Pamiętam, że długo siedziałam przy rannym w głowę żołnierzu pseudonim „Gołąb”, który wciąż nie odzyskiwał przytomności. Asystowałam podczas operacji Henryka Freja „Husarza”, przywiezionego spod Ośmigowicz. Ranny w brzuch natychmiast trafił na stół, chirurg nie zdążył nałożyć fartucha, próbował łatać wnętrzności , czyścić je i łączyć. Jego wysiłki były jednak całkowicie bezskuteczne. Chłopak zmarł bez słowa.
– Po spaleniu połowy Zasmyk i okolicznych kolonii, ich rolę jako bazy partyzanckiej całkowicie przejął Kupiczów – wspomina Monika Śladewska. – Tą czeską osadę zawsze podziwiałam. Tutejsi mieszkańcy byli gospodarni i zamożni. Imponowali swoją zaradnością i samowystarczalnością. Sami wyprawiali skóry, trudnili się pasiecznictwem, wybierali z uli miód, a z wosku wyrabiali świece. Zajmowali się tez wędliniarstwem. Ich wyroby i kiełbasy znano w całej okolicy. Z wełny wyrabiali niezłe wyroby dziewiarskie. Z własnego chmielu warzyli piwo. Z Kowla ściągali tylko najniezbędniejsze artykuły: barwniki, sodę kaustyczną, bibułę do papierosów itp. Uciekinierów z Zasmyk Czesi przyjęli bardzo serdecznie. My mieszkaliśmy u znajomych Czechów Hałków. Czas biegł bardzo szybko. 28 stycznia ogłoszono powstanie 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, która po szkoleniu miała przejść do aktywnych działań bojowych przeciwko Niemcom. Do Kupiczowa i okolicznych miejscowości ściągali członkowie konspiracji z całej okolicy. Przyjechało też wiele dziewcząt, tkwiących w konspiracyjnych strukturach, które w oddziałach miały pełnić funkcje sanitariuszek, łączniczek, czy szyfrantek.
Oddział konnicy
– Do batalionów wstępowały często całe rodziny. Z mojej w samoobronie był już tato, szesnastoletni brat Józef i ja. Swój akces do dywizji zgłosili także wszyscy moi wujkowie, kuzyni, nawet nieletni. Walczakowa nie zdołała zatrzymać przy sobie czternastoletniego syna Stasia. Wybrał on sobie pseudonim „Jarząbek” i został gońcem. Formowanie dywizji w znacznej mierze odbywało się w Kupiczowie. Oprócz piechoty pojawiły się też oddziały konnicy. Niektórzy kawalerzyści mieli przedwojenne mundury, a przy boku szable. Dowódcą plutonu w szwadronie 21 Pułku Ułanów, dowodzonego przez ppor. „Hańczę”, czyli Jerzego Neumana był wuj Zygmunt Śladewski „Jagoda”. Pojawiła się też, jak w prawdziwym wojsku, łączność telefoniczna. Z Ossy, gdzie ulokował się sztab dywizji, przeciągnięto linie telefoniczne. W sumie długość linii telefonicznych wynosiła 150 km. Jedna z nich biegła do Kupiczowa i Zasmyk. Szybko zaczęło również powstawać zaplecze logistyczne dywizji. Powstała piekarnia, młyny, rzeźnia, masarnia. W Kupiczowie dosłownie zawirowało. Odnosiłam wrażenie, że Wojsko Polskie nagle wyszło spod ziemi. Przeżywaliśmy moment budzącej się wolnej Polski. W lutym i marcu 1944 r. dowództwo dywizji prowadziło intensywne działania organizacyjne, nawiązujące do przedwojennej tradycji dywizji piechoty. Przyjęto dawna numeracje pułków z kowelskiej przedwojennej dywizji.
Dwa szpitale
– My jednak łączyliśmy zawsze nazwę batalionu czy kompanii z pseudonimami ich dowódców. Mówiło się batalion „Sokoła”, „Jastrzębia” itp. Służba zdrowia dywizji także została ujęta w określone ramy. Szefem dywizyjnej służby zdrowia mianowano ppor. „Sępa” Jana Matulewicza. Lekarzem naczelnym kowelskiego zgrupowania „Gromada” został dr „Osiemnastka” Włodzimierz Zagórski- chirurg ze szpitala w Kowlu. Niektóre oddziały miały własnych lekarzy, sanitariuszki polowe były przydzielane do poszczególnych kompanii bądź szpitali. Oprócz naszego szpitala utworzono jeszcze drugi zakaźny. W naszym szpitalu polowym, gdy stacjonował on w Kupiczowie pracowały kwalifikowane pielęgniarki i przyuczone sanitariuszki. Obecność tych pierwszych była niezbędna. W szpitalu miano przecież wykonywać poważne operacje. Z personelu placówki zapamiętałam zwłaszcza moją siostrę cioteczną Janinę Walczak, pseudonim „Szarotka”, o której już wspominałam, Zosię Municzewską pseudonim „Astra”, Irenę Zawadę pseudonim „Stokrotka”, Janinę Żmijewska pseudonim „Dzwoneczek”. Przełożoną sanitariuszek była „Bogna”. Sprawy administracyjne szpitala prowadziła „Mira”. „Irys”, „Danę” i „Idyllę” znam tylko z pseudonimów. W szpitalu w Kupiczowie dziewczęta pracowały nie tylko przy rannych. Pomagałyśmy przy kuchni i pralni szpitalnej. Jeżeli chodzi o lekarzy, to w kupiczowskiej placówce zmieniali się oni bardzo często. Cały czas jednak był z nami felczer Miron Antonowicz Niemoszkalenko, nasz przedwojenny lekarz. Cieszył się on ogromnym szacunkiem i autorytetem.
„Gryf” jako kierownik
– Pracował w niezwykłym oddaniem i bardzo ofiarnie pomimo, iż był człowiekiem starszym, często nękały go bóle głowy. Przykładał sobie wtedy kompresy i ciągle powtarzał, że jego głowa tego nie wytrzymuje. Szpitalem w Kupiczowie kierował początkowo dr „Gryf”. Szybko jednak został przeniesiony do Nyr, ponieważ tam wybuchła epidemia tyfusu, którą trzeba było opanować, bo stanowiła ogromne zagrożenie dla wojska. W Nyrach umieszczono szpital zakaźny. Pojechały do niego siostra „Dana” i kilka innych sanitariuszek. Pracowały tam niezwykle heroicznie w bardzo trudnych warunkach. Żołnierze chorzy na tyfus leżeli w opuszczonych ukraińskich chatach, na rozłożonej na podłodze słomie. Chaty te przede wszystkim na początku trzeba było zdezynfekować, umyć i wytępić w nich wszy. Zdecydowana większość chat ukraińskich była niestety zawszona. Ich gospodarze żyli z nimi w symbiozie. Siostry zmieniały słomę na posłaniach żołnierzy, gotowały, myły, szorowały, paliły w piecach i przyjeżdżały do Kupiczowa po czystą bieliznę. Pomagały też przy pogrzebach zmarłych. Epidemia tyfusu zebrała bowiem swoje żniwo. Początkowo wydawało się, że położy całe wojsko. Dzięki jednak ogromnym wysiłkom została opanowana. Była to zasługa zwłaszcza dr „Gryfa”. Nie przerażały go najtrudniejsze warunki.
Szli prosto na stół
– Uważał on, że nawet w najcięższych czasach można coś zrobić. Chorych na tyfus leczono też w odizolowanych pomieszczeniach w Czernijowie, Rzewuszkach i Kupiczowie. Oddział zakaźny w Kupiczowie mieścił się w szkole. Był otoczony drutem kolczastym. Strzegł go też posterunek żandarmerii. W oddziale tym leczono także partyzantów radzieckich. Kilku z nich wyzdrowiało i wróciło do swego oddziału. W szpitalu polowym, w którym ja pracowałam, przebywali wyłącznie ranni lub chorzy nie zakaźnie. Rannych przywożono do nas saniami wprost z placu boju. Nakrywano ich kożuchami, kocami i czym tylko się dało. Ranni niemal zawsze jednak docierali do nas przemarznięci i z reguły zawszeni. Oddziały kwaterowały przecież w opuszczonych wsiach ukraińskich, w których chaty były zawszone. Wśród przywożonych wielu było ciężko rannych, krwawiących lub wykrwawionych. Wielu trzeba było od razu kłaść na stół i operować. Często zwłaszcza amputowano kończyny. Skomplikowane operacje przeprowadzał dr „Sęp” lub dr „Osiemnastka” oraz felczer Niemoszkalenko.
Dyżury nocne
– Często po większych akcjach napływ rannych był tak duży, że nie mieścili się w szpitalu. Ciężkie zwłaszcza były dyżury nocne. Bywało, że także w sali opatrunkowej trzeba było przeprowadzać operacje przy lampie karbidowej lub świecy woskowej. Rzadko używałyśmy lamp naftowych, bo zapas nafty był bardzo ograniczony. Warunki do operacji były więcej niż prymitywne. Nocne dyżury nie należały do łatwych również i z tego powodu, że nocą wielu ciężko rannych partyzantów umierało, a wiadomo, że śmierć to zawsze ciężkie przeżycie. Ciężko to przeżywała zwłaszcza sanitariuszka Zosia pseudonim „Astra”. Na nocne dyżury zawsze przychodziła z ojcem. Siadał on w kącie sali i w takiej pozycji spał. Bardzo martwiła się ona o zdrowie rannych. Nawet, jak nie miała dyżuru, to przysyłała ojca, by dowiedział się o stan ich zdrowia. W szpitalu pracowałyśmy na zmianę z krótkimi przerwami na odpoczynek. Po dyżurze szłam do domu, żeby odpocząć, przespać się, umyć i przebrać, jak również zdezynfekować ubranie w obawie przed tyfusem. Na zarażenie się byłyśmy szczególnie narażone. Dezynfekcją zajmowała się mam. Codziennie paliła w specjalnym piecu, następnie wygarniała z niego węgle i w ich miejsce do gorącego pieca wkładała moją odzież. Była to niezawodna i zarazem jedyna dostępna metoda w czasie wojny. W walce z wszawicą dawała całkiem niezłe rezultaty. W Kupiczowie zorganizowano także łaźnie parową i przy niej zbudowano piec, w którym dezynfekowano ubrania żołnierzy. W szpitalu, by nie dopuścić do wybuchu epidemii, bardzo rygorystycznie przestrzegaliśmy higieny. Naszym wysiłkom sprzyjał fakt, że szpital mieścił się w całkiem niezłym budynku dawnego urzędu gminnego.
Zmarł bez słowa
– Białe metalowe łóżka, na których leżeli chorzy, stały w dwóch salach. Łóżka były przykryte białymi prześcieradłami i kocami. Obok łóżek znajdowały się nocne szafki. Najmniejsza sala opatrunkowa stanowiła jednocześnie gabinet lekarski. Szpital zawsze był wypełniony do ostatniego miejsca. Wielu nieprzytomnych zrywało opatrunki. Trzeba było zwracać na nich dużo uwagi, a niekiedy przy nich siedzieć. Pamiętam, że długo siedziałam przy rannym w głowę żołnierzu pseudonim „Gołąb”, który wciąż nie odzyskiwał przytomności. Asystowałam podczas operacji Henryka Freja „Husarza”, przywiezionego spod Ośmigowicz. Ranny w brzuch natychmiast trafił na stół, chirurg nie zdążył nałożyć fartucha, próbował łatać wnętrzności , czyścić je i łączyć. Jego wysiłki były jednak całkowicie bezskuteczne. Chłopak zmarł bez słowa. Czesio Grudzień pseudonim „Tygrys” był przez nas wyjątkowo lubiany. Grał na skrzypcach i tym zjednywał sobie sympatię. Miał ciężko uszkodzony kręgosłup. Był pogodny, lecz czasami tracił nadzieję i wtedy najbardziej było mu żal skrzypiec, z którymi się nie rozstawał.
Darli się wniebogłosy
– Do ostatniego wieczoru Czesio zachowywał pogodę ducha i przytomność. Podczas odwiedzin zagrał swój ostatni koncert. W nocy prosił o pomoc, bo bardzo go bolało, a rano już nie żył. Zapamiętałam też „Mściciela”. Był bliski załamania, bo nie chodził. Musiałyśmy go stale pocieszać i podtrzymywać na duchu. Zawsze podziwiałyśmy lekarzy. Często bywało tak, że chirurg kończył jeden zabieg, by natychmiast przejść do drugiego rannego, który wymagał pomocy. Chirurdzy pracowali bez wytchnienia, aż nie zoperowali wszystkich potrzebujących. Pomocy rannym udzielał też felczer. Zdarzało się, że wykonywał najbardziej skomplikowane zabiegi, ratując często partyzantom kończyny. Posiadał on dużą wiedzę praktyczną, wyczucie i chęć pomocy innym. Ranni bardzo go lubili, choć zazwyczaj swoje zabiegi przeprowadzał na żywca i darli się w niebogłosy. Znałam go wcześniej, więc często zwracałam się do niego po rady, jak postępować z rannymi. Nigdy nie odmawiał pomocy i chętnie dzielił się swoja wiedzą i doświadczeniem. Sporo się od niego nauczyłam. Podkreślić trzeba, że felczer, Niemoszkalenko oddał do szpitala duży zasób leków, którymi leczył dotąd okoliczna ludność. Leków i środków opatrunkowych w szpitalu niestety brakowało i trzeba je było ostrożnie racjonować. Surowicę przeciwtężcową np. podawano tylko przy mocnym zanieczyszczeniu rany. Silne zaziębienia leczyliśmy bańkami, których orędownikiem był zwłaszcza felczer Niemoszkalenko.
Poprosił o wodę
– Mnie początkowo to stawianie sprawiało sporo kłopotów. Raz przy tym zabiegu zapaliłam koc i mało brakowało, bym w szpitalu wywołała pożar. Szybko jednak nabrałam niezbędnej rutyny. Okoliczności to po prostu wymuszały. Trzeba było sobie radzić w każdej sytuacji. Pewnego dnia, jak pamiętam, przywieziono do nas rannego radzieckiego partyzanta. Został zoperowany i przeniesiono go do sali chorych. Tu zaczął prosić najpierw o wodę, a później żebyśmy pozwolili mu umrzeć. Sowieccy partyzanci go odwiedzali, pytali czy jest szansa , że wróci do oddziału. Wyglądało na to, że był chyba ich dowódcą, bo odnosili się o niego z dużym szacunkiem. Partyzant ten zmarł niestety na dyżurze Zosi. Został pochowany na miejscowym cmentarzu. Poza nim wyleczono w szpitalu kilku partyzantów radzieckich z oddziału „Diadi Wani”. W tym samym czasie kilku radzieckich partyzantów chorych na tyfus trafiło do szpitala zakaźnego. Zajęto się nimi bardzo starannie jako żołnierzami sojusznikami i wszyscy wrócili do zdrowia. Ich przełożeni przysłali list z podziękowaniem. Po ilości rannych, których przywożono do szpitala od razu poznawaliśmy, czy dana akcja udała się, czy nie. Po bitwie pod Oździutyczami przywieziono do szpitala 20 rannych żołnierzy. Drugie tyle chłopaków zginęło.
W zaimprowizowanej kostnicy
– Wielu spośród rannych wymagało skomplikowanych zabiegów. „Ćwikowi” chirurg na przykład musiał amputować rękę. Z braku miejsca nie mogliśmy rannych i chorych w szpitalu trzymać zbyt długo. Jeżeli nie mieli temperatury, a rany mieli pogojone, musieli wracać do oddziałów , choć byli jeszcze bardzo słabi. Nad nikim nie można było się rozklejać. Musieliśmy mieć wolne łóżka dla rannych. Warto może wspomnieć, że dziewczęta nie pracujące w szpitalu zajmowały się pogrzebami osób zmarłych w szpitalu, a także zabitych w walce, przywożonych do naszej zaimprowizowanej kostnicy. Dziewczęta przygotowywały wieńce i szły w kondukcie. Gdy były silne mrozy, to zabitych przywożonych furmankami z akcji było trudno włożyć do trumien. Do dziewcząt , które organizowały pogrzeby należała również moja siostra Jadwiga. Podczas jednego z nich kondukt został zaskoczony strzelaniną w lesie lityńskim. Powstało zamieszanie, wszyscy myśleli, że wpadli w banderowską zasadzkę. W tumulcie zmiażdżono siostrze palce u nogi. Ta zdjęła but pełen krwi i już go nie zdołała założyć.
Ciężko odchorowała
Odprowadzono ją do Kupiczowa. Siostra ciężko odchorowała incydent i w końcu musiano ją poddać operacji. Mój ojciec nadal jako członek samoobrony przebywał na placówce w Zasmykach. Połowa wsi przecież istniała i trzeba było ją chronić przed banderowcami i Niemcami. W marcu 1944 r. tato brał udział w rozbrojeniu Niemców, którzy przyszli do wsi, ale nie w celach pacyfikacyjnych. Oddziałem tym dowodził oberlautnant Koghouth. Wszedł on do Zasmyk od strony Rokitnicy. Maszerował na Włodzimierz Wołyński, bo do Kowla już nie mógł się dostać. Dowodzący samoobroną zakomunikował mu, że jego oddział jest otoczony i odwrotu nie ma. Niemiecki oficer zgodził się złożyć broń, ale prosił, by jego żołnierzy nie przekazywać Armii Czerwonej. Niewoli sowieckiej Niemcy bali się strasznie. Doskonale wiedzieli, co zrobili z wziętymi do niewoli jeńcami radzieckimi, których traktowali jak bydło. Bali się, że Rosjanie teraz wezmą odwet. Ci zaś parli do przodu. Dowództwo dywizji i dowódcy poszczególnych oddziałów nawiązywali z nimi kontakt. W rejonie Zasmyk pierwsze patrole radzieckiej „razwiedki” pojawiły się w marcu 1944 r. i poszły dalej.
Cdn.
Marek A. Koprowski







