Tatarzy z piekła rodem

Ludzie mający „skrzydła u nóg, a serce w piętach”. Tak o Tatarach Chanatu Krymskiego pisał ksiądz Stanisław Wojeński w 1684 roku. Jest to najkrótsza i najtrafniejsza charakterystyka tych wojowników. Cechowała ich bowiem nieprawdopodobna prędkość przemarszów, ale i unikanie niepotrzebnych starć. Byli to perfekcyjni rabusie, których wyprawy zwykle miały za zadanie splądrować terytorium nieprzyjaciela, a nie walkę.

300 km w jednym przemarszu!

Olbrzymia prędkość marszu zwykle przekładała się na zaskoczenie. A zaskoczenie na zwycięstwo. W roku 1568 Juliusz Ruggieri pisał o Tatarach perekopskich, że z „niewypowiedzianą prędkością” pustoszą ziemie polskie. A także: „biegają szybko i długo na koniach, a przebiegając znaczne przestrzenie każdy z nich ma w ręku powodowego konia, by gdy jednego zmęczy na drugiego się przesiadł”. Słusznie też dodał, iż „Tatarzy lubią prędko i długo jeździć”.

Tatar z 1578 roku, w dziele Abrahama de Bruyn „Diversarum gentium armatura equestries”

W XVI i XVII wieku nie było wojsk, które by przewyższały Tatarów prędkością przemarszów. Podróżujący po Ukrainie w 1654 roku Paweł z Aleppo notował:

„Kiedy oni wyruszają na wyprawę […] w jednym dniu pokonują odległość pięciu czy sześciu dni drogi [innego] oddziału konnicy. Każdy z nich prowadzi na powrozie cztery lub pięć koni, [a] gdy jeden z nich ustaje, dosiada następnego.”

Jak widać, tak wielkie tempo marszu było możliwe tylko dzięki temu, że każdy Tatar zabierał ze sobą kilka koni, na które okresowo przesiadał się. Jak wyjaśniał wspomniany już ksiądz Wojeński, przesiadał się w pełnym biegu:

„Wiadomy jest ich sposób wojowania: każdy z nich prowadzi dwa lub trzy luźne konie, na które się w największym pędzie przesiada”

Jaki dystans można było w ten sposób pokonać? Turek, Ewlija Czelebi, który miał okazję podróżować z Tatarami, stwierdził, że gdy w roku 1641 Tatarzy powracali z nieudanej wyprawy, to na pokonanie odległości od Azowa do rzeki Mołoczny (czyli około 300 km) potrzebowali tylko dwóch dób. W jednym przemarszu jechali bez przerwy 21 godzin „tatarskim galopem”, a w drugim (w międzyczasie zrobili dłuższy popas) 8 godzin. Osiągnięcie to poprawili w roku następnym, gdy w drodze od rzeki Mołoczny do Azowa w ogóle nie zsiadali z koni! Dla porównania, jeśli ówczesna armia europejska przez kilka dni z rzędu przemieszczała się w tempie 30–40 km na dobę, to taki marsz uważano za forsowny.

Jedynie taka kawaleria, jak polscy lisowczycy, czyli zorganizowana na tatarski sposób, była w stanie dorównać mistrzom wojny błyskawicznej.

Konie

Józef Brandt „Pochód tatarski”

Tatar bez konia był jak ryba bez wody. Koń był dla niego niemal wszystkim. Środkiem transportu i przeprawy przez rzeki, towarzyszem walki, źródłem żywności i kuchnią polową. Tatarzy zwali swe konie łoszakami. Powszechnie uważano, że są małe i brzydkie, lecz za to niesamowicie wytrzymałe na trudy i samowystarczalne. Marcin Paszkowski, który spisał wspomnienia Jakuba Kimikowskiego z tatarskiej i tureckiej niewoli, podawał:

„Konie u nich, które tam zową łoszakami

Acz są nie okazałe z cienkiemi karkami

Ale trwałe i duże [krzepkie]; tak iż zawsze srogą

Pracę i głód największy w drodze wytrwać mogą

Wespół z pany swojemi tylko korzonkami

Żywią się wykopują z ziemie kopytami.

A kiedy się przez którą rzekę przeprawiają

Z zdobyczą (bo tam inszych przewozów nie mają)

Wnet na koniach dwa snopy trzciny uwiązawszy

A głowy i ogony ich posworowawszy

Z jednę stronę na trzcinę rzeczy swe przywiąże

A z drugą niewiast dzieci nabranych nawiąże

A sam jedną się ręką ogona trzymając

A drugą zsforowane konie poganiając

Przeprawia się pohaniec do domu swojego.”

Niesamowicie istotne jest to, jak Tatarzy żywili się w czasie wyprawy wojennej. Inne armie owej epoki albo zabierały prowiant na wozy, albo rekwirowały go mieszkańcom mijanych terenów. A zazwyczaj robiły i jedno, i drugie. Tatarzy dzięki koniom byli samowystarczalni. Paszkowski pisał:

„W ciągnieniu [marszu] mają z sobą ustawnie gotową

Żywność kobyle mleko. To surowo piją

I od niego jak wieprze odukałe tyją,

Bo to u nich najlepsze, po wszelakiej pracy

Lekarstwo i to twierdzą o nich tam Kozacy

Gdy gdzie daleko zajdą zagony puszczając

A już jagieł, ni mięsa, ni mleka nie mając

Tedy koniom swym w nogach żyły zacinają

A tą krwią głód, pragnienie swoje uśmierzają.”

Obyczaj podcinania koniom żył i spuszczania z nich krwi, by w nadzwyczajnych sytuacjach zaspokoić głód i pragnienie, potwierdzał i Aleksander Gwagnin, i Maciej z Miechowa. Ten drugi, w dziele wydanym w 1517 roku, pisał:

„Sami kaleczą konie i piją z nich krew czystą lub z prosem”

Po czym dodał:

„Mięso bydła i koni jedzą na wpół surowe. Bardzo chętnie jedzą mięso koni padłych poprzedniego dnia ze starości lub na jakąś chorobę. Wycinają wtedy tylko chore miejsce, a resztę zjadają.”

W jaki sposób takie mięso przyrządzano? Oczywiście przy pomocy konia, który stawał się kuchnią polową. Najdokładniej opisał to francuski inżynier w służbie polskiego króla Władysława IV Wazy, Guillaume Beauplan:

„Z mięsem zaś postępują w ten sposób: dzielą je na części i trzy z nich oddają towarzyszom, którzy go nie mają, dla siebie zatrzymując jeno część zadnią, krając ją na jak najszersze płaty w najbardziej mięsistym i obfitym miejscu na grubość zaledwie jednego do dwóch palców. Pokrojone płaty kładą na końskim grzbiecie i solą z wierzchu, powodując, by jak najwięcej krwawiły. Następnie dosiadają konia i jadą na nim dwie lub trzy godziny w tempie, w jakim kroczy całe wojsko. Następnie schodzą z konia, odsalają mięso, odwracają jego plastry, a palcami zbierają pianę z potu i zraszają owe potrawy z obawy, by się zbytnio nie zeschły. Uczyniwszy to, ponownie solą i powodują również z tej strony krwawienie dosyć silne i raz jeszcze galopują przed dwie lub trzy godziny. Wówczas mięso jest już należycie skruszone, jakby duszone, wedle ich smaku.”

Taki sposób odżywiania się był zresztą znany temu ludowi od setek lat. Obserwował go już na przełomie XIV i XV wieku Johann Schiltberger:

„Widziałem u Tatarów, jak ci spuszczają koniom krew z żył, gotują ją i jedzą. Robią to wówczas, gdy im zabraknie innego pożywienia. Widziałem również i sam tak czyniłem, że kiedy oni spieszą się w podróż, kroją mięso na cienkie kawałki, zawijają w lniane ścierki, wkładają pod siodło i jadą na nim. Kiedy odczuwają głód, wyciągają je spod siodła i jedzą na surowo. Przedtem solą je, gdyż uważają, że to nie szkodzi, gdy jest ono skruszone od ciepła konia i nacisku siodła i wyjdą z niego soki. Robią to zawsze, kiedy im się spieszy i nie mają czasu na przygotowanie posiłku.”

Dzięki samowystarczalności i prędkości, którą dawały Tatarom liczne konie, ich wyprawy sięgały setki kilometrów w głąb terytoriów przeciwników. Co więcej, nie wymagały one szczególnych przygotowań. Armia tatarska była więc przez kilka wieków najszybszą w mobilizacji i najbardziej mobilną armią Europy.

Ćma niezliczona

O tym, że armia tatarska była tak groźna, decydowała nie tylko jej prędkość, ale i liczba, w jakiej się nagle pojawiała.

„Dla kogoś, kto tego nie widział na własne oczy, jest to widowisko niezwykłe, gdyż 80 000 Tatarów to ponad 200 000 koni i nawet drzewa w lesie nie stoją ciaśniej niźli konie ich w czasie owego przemarszu. A gdy się je z dala dostrzega, zda się, że to chmura wielka na horyzoncie się wzbija, wzrastając w miarę jak się zbliżają, co przyprawia o uczucie strachu nawet najdzielniejszych, nie przywykłych do oglądania tego rodzaju legionów w takiej liczbie naraz.”

Pisał wspomniany Beauplan. Choć zaznaczał również, że nie na każdą wyprawę, lecz tylko na te największe, wychodziła taka masa wojska.

W XVII wieku maksymalną liczebność podległych krymskiemu chanowi wojsk szacowano zwykle na około 100 000, co jak na ówczesne standardy było wielkością bardzo dużą.

Historycy od niemal wieku kwestionują tak wysoką liczebność wojsk tatarskich, ale czyniąc to, nie uwzględniają faktu, że w szeregach tej armii znajdowali się nie tylko wojownicy, lecz i znacznie gorzej od nich uzbrojona służba, a nawet chłopcy powyżej 12 roku życia i kobiety w męskich strojach. Moim zdaniem na poważnie trzeba brać opinię Andrzeja Maksymiliana Fredry z 1667 roku. Oceniał on potencjał mobilizacyjny ord krymskiej, nogajskiej i budziackiej na „niewiele coś nad 100 000”, lecz wyjaśnił, że jest to maksymalna liczba, osiągana w przypadku:

„gdy na głowę prawie [czyli niemal co do jednego] i z pastuchami, z tymi nawet co bez szabel tylko same kiścienie mając (bo to ta gens ma liberum usum belli), wszyscy wychodzą [na wyprawę]”

W walce

Choć Tatarzy potrafili wyprowadzić w pole bardzo liczną armię, choć potrafiła ona błyskawicznie się przemieszczać, była samowystarczalna, złożona z ludzi, którzy „są silni i dzielni, łatwo znoszą głód, zimno i gorąco, od najmłodszych lat jeżdżą na koniu i strzelają z łuku” (tak uważał Maciej z Miechowa), to i ona miała swoje mankamenty. Najważniejszym był ten, że nie była ona przystosowana do zdobywania twierdz czy zamków. Zresztą bronić ich również nie potrafiła. Dlatego, jak pisał nuncjusz Cantelmi:

„Tatarzy nie zwykli zamykać się w twierdzach, nie będąc biegli w użyciu broni palnej i tylko konno w otwartym polu dokazywać umieją”

Tatarzy byli znakomitymi łucznikami. Nie dość, że ćwiczenia z tą bronią zaczynali w najmłodszym wieku, to jeszcze, jak pisał Gwagnin: „starców i chorych oddawali swoim dzieciom i młodzieży, ażeby takowych morderstwem ćwiczyli się w strzelaniu z łuku”. To przełamywało naturalny, ludzki opór przed zabiciem innego człowieka.

Ale łuk, choć znakomita w wielu przypadkach broń, nie nadawał się do wszystkich zadań. A co więcej, brak broni palnej w tatarskich szeregach powodował, że ich konie nie były ostrzelane. To znaczy nie były przyzwyczajone do huku i błysku, które towarzyszą strzelaniu z pistoletów, muszkietów czy dział. Łatwo się więc płoszyły. To było powodem, że Tatarzy unikali zetknięcia z przeciwnikiem wyposażonym w broń palną. A przecież już w XVI wieku weszła ona do standardowego wyposażenia europejskich armii.

Juliusz Kossak, „Taniec tatarski”

Niemal całkowity brak uzbrojenia ochronnego (posiadali je jedynie najzamożniejsi Tatarzy) wraz ze słabym uzbrojeniem zaczepnym powodowały, że podstawową taktyką walki Tatarów było ostrzeliwanie przeciwnika i unikanie walki w zwarciu. Starano się przy tym pozorowanym odwrotem wciągnąć rozproszonego w pogoni nieprzyjaciela w zasadzkę i rozbić go, wykorzystując swoją olbrzymią przewagę liczebną. Gdy nią nie dysponowano, Tatarzy zwykle nawet nie usiłowali walczyć. Wykorzystując swą prędkość po prostu oddalali się. Jeśli przeciwnik miał dobre konie i uparcie ścigał uchodzących, to jak pisał Wojeński:

„[Tatarzy] zrzucają z naprzód siodła aby ulżyć koniom, potem rozbierają się do naga, na koniec broń od siebie ciskają, byle tylko uciec”

Nie bez racji hetman Stanisław Żółkiewski uważał, że „Tatary gromić, tak to niemal podobna, jako kiedy by kto chciał ptaki na powietrzu latające pobić”. Nie sztuką bowiem było przegnać Tatara z pola bitwy. Beauplan pisał, że „gdy [Tatarzy] spotykają Polaków, to ci przeważnie pokonują ich łatwo i zmuszają do odwrotu”. Sztuką było zadać Tatarom znaczące straty. Z rzadka, ale trafiali się w wojsku koronnym i tacy mistrzowie. Należał do nich Stefan Chmielecki. Po jego śmierci w 1630 roku, pisano:

„Ten pierwszy pokazał, że Tatarów można dogonić i do boju w otwartym polu onych przyniewolić. W tym wieku jeden w Polsce wsławił się był, przeciwko Tatarów bojownik i po sobie żal nieopłakany w ojczyźnie zostawił, że tak prędko zmarł. Nienawidzili go w wojsku […] ani mogąc co podobnego dokazać nad Tatarami, wymawiając się, że ordy są naród letki jak ptak, nie można go zbrojnym rycerzem dogonić, chyba śpiącego ukraść nad onym zwycięstwo.”

Sęk w tym, że takich mistrzów jak Chmielecki nie było zbyt wielu w naszej historii, dlatego Rzeczpospolita do końca XVII wieku regularnie była plądrowana przez łupieżczego sąsiada, a jej straty z tego powodu nieoszacowane. Wyprawy tatarskie na polską ziemię ustały dopiero w XVIII wieku.

dr Radosław Sikora

Tematy pokrewne:

„Targi białych niewolników”

„Hodów 1694”

„Pogrom Tatarów pod Martynowem: 20 czerwca 1624 roku”

„Batohowskiej niemal klęsce ta podobna była? Brahiłów 19 XII 1666”

3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz