Uratował mnie duch babci

Rano zamordowali jeszcze fornala Michalca, Ukraińca. U nacjonalistów ukraińskich panowała zasada, że Ukrainiec, który miał żonę Polkę i z nią córki, musiał je wszystkie zabić. Michalec był porządnym człowiekiem, bardzo kochającym rodzinę. Bronił jej, był potężnym i bardzo silnym mężczyzną. W czasie młocki brał pełny wór żyta tak, jakby to była duża piłka, a tu przecież bronił swoich dzieci… Byłem tam później i oglądałem jego chałupę. – Wszystko zdemolowali. Na ścianach było pełno krwi. W końcu go zabili, ale i on nie pozostał im dłużny. Wcześniej zabił dwóch, czy trzech z nich. Tej strasznej nocy działy się dantejskie sceny. To, co wyrabiali nacjonaliści z własnym narodem na Wołyniu i Podolu, przechodzi ludzkie pojęcie.

– Polskiego właściciela majątku oczywiście nie było – wspomina Zygmunt Mogiła-Lisowski. – Zarówno nim, jak i dwoma sąsiednimi zarządzał Niemiec, a właściwie Łotysz. Był żonaty z Rosjanką, którą nazywaliśmy „Milinką”, bardzo zaprzyjaźnioną z moją matką. Mieszkali u nas w domu w Rawie Ruskiej, a w majątku mieli swoje mieszkanie. Ja otrzymałem pokój na pierwszym piętrze w pałacu hrabiego Ronikera. Była to prawdopodobnie dawna garderoba, gdyż całą jedną ścianę zajmowała duża rozsuwana szafa. Spałem na rozkładanym łóżku. Codziennie nad ranem stróż Zabawski stukał w okno tyczką od fasoli , budząc mnie, żebym szedł do udoju. Niemcy mnie specjalnie nie szukali. Wróciło natomiast inne zagrożenie – nacjonaliści ukraińscy. Był rok 1943, najtragiczniejszy dla Wołynia, kiedy to mordowali Polaków na taką skalę, ze mówi się dziś o ludobójstwie. Pamiętam, że chodzili pod oknami i śpiewali piosenki , których treść uświadamiała nam, co nas czeka. Którejś nocy ocknąłem się i zobaczyłem w pokoju babcię Rodziewiczową. Podeszła do mnie, pokiwała głową i powiedziała – Synuś, nie możesz tutaj spać, bo jutro przyjdą Ukraińcy i cię zamordują. Idź spać do Mikołaja Muzyki. – W tym momencie coś uderzyło w szybę.

Zerwałem się z łóżka

– Zerwałem się z łóżka, szybko ubrałem i zbiegłem na dół. Stróż Zabawski zaskoczony spytał – Dlaczego tak rano wstałeś? – Odpowiedziałem, że przecież stukał w szybę. – Ja! Nigdzie nie stukałem – powiedział zdumiony. Poszedłem do gorzelnika (w majątku była gorzelnia) i opowiedziałem mu całą historię. Zaczął się ze mnie śmiać. Widząc jednak, że jestem roztrzęsiony, nalał mi spirytusu z sokiem. Trochę mnie to rozgrzało, trochę pogadaliśmy i poszedłem do udoju. O szóstej rano przyszedł Muzyka. Ukrainiec ze wsi Zabuże, mój kolega, który pracował w kancelarii. Odwołałem go na bok i mówię: – Idę dziś do ciebie spać. – Nie miał nic przeciwko temu, wręcz przeciwnie. Powiedział, że jego mama i siostra się ucieszą. – Tylko weź jakąś wódkę, coś do jedzenia, bo niewiele mamy w domu – dodał. W tym czasie Niemcy już się wycofali. Przy okazji przygonili do Hujczy całe tabuny baranów. Ponieważ wszyscy mieliśmy rodziny, które trzeba było wyżywić, to co pewien czas, jakiś baran rzekomo łamał nogę. Trzeba go więc było zarżnąć. Piekliśmy go potem w olbrzymim piecu chlebowym. Wziąłem więc udziec barani, dwie flaszki spirytusu i po południu poszliśmy z Muzyką do jego domu. Kobiety rzeczywiście się ucieszyły. Przy alkoholu i dobrym jedzeniu bawiliśmy się świetnie, aż się ściemniło. Nagle do pokoju wpadła matka Muzyki. – Gasimy światła, bo chyba idą – powiedziała przerażona. Rzeczywiście szli. Było ich słychać.

A jak przyjdą nasi

– Zabuże to wieś bardzo gliniasta i gdy tylko deszcz popadał, trudno było gdziekolwiek przejść. Wzdłuż chałup wykopano więc rowy, a na nich ułożono szerokie kładki, pod które ściekała woda. Właśnie te kładki dudniły… Matka Muzyki kazała zgasić światło. Właściwie nie wiedzieliśmy kto to idzie, ponieważ we wsi pojawiali się niekiedy i polscy partyzanci. – Ale jak to nasi? – powiedziała Muzykowa- to mogą Zygmuntowi zrobić krzywdę. – Na szczęście noc minęła spokojnie. Czego innego mogłem się spodziewać? Przecież to babcia mnie tu wysłała! To wtedy pierwszy raz duch babci w tak bezpośredni sposób mnie uratował. Rano matka Muzyki nas obudziła. Opowiedziała nam, co banda nacjonalistów wyrabiała w Hujczy. Była tam gospodyni pani Gajewska i służąca Zosia – obie zamordowali. W moim pokoju szukali, wyważyli piękne, jesionowe drzwi. Nawet moje łóżko wywrócili, tak bardzo chcieli mnie znaleźć. Rano zamordowali jeszcze fornala Michalca, Ukraińca. U nacjonalistów ukraińskich panowała zasada, że Ukrainiec, który miał żonę Polkę i z nią córki, musiał je wszystkie zabić. Michalec był porządnym człowiekiem, bardzo kochającym rodzinę. Bronił jej, był potężnym i bardzo silnym mężczyzną. W czasie młocki brał pełny wór żyta tak, jakby to była duża piłka, a tu przecież bronił swoich dzieci… Byłem tam później i oglądałem jego chałupę.

Krew na ścianach

– Wszystko zdemolowali. Na ścianach było pełno krwi. W końcu go zabili, ale i on nie pozostał im dłużny. Wcześniej zabił dwóch, czy trzech z nich. Tej strasznej nocy działy się dantejskie sceny. To, co wyrabiali nacjonaliści z własnym narodem na Wołyniu i Podolu, przechodzi ludzkie pojęcie. Dwa kilometry od Romanówki był zaścianek szlachecki Ożdzary. Mieszkańcy jego przyjaźnili się od 200-300 lat z rodziną Rodziewiczów. Brali udział w wojnach napoleońskich oraz wszystkich powstaniach. Iwaniccy, Rosochaccy, Ziarkowscy, Sobolewscy, rodziny te posiadały stare dokumenty, potwierdzające ich szlachectwo i dokonania. Dowiedziawszy się, co robią Ukraińcy, zorganizowali tabor. Chcieli uciec do Perespy, gdzie organizowała się samoobrona. Polacy zbierali się w określonych miejscach i organizowali w Perespie samoobronę przez napadami UPA. „Banderowcy” do napadania na bezbronne wsie byli pierwsi. Jak wiedzieli, że ktoś ma broń , to najpierw napuszczali na nich Niemców. Fałszywie donosili, że niby wieś współpracuje z partyzantką radziecką. Wtedy to Niemcy przyjeżdżali na pacyfikację, tych, których nie zabili i nie wywieźli, „banderowcy” dobijali i mordowali. Przykłady okrucieństwa Ukraińskiej Powstańczej Armii można mnożyć w nieskończoność.

Ukraińskie bestialstwo

– Oto jeden z nich. Kolumna, która jechała do Perespy, w drodze została ostrzelana. Rosochackiemu zastrzelili konia. Ponieważ rzecz się działa niedaleko gospodarstwa Ukraińca, którego Rosochacki znał, poszedł do niego po pomoc. Znajomy pożyczył mu konia, żeby mógł dojechać do celu. Następnego dnia Rosochacki postanowił zwrócić pożyczkę – wiadomo, że przed wojną koń dla chłopa był jak dziś dobry samochód. Jego rodzina była zdumiona i przerażona. – Po co, przecież cię zamordują?! – pytali. – Jak ja mogę mu nie oddać tego konia? Chodziłem z nim do szkoły, znam go od dziecka. On mi pomógł, nie mogę mu tego zrobić – odpowiadał. – Po tygodniu UPA zamordowała tego Ukraińca wraz z całą jego rodziną: żoną, matka i dwójką dzieci za to, że pożyczył konia Polakowi. W 1943 r. nastąpiła nasza wielka wpadka. Niemcy dowiedzieli się, że ukrywaliśmy Żydów. W naszej rodzinie nigdy nie było antysemityzmu i nacjonalizmu.. Na całych Kresach, podobnie jak na Wołyniu, często powstawały konflikty między właścicielami majątków a żydowskimi pośrednikami. Gdyż ci ostatni bardzo zaniżali ceny. Natomiast mój ojciec był bardzo sprytny. Żydzi go szanowali, a w dodatku mieliśmy zaufanego pośrednika. Niedaleko od nas mieszkał Motlik, który handlował jeszcze z moim dziadem, starym Rodziewiczem. Bardzo był zaprzyjaźniony z naszą rodziną. Ojciec zawsze sprzedawał za jego pośrednictwem i nie miał żadnych kłopotów – Motlik zawsze wszystko załatwił. Jego zięć wybudował w Perepsie bocznicę i zorganizował tam skup zboża.

Zachowywali się skandalicznie

– Przechowywał je w magazynach, a potem wysyłał do odbiorców. Handel z nim musiał się ojcu opłacać, w przeciwnym razie nie zajmowałby się tym. Ta zaprzyjaźniona rodzina żydowska bardzo nas szanowała. Prawdopodobnie miała duży wpływ na to, że się uratowaliśmy. Ich pobratymcy przyprowadzali do nas różnych Rosjan, żeby im pokazać „pamieszczików”. Zapamiętałem w tej roli zwłaszcza typa w czarnym chałacie, z karabinem z gwintówką i czerwoną opaską. Żydzi się zachowywali skandalicznie. Rodzina Motlika była w stosunku do nas przyzwoita. Podobnie jak doktor Zuckerman, który operował mi (prawie bez znieczulenia) migdałki po naszej ucieczce z domu przed wywózką – też nas nie wydał. Gdy weszli Niemcy, moi rodzice od początku pomagali Żydom. Znam to z opowiadań ojca. Byłem za młody, żeby to wtedy rozumieć. Przez nasz dom w Rawie Ruskiej przeszło kilkanaście rodzin żydowskich. Wiedziałem, że to Żydzi, ale nigdy się na ten temat w domu nie mówiło. Ojciec, który jako przywódca „Wachlarza” w tym okręgu, miał takie możliwości, wywoził ich przeważnie na Huculszczyznę, skąd podobno przedostawali się do Rumunii. Pamiętam pana Hurwitza, bo bardzo go lubiłem, lekarza z Warszawy. Miał nie żydowską, ale raczej ormiańską urodę. Przyjechał z żoną dentystką i jej bratem, również lekarzem panem Szczepańskim.

Kowalewski się uratował

– Bardzo kulturalni ludzie. Ojciec im wszystkim załatwił posady, Hurwitz został dyrektorem handlowym w sklepie Winklera. Trzeba wiedzieć, że wtedy na tamtych terenach wykształconej inteligencji Niemcy prawie w ogóle nie mieli. Ukraińcy nie znali się na księgowości, finansach itp. sprawach. Pan Hurwitz, mimo iż z zawodu lekarz, okazał się doskonałym handlowcem. Był bardzo inteligentny. Jego żona była blondynką o jasnej karnacji, prowadziła gabinet dentystyczny w Rawie Ruskiej. Pana Szczepańskiego ojciec ulokował w byłym majątku Sapiehów jako buchaltera. Byli też u nas państwo Kowalewscy – on buchalter, a o jego żonie rudej i piegowatej rozpowiadaliśmy, że to Irlandka. Niemcy uwierzyli! Wszystko by było w porządku gdyby nie to, że Kowalewskiemu zachciało się kąpieli zdrowotnych i pojechał do uzdrowiska do Horyńca. Tam rozpoznały go pielęgniarki i doniosły Niemcom. Ojciec się o tym dowiedział i natychmiast go wywiózł. Niestety Niemcy byli już na naszym tropie. Mówiono, że wszystkich wydał Kowalewski, zarówno swoich, jak i moją rodzinę. Zapewne to prawda. Hurwitzowie i pan Szczepański orientując się, że Niemcy już o nich wiedzą, popełnili samobójstwo. Moją matkę i dwóch braci Ciachów aresztowali. Kowalewski się uratował. O Hurwitzu tylko on im mógł powiedzieć. Po wojnie ojciec kilka razy zetknął się z tymi ludźmi, którym pomógł. Niestety ścigało go UB, więc nie bardzo miał możliwość z nimi się kontaktować. W 1953 r. tata umarł na skutek źle zrobionej operacji wyrostka robaczkowego. Córka pana Kowalewskiego kilka razy do mnie dzwoniła, pisała listy, przesyłała pozdrowienia.

Do centrali „Wachlarza”

– Widocznie czuła się w jakimś stopniu winna. On natomiast nie raczył się ani razu odezwać. Zresztą zaraz po wojnie Kowalewscy wyjechali do Izraela. Tak więc w 1943 r. Niemcy aresztowali moją matkę – w „zastępstwie” ojca, który był „w terenie”. Za pośrednictwem zaprzyjaźnionego Niemca z Łotwy, zarządzającego majątkiem udało się nawiązać porozumienie z zastępcą komendanta gestapo w Rawie Ruskiej. Za wypuszczenie matki zażądał 10 tysięcy dolarów. Pojechałem po pieniądze najpierw do Żółkwi , gdzie mieszkał kolega ojca, a potem z nim do Lwowa, do centrali „Wachlarza”. Nie mieli tyle pieniędzy, ale dali mi 6 tysięcy dolarów. Przywiozłem je konno i okazało się, że wystarczy. Wykupiliśmy matkę i usłyszeliśmy, że w ciągu 48 godzin musimy opuścić Rawę Ruską, gdyż może wrócić komendant i wszystko weźmie w łeb. Jako rodzinny „zawodowy” zaopatrzeniowiec przygotowałem w Hujczy dwie bańki spirytusu, dwa worki mąki, zabiłem, zasoliłem i podwędziłem cielaka.

Powrót na Wołyń

– To wszystko wpakowaliśmy do szafy i nadaliśmy na bagaż w pociągu. Mam z siostrą pojechały przez Zamojszczyznę do Radomia. Ja pojechałem do Łucka. Tam jako kierowcy pracowali moi starsi koledzy. Pojechałem wiec z Rawy Ruskiej samochodem ciężarowym z żywnością dla wojska (było tam wojsko niemieckie, bo na Wołyniu toczyła się taka cicha wojna wszystkich ze wszystkimi). Pociągiem przez Zamojszczyznę bym nie dojechał. Trzeba się było przesiadać w Rejowcu, gdzie gestapowcy chodzili i tylko starsze kobiety zostawiali w spokoju. Mężczyzn od 15 lat wszystkich wywozili do roboty albo rozstrzeliwali. Był to okres pacyfikacji Zamojszczyzny. Dojechałem na Wołyń. Tam zaczęła się moja wojenna epopeja, która trwała do 1947 r. Przyjechałem do wujostwa Żytyńskich, gdzie znajdowała się sieć konspiracyjna przedwojennego 24 pułku piechoty i zalążek 27 dywizji wołyńskiej AK. Stamtąd udałem się do Przebraża, gdzie byłem przeszło miesiąc w samoobronie. Stamtąd trafiłem do „Krwawej Łuny”.

Cdn.

Marek A. Koprowski

6 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. karla
    karla :

    Podobna sytuacja miała miejsce w mojej rodzinie. Moja prababka była Ukrainka, pradziadek Polakiem. Ukraińcy z UPA kazali prababce zabić swojego męża i synów, w przeciwnym razie zabija cala rodzinę. Prababka nie chciala tego zrobic wiec wyjechali do Polski. Na Ukrainie została tylko jedna z córek, która zresztą chodziła z Upowcem. Zostawili na Ukrainie pokaźny majątek, ale przynajmniej wszyscy przeżyli.