W południe 17 stycznia 1945 r. wjechaliśmy przez Plac Zbawiciela i ulicę Marszałkowską do centrum Warszawy i dotarliśmy w pobliże hotelu ?Polonia?. Nie było ani jednego całego domu. Strach było na to wszystko patrzeć. Zatrzymaliśmy się mniej więcej, tu gdzie dziś jest Dworzec Centralny
W Armii Berlinga Józef Czerwiński trafił do I dywizji im. Tadeusza Kościuszki, a w niej do batalionu II pułku piechoty. Wraz z nim do oddziału tego zostało przydzielonych jeszcze ośmiu kolegów z 27 WDPAK.
Przyjął nas dowódca batalionu kapitan Piotr Prygun. – wspomina Józef Czerwiński – Był to radziecki oficer chodzący w polskim mundurze. Przyjął nas grzecznie z każdym z nas porozmawiał, zapytał o życiorys i wykształcenie, a także jaki przydział chcielibyśmy dostać. Ja zgłosiłem się już jako starszy strzelec. Jak Berling uznał partyzanckie stopnie, to troki od kaleson uciąłem i belki sobie naszyłem. Kapitan Prygun spojrzał na mnie i powiedział po rosyjsku – pajdjosz w minomioty. – Nie bardzo wiedziałem co to znaczy. Jak zgłosiłem się do dowódcy kompani moździerzy kapitana Grzegorza Tomko, też Rosjanina, ten spojrzał na mnie i od razu ocenił, że do moździerzy się nie nadaję. Byłem według niego za mały i za słaby. Tłumaczył, że w moździerzach służba jest ciężka. Czasami trzeba nieść na plecach przez wiele kilometrów ciężar wynoszący 20 kg. Prygun zaś powiedział Tomko – eto umnyj malczik, uczi jego, budiet komandiorom otdielenija. Nie bardzo wiedziałem czemu ten Prygum pcha mnie do tych moździerzy, ale tak wyszło, że dzięki temu żyję.
Walki na przyczółku
– Leżał bym nad Wisłą na cmentarzu. Nasz batalion gdy dotarł na front został skierowany do forsowania Wisły w rejonie Dęblina. Dowództwo frontu usiłowało bowiem utworzyć na drugim brzegu kolejny przyczółek. Kompanie strzeleckie, kompania cekamów i rusznic przeciwpancernych zdołała przeprawić się na drugi brzeg. Uczynił to także I pluton kompanii moździerzy. Ja byłem w II plutonie moździerzy, który prowadził ogień na drugi brzeg osłaniający przeprawiające się oddziały. Kilkadziesiąt pocisków jako ładowniczy wystrzeliłem. W pewnym momencie i my mieliśmy się przeprawiać. Gdy zaczęliśmy ładować się na pontony, nadjechał na koniu szef sztabu Z pułku, mjr Eugeniusz Uszpalewicz i odwołał nas z przeprawy. Niemcy wiedząc, że każdy przyczółek to dla nich śmiertelne zagrożenie, rzucili do walki jednostki pancerne i zepchnęli cały batalion do Wisły. Straty były ogromne. Większość żołnierzy zginęła. Niemcy rozjechali ich czołgami zamykając wyrwę we froncie. Z batalionem zostały tylko dwa plutony moździerzy i taboryci. Nastepnego dni kapitan Tomka zdecydował, że przejdę do tworzonego plutonu ochrony sztabu dywizji. Nie bardzo chciałem tam iść. Zżyłem się już z kolegami i dobrze się czułem w plutonie. Kapitan był jednak nieubłagany. – Pójdziesz do sztabu, to może przeżyjesz wojnę! – stwierdził, mówiąc, że rozkazu nie cofnie. Z plutonem tym przeszedłem cały bojowy dywizji który zakończył się 70 km za Berlinem.
W ochronie sztabu dywizji
– Nie byłem w tym plutonie jedynym partyzantem z 27 WDP AK. Przydzielono do niego także plutonowego Edka Religę „Zbika” i starszego strzelca Tadeusza Nowickiego – „Orwida”, obaj z kompani „Piotrusia”. W plutonie na nowo zaczęli nas szkolić. Oprócz ćwiczeń z musztry i wyszkolenia strzeleckiego, uczono nas służby patrolowej i elementów ruchu drogowego. Oficjalnie stanowiliśmy pluton żandarmerii. Pełniliśmy „typowe” funkcje. Tam gdzie kwaterował sztab, pełniliśmy również służbę policyjną dbając o porządek. Do naszych zadań należało m.in. likwidowanie bimbrowni. Musieliśmy zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom, tępić bandytyzm i złodziejstwo. Przewoziliśmy pocztę do sztabu armii. Gdy wybuchło powstanie warszawskie wśród kościuszkowców zapanowało podniecenie. Wszyscy myśleli, że Warszawa zaraz będzie wolna i że dywizja ruszy zaraz na Warszawę. Nie wiedzieliśmy oczywiście nic o piekle, które tam się działo. Widzieliśmy tylko łuny pożarów nad miastem i słyszeliśmy odgłosy walk. Pamiętam, że któregoś dnia ogarnęło nas podniecenie, gdy zobaczyliśmy samoloty alianckie dokonujące zrzutów nad Warszawą. Widok nieba pokrytego gęsto czaszami spadochronów był imponujący. Gdy stacjonowaliśmy pod Brzezinką nasze patrole zapuszczały się aż na Bródno.
Zdobycie Pragi
– Dwukrotnie namówiłem kolegów do pójścia na brzeg Wisły, aby popatrzeć na Warszawę. Z wału wiślanego patrzyliśmy na dymiące, wstrząsane wybuchami miasto. 9 września w rejonie Radości pod Warszawą dywizja zaczęła się koncentrować do uderzenia na Pragę, działając w ramach 47 armii radzieckiej. Dzień wcześniej przez nasz punkt kontrolny przyjechała kawalkada, na czele której jechał okazały kabriolet. Nie próbowaliśmy go nawet zatrzymać. Czerwonoarmiści pełniący z nami służbę wyprężyli się jak struny. Gdy samochody przyjechały jeden z nich powiedział: „Komandujuszczij frontem Rokossowskij so sztabom przejechali.” 10 września rano po silnym przygotowaniu artyleryjskim natarcie na Pragę ruszyło. Sztab dywizji posuwał się za nacierającymi. Przez Wawer, Rembertów wkroczyliśmy na Pragę. Jej ulice były gęsto ostrzeliwane przez niemiecką artylerię i działa kolejowe. Praga była silnie przez Niemców broniona. Zbudowali oni trzy linie obrony przedmieścia. Trzeba było je przełamywać przez kilka dni. Pamiętam, że jak wkraczaliśmy na Pragę to jej ludność witała nas bardzo serdecznie. Zatrzymaliśmy się w jakiejś kilkupiętrowej kamienicy, gościnnie podejmowani przez jej mieszkańców. Mną zainteresował się jakiś jedenastoletni chłopak. Gdy dałem mu do ręki moją pepeszę, której się przyglądał z zainteresowaniem zapytał mnie dlaczego na czapce mam takiego czarnego orzełka. Wyjaśniłem mu, że to orzełek piastowski. On nie był zadowolony z mojej odpowiedzi. Rezolutnie oświadczył, że przyniesienie mi prawdziwego. Po chwili wrócił ze srebrnym orzełkiem z koroną, ale nie wojskowym tylko takim jak przed wojną nosili policjanci, celnicy i pocztowcy. Przyjąłem orzełka i przy chłopcu przypiąłem go do czapki. Towarzyszył mi na całym szlaku bojowym.
Na pomoc powstaniu
– Jak osiągnęliśmy linię Wisły, Berling podjął próbę przyjścia toczącemu się w Warszawie Powstaniu. Desant na Czerniakowie niestety się nie powiódł. Został podjęty w momencie, gdy powstanie już dogorywało. Krwawe walki nie dały nic. Żołnierze ewakuowani z przyczółka opowiadali, że było tam piekło. I Dywizję im. Tadeusza Kościuszki wycofano na tyły. Początkowo stacjonowaliśmy w Rembertowie a późnej w Zielonce. W styczniu 1945 r. w okolicy Kępy Celejowskiej i Mniszewa przeszliśmy Wisłę po lodzie, bez walki i ruszyliśmy w kierunku Piaseczna. 17 stycznia nad ranem, po krótkim odpoczynku, nasz pluton otrzymał specjalne zadania, związane z ogólną sytuacją w rejonie Warszawy. Oskrzydleni przez jednostki I Frontu Białoruskiego Niemcy zaczęli uciekać ze stolicy. Do Warszawy zaczęły się wdzierać przez lód na Wiśle oddziały 6 dywizji, od strony Bielan nadciągała 2 dywizja a od Góry Kalwarii zbliżały się głównie siły I Armii a wśród nich I dywizja piechoty. Szła jednak wolno i wyglądało, że nasza dywizja dotrze do stolicy, gdy ta będzie wolna. Dowódca Kościuszków gen. Wojciech Bewziuk chciał jednak, by jego podwładni wzięli udział w wyzwalaniu Warszawy. Wydzielił oddział szybki składający się z dział pancernych SU-7, dołączył do nich desant złożony z samodzielnej kompanii zwiadu i naszego plutonu.
Strach było patrzeć
– Mieliśmy dokonać swoistej demonstracji, pokazującej, że dywizja też brała udział w wyzwalaniu stolicy. W południe 17 stycznia 1945 r. wjechaliśmy przez Plac Zbawiciela i ulicę Marszałkowską do centrum Warszawy i dotarliśmy w pobliże hotelu „Polonia”. Tu spotkaliśmy się z żołnierzami 6 dywizji. Mało nas nie ostrzelali. Ruiny Warszawy wywarły na nas wstrząsające wrażenie. Nie było ani jednego całego domu. Wszystko znajdowało się w stanie kompletnej ruiny, albo było spalone. Strach było na to wszystko patrzeć. Zatrzymaliśmy się mniej więcej, tu gdzie dziś jest Dworzec Centralny i zaczęliśmy rozmawiać. Większość kolegów było zdania, że naszej stolicy nawet za sto lat nie odbudujemy. Myśleliśmy, że nikt w mieście nie przeżył. Okazało się, że jednak, że się myliliśmy. Grupa kościuszkowców przeczesujących ruiny, odnalazła w piwnicy grupę ukrywających się osób. Byli strasznie brudni, zarośnięci i wygłodzeni. Wśród nich był chłopak – Ryszard Rutecki, którego rodzice zginęli. Dywizja go przygarnęła i stał się jej najmłodszym żołnierzem. Uszyto mu mundurek i zrobiono buty. Na Wale Pomorskim dostał nawet maleńki pistolecik. Nie przydzielono go oczywiście do żadnego oddziału bojowego, ale do sztabu. Z Warszawy ruszyliśmy na północny zachód. Po przekroczeniu przedwojennej zachodniej granicy Polski, dywizja toczyła ciężkie boje, ponosząc przy tym ciężkie straty.
Zażarty opór
– Niemcy stawiali zażarty opór. Sztab dywizji bardzo często znajdował się na pierwszej linii. Bardzo krwawa bitwa toczyła się w rejonie Podgajów. Zginęło tu ponad 300 kościuszkowców a 510 zostało rannych. 32 żołnierzy wziętych w czasie walk do niewoli, esesmani związali drutem kolczastym, zamknęli w stodole i podpalili. Widziałem ich zwęglone zwłoki. Jakiś czas później byłem współuczestnikiem wydarzenia, które na długo zapadło mi w pamięć. Zajmowaliśmy kwatery dla sztabu w młynie nad płynącą jarem rzeką w pobliżu niewielkiej rzeczki Dobrzyca koło Iławca. Nagle ogłoszono alarm. Zajęliśmy stanowiska. W odległości półtora kilometra od nas szły zwarte oddziały hitlerowskie. Szli przy dźwiękach orkiestry, wyprostowani jak struny, nacierając na styk 14 pułku 6 dywizji i 3 pułku 1 dywizji, w środku którego znalazł się sztab. Był to tzw. psychiczny atak niemiecki przeprowadzony jak się później dowiedziałem przez brygadę SS „Schneider.” Część naszych żołnierzy widząc hitlerowców atakujących jak na defiladzie autentycznie się przestraszyła. Dopiero jak nasza artyleria zaczęła bić w Niemców sytuacja została opanowana. Po tym zdarzeniu, idąc w ślad za pułkami uderzającymi w pierwszym rzucie wkroczyliśmy do Mirosławca. Wzdłuż drogi widzieliśmy spalone czołgi T-34. W niektórych tkwiły zwęglone ciała załóg.
Nie byli już „nadludźmi”
– Jeden z czołgów nie miał wieży. Sterczała kilka metrów dalej na wbitej w ziemię lufie. Wybuch amunicji zerwał ją z podwozia. Kiedy z Mirosławca dywizja ruszyła na Borujsko, była ona tak wykrwawiona, że generał Bewziuk rzucił do walki wszelkie rezerwy w tym nasz pluton. Znaleźliśmy się na pierwszej linii. Na szczęście Niemcy nie stawiali wtedy większego oporu. Później razem z plutonem zajmowałem się eskortowaniem wziętych do niewoli Niemców. Jako jeńcy nie byli już „nadludźmi”. Byli wystraszeni i pokorni. W dziesięciu prowadziliśmy z reguły kolumnę liczącą kilkuset żołnierzy. Żaden nie próbował uciec. Prowadziliśmy ich do obozu. Najpierw do tymczasowego w Piełtach a później do głównego w Gryficach. Wiosną 1945 r. I Armia a z nią dywizja przemieściła się na południe. Tu pod Kostrzyniem dywizja brała udział w forsowaniu Odry. Ochranialiśmy punkt obserwacyjny dowództwa dywizji mieszczący się nad samym brzegiem rzeki. Później była jeszcze przed nami Stara Odra, okolice Oranienburga i marsz w kierunku Berlina. Wkroczyliśmy na przedmieścia niemieckiej stolicy od północnego zachodu. Miasto drżało od wybuchu bomb i ostrzałów artylerii. Niemcy tu też stawiali zażarty opór. Walczono nie tylko o każdy dom, ale o poszczególne piętra a nawet mieszkanie. Wraz z kolegami pełniłem służbę ochrony sztabu, ale nie znaczy to, że byliśmy bezpieczni.
Na ulicach Berlina
– Tuż koło nas wybuchały także pociski. Do wartowników strzelali też strzelcy wyborowi. Zaraz po wkroczeniu do Berlina dowódca kompanii polecił mnie i dwom moim kolegom znaleźć i zabezpieczyć magazyn z przydatną dla wojska zawartością. Chodząc po ulicach Berlina mogliśmy się przekonać, jak ciężkie toczyły się na nich walki. Co krok spotykaliśmy spalone czołgi zarówno niemieckie jak i radzieckie. Magazynu żadnego nie znaleźliśmy. W rejonie ulicy Tiergarten doszliśmy do domu, z którego żołnierze sowieccy ostrzeliwali przeciwległą stronę ulicy. Weszliśmy od tyłu budynku do piwnicy, z którego prowadzili oni ogień. Próbowaliśmy i my trochę postrzelać przez piwniczne okienka. Trwało to bardzo krótko, bo zza domu w którym siedzieli Niemcy, na kiju została wystawiona biała płachta. Radziecki podoficer krzyknął – „Piekratit agoń!” – i po chwili z kamienicy zaczęli wychodzić Niemcy z podniesionymi rękami w górze i okrzykami „Hitler Kaputt”. Potem wspólnie z czerwonowarmistami odprowadzaliśmy tych Niemców na tyły. Wchodząc na podwórko domu, w którym mieścił się sztab zobaczyłem niecodzienny obrazek. Ten mały żołnierzyk Rysio Rutecki z poważną miną, z pistoletem z drobnej dłoni prowadził przed sobą rosłego Niemca z rękami podniesionymi do góry. Była to scena kapitalna jak z filmu. Obok stali polscy i radzieccy żołnierze. Zapewne któryś z nich dał Rysiowi jeńca do odprowadzenia. 2 maja Berlin skapitulował. Nagle jak nożem uciął ustała kanonada artyleryjska, umilkły karabiny maszynowe, nastała cisza. Później ulicami zniszonego Berlina zaczęły iść dziesiątki tysięcy niemieckich jeńców. Szli wolno, z opuszczonymi głowami, zarośnięci i brudni. Widać było wśród nich mundury Wermachtu, Luftwaffe, SS, Żandarmerii.
Ostatnia seria z pepeszy
– Wśród jeńców szło też wielu oficerów. I Dywizja im. Tadeusza Kościuszki ruszyła na zachód w kierunku Łaby. Teren był już opanowany, ale jeszcze nie oczyszczony z niedobitków armii niemieckiej. Ich grupy usiłowały przedostać się na zachód, aby znaleźć się na terenach zajętych przez Anglików i amerykanów. W okolicy Nanen spotkaliśmy jedną z nich. Hitlerowcy usiłowali uciekać z zabudowań na skraju miasteczka w stronę lasu. Wtedy oddałem ostatnie serie ze swojej pepeszy. Do Łaby nie doszliśmy. Siódmego maja dywizja, została zatrzymana i zawrócona. Rozpoczęliśmy marsz w kierunku Odry. Koniec wojny został nas w Wandlitz. O kapitulacji Niemiec dowiedzieliśmy się nie z komunikatu, ale z wielkiej palby, którą urządzili nasi sąsiedzi, zajmujący kwatery z drugiej strony drogi. Stała w nich rosyjska kolumna dział przeciwlotniczych i samochodów ze sprzężonymi karabinami maszynowymi. Nagle to wszystko zaczęło walić w powietrze. W pierwszej chwili myślałem, że zabłąkał się nad nami jakiś niemiecki samolot. Ktoś jednak nadbiegł z okrzykiem – chłopaki skończyła się wojna! Zaczęliśmy i my strzelać dla uczczenia tego wydarzenia.
Cdn.
Marek A. Koprowski







