Ukraińskie drogi

„Powiadają, że dwie są drogi w życiu, jedna gładka i wesoła do piekła, druga ciężka i ciasna do nieba. Jeśli tak, to poleskie drogi wprost do królestwa niebieskiego prowadzić muszą i to pewna, że tam już niejednego zaprowadzić musiały” – pisał ponad 130 lat temu Józef Ignacy Kraszewski we „Wspomnieniach Wołynia Polesia i Litwy”. To samo bez żadnej różnicy można powiedzieć dziś o drogach ukraińskich.

Kierunek Lwów. Jedziemy nowoczesnym autokarem z grupą studentów na zaproszenie poczciwego człowieka opiekującego się dawnym Kajzerwaldem, czyli obecnie Parkiem Krajobrazowym „Zniesienie”. Późna jesień, na granicy w Hrebennem swoje odstaliśmy toteż Rawę Ruską minęliśmy już w ciemnościach. Przed nami majaczą czerwone światła samochodu osobowego. Jedzie niby normalnie, ale jakoś tak … slalomem. Domyślni studenci kiwają porozumiewawczo głowami: no tak, jesteśmy na Ukrainie, tu się za kołnierz nie wylewa, tak jak i u nas. Wkrótce jednaka okazało się, że te niecne podejrzenia w stosunku do wodijaprzed nami okazały się zupełnie bezpodstawne. Zaszeleściło pod kołami a wielki wycieczkowy mercedes zaczął kołysać się jak łajba w gdyńskim porcie.

***

Zachciało nam się kiedyś zobaczyć szackich jezior błękit. Przejście w Dorohusku minęliśmy dość sprawnie tzw. „zielonym korytarzem”. Póki jechaliśmy drogą na Kijów, to jeszcze jak mawiają „chwała Ci, Panie”. Ale w Lubomli trzeba było skręcić na północ, na Zgorany i Szack. Powiedzmy, że jakoś dobraliśmy się do stolicy Szackiego Pojezierza. Ale zwiedzanie okolic ukraińskiego Bajkału i przyległych jezior to było wrażenie niezapomniane. Aż łezka się w oku zakręciła kiedy człowiek patrzył na tę bruszczatkęna pewno pamiętającą jeszcze czasy nieboszczki II RP. To po niej zapewne przesuwały się kolumny gen. Orlika-Ruckemanna w 1939 r. dając łupnia oswobodzicielom z Roboczo-Kriestiańskiej… Miejscowi zdaje się nie podzielali moich wzruszeń, albo może i podzielali, dość, że tak szanowali przedwojenną brukową drogę, że … wyjeździli sobie obok drugą, piaszczystą. Starą zaś wydaje się, że jeżdżą tylko szaleni polscy turyści jakby nie wiedzieli, że wszystko na niej można zgubić.

***

Koledze poszczęściło się znaleźć prace w najbiedniejszym, ale pięknym rejonie Ukrainy – w okolicach Starego Sambora. „Przyjedź – powiada – tereny tu ładne, wody lecznicze, lasy, grzyby, ptaki, cerkwie, słowem – wszystko co lubisz”. No i jak tu nie pojechać. „Tylko drogi trochę kiepskie, od granicy będziesz jechał z godzinę”. Patrzę na mapę. Od Krościenka do Starego Sambora jest nie więcej niż 30 km, to skoro mam jechać godzinę to z jaką średnią prędkością? „E przyjacielu – myślę sobie – nie znasz moich możliwości, nie wiesz jak jeżdżę. Damy radę, będę szybciej”. Niestety nie byłem. Kolega miał rację. Jeśli nawet w porywach nerwów przyspieszałem do 60-tki, to już za chwilę gorzko tego żałowałem, bo wpadałem w taki wyboje, których nie powstydziłaby się chyba nawet niemiecka Kolonia po dywanowych nalotach aliantów. W końcu zrozumiałem, że jak mawiał mój dziadek „Wyżej w.. nie podskoczysz”, zwolniłem i rzeczywiści dojechałem do Starego Sambora … w godzinę.

***

No i jeszcze cudne Zakarpacie, zielone, górzyste, pełne zamków, cerkwi, monasterów. Ostoja dzikich narcyzów i urokliwych bukowych pralasów. Nauczony drogowym doświadczeniem pomyślałem: „Przechytrzę ja was, ukraińskie drogi, pojadę przez Słowację”. Tak i zrobiłem. W dawnej dziedzinie ks. Tiso drogi jak u nas. Nic im zarzucić nie mogę. A że Użgorod, miejsce docelowe, leży tuż przy granicy to mniemałem, że mnie ominie kolejne spotkanie z ukraińskimi gościńcami. I prawie ominęło. Ale prawie, jak wiadomo, robi olbrzymią różnicę, o czym miałem okazję przekonać się wkrótce. Po konferencji (bo taki był powód mojego pobytu w Użgorodzie) organizator zaproponował wycieczkę krajoznawczą do słynnej Doliny Narcyzów i nie mniej słynnych bukowych pralasów. Straciłbym do siebie szacunek do końca życia i okazałbym się psu na budę zdatnym przyrodnikiem gdybym nie skorzystał z takiego zaproszenia. Tym bardziej, że Dolina Narcyzów właśnie cała zakwitała. Jeszcze tylko drobnostka (tu zadźwięczała nuta jak z ballady „Pani Twardowska”) pojedziemy tam swoimi samochodami. Udałem, że to błahostka, choć w duchu wspomniałem, że mój samochód powinien w tym roku otrzymać dowód osobisty i … pojechałem. Tak, no cóż tu się rozwodzić. Rurę wydechowa urwałem jeszcze przed Doliną Narcyzów, zaraz gdzieś za Mukaczewem. Miało to swoje dobre strony, bo w zasadzie niewiele już zostało do urwania. A potem to już tylko doły, wyrwy, wyboje itd. Ale za to krajobrazy jakie. Piękne cerkiewki harmonijnie wkomponowane w zieleń lasów, górskie przełęcze, doliny i potoki. To nic, że za każdy taki widok musiałem płacić ostrym łomotaniem w podwoziu, to nic, że noga mi zdrętwiała od ciągłej rewolucyjnej czujności, bo nie wiadomo kiedy jej użyć do naciśnięcia sprzęgła, a siedząca obok Niemka wytrzeszczała oczy jakbyśmy wpadali w przepaść. Na koniec zresztą z dumą oświadczyłem jej, że wcześniejszym właścicielem samochodu był jakiś emeryt z Berlina, który widać dobrze o niego dbał. Tak czy tak przyjaźń polsko-niemiecka dzięki koszmarnym ukraińskim drogom wyraźnie się wzmocniła, podobnie jak moja wiara w powiedzenie „stary, ale jary”.

Kiepska jakość dróg na Ukrainie nie jest li tylko domeną prowincji. Kolega uszkodził sobie samochód (jeśli daewoo tico można tym imieniem nazwać 🙂 obok głównego dworca kolejowego we Lwowie. Po deszczu chciał przejechać kałużę. Nie przewidział niestety, że pod nią kryje się studzienka pozbawiona przykrycia…. Uszkodzony samochód trzeba było prostować przy pomocy łańcuchów.

To wszystko sprawia, że na proste pytanie: „W Anglii jeździ się lewą stroną drogi, w Polsce prawą, a na Ukrainie?” odpowiada się: „Tą, na której nie ma dziur”. Niestety nie zawsze da się zastosować do tego prostego zalecenia. Bywa bowiem tak, że droga jest jak ser szwajcarski, czyli głównie dziury i trochę sera, znaczy asfaltu. Są one jednak na tyle fantazyjnie rozłożone na całej szerokości drogi, że nawet Shumi wespół z Hołowczycem nie dałby sobie rady.

Co prawda niekiedy można spotkać na takiej drodze znak ostrzegający, że przed nami odcinek drogi technicznie niebezpieczny. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko to, że jeżeli teraz jechaliśmy drogą dziurawą jak rzeszoto, to przed sobą mamy jeszcze gorszą. A są takie drogi na których ustawianie tych znaków uważam za bezsens i niepotrzebną stratę pieniędzy. Łatwiej i taniej byłoby postawić znak odwrotnej treści: „Odcinek drogi bezpieczny”, bo … stanąłby może tylko jeden.

***

Różne są wytłumaczenia przyczyn tak fatalnego stanu dróg na Ukrainie, ale jedna z nich wydaje mi się najbardziej przekonywująca. Znajomy Ukrainiec zwerbalizował ja mniej więcej tak: „Wiesz, u nas każdy myśli tylko jakby tu się dorwać do władzy, czyli do takiej rury, z której będzie mógł się tankować, w przenośni, ale i dosłownie, czyli tankować swój samochód. Kiedy już się do tej rury podłączysz, to już jest bez znaczenia czy masz samochód czy czołg. Wystarczy paliwa dla każdego … podłączonego. Zatem władza uznała, że zamiast inwestować miliony w drogi, lepiej inwestować miliony w dobre samochody (istotnie nawet w Warszawie nie widziałem tylu hummerów co w Kijowie) paliwa przecież i tak wystarczy, a takim samochodem pojedziesz po najgorszej drodze. A jeśli nawet się zepsuje, to przecież pieniądze na nowy nie są żadnym problemem. Po to przecież jest się u władzy.” Przyznacie państwo, że logika powalająca i jakże praktyczna.

Jest jeszcze drugie, techniczne, wytłumaczenie czemu drogi są aż tak kiepskie. Jest ono jeszcze bardziej prozaiczne niż poprzednie. Łatwo zauważyć, że kiedy już dziura zrobi się w asfalcie, to na ukraińskiej drodze od razu robią się wyboje, czyli takie wręcz małe studzienki. U nas z reguły jest to raczej dół na dnie którego jest tłuczeń używany na „podściółkę” czy np. tzw. cementówka. Słowem dziura jest znacznie płytsza. Tam trudno zobaczyć ową „podściółkę” z reguły widzimy „glebę macierzystą” a ta wiadomo szybciej się wymywa niż tłuczeń. A gdzież on się podział? No za rękę nikogo nie złapałem, ale przecież … jest tyle miejsc, w których może się przydać, a pod asfaltem wszak i tak nikt nie jest w stanie sprawdzić czy jest on tam czy nie. Dopiero po jakimś czasie przyroda zweryfikuje, ale kto wtedy będzie dociekał kto budował tę drogę.

***

„Człowiek proszę Pana do wszystkiego się potrafi przystosować” – mawiał diament polskiej komedii w „Seksmisji”. A skoro tak, to i do ukraińskich dróg również. Strategii jest kilka. Ale jeśli nie stać cię na kupno nowego samochodu albo częstą jego naprawę to … jest tylko jedna – jeździć dynamicznie i ostrożnie. Przede wszystkim z daleka wypatrywać dziur. Wprawne oko (a po pewnym czasie każde takim się staje, no albo zaczynasz chodzić pieszo) wypatrzy siedlisko już z dużej odległości. Wówczas szybka decyzja: czy uda się slalomem je ominąć, bądź lewym pasem jezdni?, a może są jednak na tyle płytkie (czasami się zdarza), że uda się nad nimi przelecieć? Jeśli odpowiedź na oba te pytania jest przecząca to … hamuj! Hamuj bracie (i siostro) choćbyście mieli zrobić to z piskiem! Opona się nie zedrze do szczętu a zawieszenie może nie wytrzymać bliskiego spotkania z dziurą wielkości studzienki kanalizacyjnej. Słowem: hamuj, jeśli nie chcesz by twoje koło cię wyprzedziło. I nie licz na żadne: „może ominę, może się uda”. Jedno jest pewne – nie uda się! A jeśli komuś się tutaj powiedzie – to tylko mechanikowi. I nigdy, przenigdy nie trać rewolucyjnej czujności. Niech cię nie zwiedzie gładkość nawierzchni, kategoria drogi, czy to, że wiedzie ona do Lwowa czy Kijowa. Dziura, niczym choroba dopaść może każdego, wszędzie i o każdej porze. Zatem bądź „wsiegda gatow!”.

Paradoksalnie te najgorsze drogi wijące się wzdłuż potoków w górskich wsiach czy na głębokiej prowincji są o wiele bezpieczniejsze. Tutaj człowiek nie ma złudzeń, dobrze wie, że czwarty, piąty a nierzadko i trzeci bieg będzie odpoczywał i to bardzo długo. Piłuje się tu na dwójce albo i jedynce a wiadomo, że przy takiej prędkości nie sposób nic uszkodzić, chyba, że na drogę wybiegnie nieuważna krowa zdziwiona obecnością nieznanego obiektu lub wtoczy się jej podpity właściciel.

Tak czy tak Polak może się nauczyć jeździć po ukraińskich drogach. W drugą stronę działa to trochę gorzej. Znajomy Ukrainiec mawiał mi kiedyś: „Wiesz ja się tu u was jakoś tak niepewnie czuję na drodze. Niby takie dobre, ale ja od dziecka przyzwyczaiłem się do takich wybojów i tylko czekam kiedy na tej gładkiej drodze wyskoczy jakiś dół”.

Warto nadmienić półgębkiem, że bywa i inna strategia jeżdżenia po tych drogach. Kiedyś siedzimy we wspomnianym Starym Samborze w restauracji przy kwarcie kwasu. Minął nas młodzian pędzący na motocyklu po tych dziurach pewnie grubo ponad setkę. Zatem można i tak chociaż … zresztą, niech to zobrazuje czarny dowcip zasłyszany na Ukrainie. Właściciel zakładu pogrzebowego pyta swego przyjaciela, który sprzedaje motocykle: „Ile sprzedałeś maszyn w ubiegłym miesiącu?”, „Cztery” – pada odpowiedź. „Aha, znaczy jeden jeszcze gdzieś jeździ” – odrzekł refleksyjnie „Charon”…

***

Tuż po nadzwyczaj szybkim (1 godz.), jak na warunki wschodniej granicy Polski, przekroczeniu przejścia w Krościenku wjeżdżam znów do mojej ukochanej ojczyzny. Co prawda w jej część zwaną Polską B, C czy nawet Ż. Nie zmienia to faktu, że mknę po gminnych, podrzędnych, ale gładkich jak stół drogach Pogórza Przemyskiego z prędkością nawet 90 i więcej kilometrów na godzinę. Pracuje ciężko dawno nie używana „piątka”, aż silnik wyje z radości i zdziwienia. I tak sobie myślę, że każdy, kto mówi, że w Polsce są kiepskie drogi po prostu bluźni.

Ale jest jeszcze jeden morał, który przyszedł mi do głowy gdy siedziałem gdzieś na zboczu góry Rozłucz i gapiłem na cudny krajobraz rozciągający się pode mną. W sumie, wszystko co w życiu ma jakąś wartość – kosztuje. Aby „zdobyć” piękną i mądrą kobietę trzeba wielu zabiegów, aby odnaleźć ciekawy film również trzeba z trudem przedzierać się przez gąszcz jakże obfitego i wybujałego chłamu, aby znaleźć coś wartościowego w sieci też trzeba przebijać się przez masę bzdurnych informacji. Za dobrą książką także trzeba się nie mało nachodzić. I tak sobie myślę, że podróże po tych koszmarnych drogach to jest właśnie ten koszt, ta zapłata za to, by móc podziwiać cudną dolinę Topilnicy, neogotycką wieżę jedynego w Ukrainie drewnianego kościoła w Rozłuczu, by móc chłonąć soczystą zieleń karpackich bukowych pralasów, cerkwi skrzących się złotymi kopułkami wśród żywej zieleni, aby podziwiać błękitną krasę szackich jezior czy niezapomniane i ponadczasowe uroki Lwowa. I jest to cena, którą zawsze gotów jestem zapłacić.

Krzysztof Wojciechowski

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz