do zagajnika i wtedy starcie z nimi będzie nieuniknione. Po jakimś czasie żołnierze odeszli do centrum wsi, nie wystawiając od strony młodnika żadnych posterunków. Czuli się bardzo pewnie. Leżeliśmy na naszych stanowiskach i czekaliśmy na ruchy Niemców. Ci dopiero późnym popołudniem zwinęli swój obóz we wsi i odjechali samochodami. Przejechali drogą tuż przed naszymi stanowiskami. Dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie, jaką stanowili siłę. Gdybyśmy zaczęli z nimi walkę, wytłukliby nas do nogi. Byli uzbrojeni po zęby, a nam brakowało amunicji. Kontynuowaliśmy dalej marsz na północ omijając wsie, w których z reguły kwaterowali Niemcy.
Uciekli pod mostek
– Wielu partyzantów zwłaszcza tych, którzy dołączyli do „Jastrzębia” było wściekłych na dowódcę, że im zabrania wkroczyć do jakiejś wioski, przepędzić z niej Niemców i znaleźć w chałupach cokolwiek do zjedzenia. Na domiar złego szliśmy przez bagna i topieliska , otaczały nas chmary komarów, od których nie mogliśmy się opędzić. Gryzły nas na okrągło. Bardziej nam dokuczali też Niemcy. Ci, tak samo jak my, też nie chcieli się bić i unikali starcia z nami. Pamiętam, że raz w biały dzień maszerowaliśmy przez łąkę i doszliśmy do szerokiego rowu melioracyjnego wypełnionego wodą. Nikt nie miał ochoty na kąpiel, bo rów był za szeroki, żeby go przeskoczyć. W oddali był mostek i postanowiliśmy z niego skorzystać. Nie zauważyliśmy jednak, ze jest on strzeżony przez Niemców. Ci też zobaczyli nas w ostatniej chwili. Zamiast dać do nas ognia , by zaalarmować stojący we wsi oddział, uciekli pod mostek i tam przesiedzieli do chwili aż nasza tylna straż przez niego przejdzie. Dopiero, gdy się znacznie oddaliliśmy, zaczęli za nami strzelać. Nikogo jednak nie trafili. My im nawet nie odpowiadaliśmy, starając się jak najszybciej oddalić się od miejscowości, w której kwaterowali Niemcy.
Dowódca był wściekły
– Raz jednak któryś z naszych zginął. Nie wytrzymał i poszedł do pobliskiej wsi sądząc, że znajdzie tam coś do jedzenia. oddalił się od oddziału i zapukał do pierwszej z brzegu chałupy. Nie przewidział, że na jej podłodze na słomie śpią Niemcy. Ci też byli zaskoczeni , ale szybko zareagowali, dali ognia i chłopak zginął. Wybiegli też pozostali Niemcy z innych chałup i zaczęli walić seriami po okolicznych krzakach. Kule świstali z oddali nam nad głowami. „Jastrząb” był wściekły, zatrzymał kolumnę i zaczął dochodzić przyczyn tej strzelaniny. W końcu jednak dotarliśmy w pobliże Bugu i „Jastrząb” ogłosił, że wkrótce przejdziemy Bug i znajdziemy się na Lubelszczyźnie, gdzie odpoczniemy. Rzekę sforsowaliśmy przez bród, przeprowadzeni przez przewodnika Poleszuka. Zdjęliśmy ubrania, zawiązaliśmy w węzełek i niosąc je nad sobą razem z bronią i amunicją przez bród przedostaliśmy się na drugą stronę rzeki. Żegnaliśmy Wołyń, ale każdy myślał głównie o jedzeniu i spaniu. O ile pamiętam wieś, która nas przyjęła nazywała się Zabłocie. Pewny nie jestem, bo kto wtedy z nas zastanawiał się nad tym. Dowództwo batalionu może wiedziało, ale szeregowi żołnierze nie.
Jak przeżyć
– Kogo to interesowało. Każdy myślał, żeby przede wszystkim przeżyć. To było najważniejsze. Byliśmy młodzi i nikt nie chciał ginąć. W tej wsi, do której dotarliśmy za Bugiem zostaliśmy rozprowadzeni po kilku do każdego gospodarza. Nie byli oni za bogaci, ale przyjęli nas, czym chata bogata. Nie tylko najedliśmy się, ale wyspaliśmy się wreszcie w ludzkich warunkach, w stodołach na sianie bez towarzystwa komarów. Następnego dnia pojechaliśmy w stronę lasów parczewskich na wynajętych od miejscowych chłopów furmankach. Miejscowa konspiracja AK, która się nami zaopiekowała, zorganizowała nasz przerzut przydzielając przewodników. Jej placówki starały się też nas ubezpieczać. Wkrótce połączyliśmy się z dywizją kwaterującą na obrzeżach lasów parczewskich. Dowództwo wyznaczyło nam kwatery w Rudce Kijańskiej niedaleko Ostrowa Lubelskiego.
Leczyliśmy rany
– Tu po bojach na Wołyniu mogliśmy wreszcie odpocząć, leczyć wszystkie dolegliwości i rany. Zostaliśmy zakwaterowani u dwóch gospodarzy, posiadających duże stodoły w centrum wsi. Na posiłki chodziliśmy do wyznaczonych rodzin. Każda z nich żywiła po dwóch, trzech przydzielonych do niej partyzantów. Otrzymywaliśmy normalne, domowe jedzenie. Dowództwo dywizji przydzieliło też naszemu batalionowi lekarza oraz dodatkową sanitariuszkę. Wszyscy leczyli się z najróżniejszych dolegliwości, pozbywali się owrzodzeń i odcisków. Dostawaliśmy też szczepionki przeciw durowi brzusznemu. Mnie ona nie posłużyła. Dostałem gorączki i rozwolnienia. Tak mnie mordowało, że strach. Myślałem, że się wykończę. Jakoś przeżyłem, ale nie byłem zdolny do wymarszu, gdy dowództwo dywizji nie chcąc dać jej zamknąć w okrążeniu, podjęło decyzję o wymarszu we stronę Lubartowa, ja nie miałem na to siły. Koledzy załadowali mnie na furmankę i pojechałem w taborach.
Cdn.
Marek A. Koprowski








