Sławek – Mościcki – Rydz

Nigdy Piłsudski nie miał tej sytuacji w Polsce, którą miał Rydz w 1936 roku. Narodowcy i socjaliści gotowi byli wołać: „Niech żyje wojsko! Niech żyje Rydz!” Chciano powszechnie, by doszedł do władzy, obiecywano sobie także, że zmieni ordynację wyborczą.

Na naradzie nocnej po śmierci Marszałka, Sławek jako premier wysunął Rydza na generalnego inspektora sił zbrojnych. Część pułkowników wolałaby Sosnkowskiego, ale Sławek opowiedział się za Rydzem, choć był z nim w gorszych stosunkach osobistych, niż z Sosnkowskim, choć mógł się w nim obawiać konkurenta do przewodzenia obozowi legionowemu. Ale Sławek wiedział, że Piłsudski, usuwając Rydza od wszelkiej polityki (nazywało się to nawet wtedy „Syberią Rydza”), uważał go za swego następcę w sprawach wojskowych. Było nie do pomyślenia, by Sławek kiedykolwiek poszedł wbrew woli Piłsudskiego.

Wszelkie plotki, że Sławek nie chciał Rydza owej nocy, są z gruntu fałszywe, choć były później przez zwolenników Rydza przeciwko Sławkowi rozsiewane.

Kwestia prezydentury pozostała otwarta. Sławek czekał, aż Mościcki zgodnie z dyrektywą Piłsudskiego prezydenturę mu ustąpi. Mościcki nie miał żadnego oparcia w kraju, cienia popularności. Był co prawda obrany w 1933 roku na następne siedmiolecie, stało się tak jednak tylko na rozkaz Piłsudskiego, choć mówiono o kandydaturze Prystora, ale wtedy zaszło jakieś tragiczne nieporozumienie Piłsudskiego z Prystorem. Teraz najsłabszy nacisk na Mościckiego zmusiłby go do ustąpienia. Wystarczyłoby, by poszli do niego ministrowie, prezes najwyższej izby kontroli, prezes sądu najwyższego i wskazując na wolę Piłsudskiego, zażądali ustąpienia. Ale przełożonym tych wszystkich panów był Sławek, który miał być prezydentem zamiast Mościckiego, więc Sławek ze skrupułów czysto osobistej natury od takiego wystąpienia ich powstrzymywał. Sławek potrafił spełnić każdy polityczny rozkaz Piłsudskiego, ale gdy Piłsudski umarł, w Sławku zostali tylko: rycerz i dziecko. Matuszewski wzruszał ramionami i wołał: „To miejsce w tramwaju się ustępuje, ale nie władzę w państwie”, Miedziński postawił coś w rodzaju ultimatum Sławkowi: „Albo obejmiesz władzę, albo ja wysunę kogo innego na wodza obozu legionowego”.

(…)

Sławek ma w dalszym ciągu sejm w orbicie swoich wpływów. Marszałkami senatu i sejmu są Prystor i Car, ludzie Sławka; Miedziński co prawda się Sławkowi wyłamał, ale większość posłów i senatorów jest za Sławkiem, w którym widzi charakter i prawość, a nie za Mościckim, którego inteligencji się boi, jak chłop się boi sprytniejszego od siebie Żyda. Kozłowski namawia Sławka, by parlament uchwalił po prostu votumnieufności Kościałkowskiemu. Ale myśl wynoszenia nieporozumień wśród piłsudczyków na forum publiczne daleka jest wtedy od Sławka. Toleruje więc Kościałkowskiego i nawet uchwala mu pełnomocnictwa.

W tych czasach zaczyna urastać popularność Rydza. Wypowiem tu porównanie, niezupełnie być może ścisłe co do Jeremiego Wiśniowieckiego, ale jaskrawe. Oto Jeremi Wiśniowiecki był wielkim wodzem i politykiem. Polska go nie lubiła. Oto pozostawił syna, żarłoka i cymbała: szlachta obrała go na króla, broniła, szanowała i kochała jak żadnego z królów elekcyjnych ani przedtem, ani potem. Piłsudskiego zwalczała Polska. Pokochała go dopiero w dniu pogrzebu. Ale jego rzekomego następcę o kwalifikacjach bliższych Michałowi niż Jeremiemu Polska wielbiła i czciła.

Nigdy Piłsudski nie miał tej sytuacji w Polsce, którą miał Rydz w 1936 roku. Narodowcy i socjaliści gotowi byli wołać: „Niech żyje wojsko! Niech żyje Rydz!” Chciano powszechnie, by doszedł do władzy, obiecywano sobie także, że zmieni ordynację wyborczą.

Przeciwnicy Mościckiego stawiają na Rydza. Matuszewski wciąż myśli o doprowadzeniu do konfliktu pomiędzy Mościckim a Rydzem. Rydz nie przyjął wizyty Kościałkowskiego, chciał, aby Mościcki mianował premierem Koca. Ale intencje Matuszewskiego, by nastąpił konflikt Mościcki–Rydz, okazały się nierealne. Mościcki okazał się za sprytny, Rydz za miękki. Matuszewski z Miedzińskim pracują na Rydza. Dnia 17 kwietnia 1936 roku ukazuje się w pułkownikowskiej „Gazecie Polskiej”, której redaktorem naczelnym jest Miedziński, artykuł Matuszewskiego, atakujący rząd Kościałkowskiego za brak siły, powagi, za brak decyzji. Rząd konfiskuje artykuł, ale Kościałkowskiego to wykańcza. Rydza artykuł ten oburza i Miedzińskiego Rydz nie przyjmuje za karę przez osiem miesięcy. Na razie jednak właśnie Rydz wyjeżdża na tym artykule. Mościcki chce zgody z Rydzem i układają kompromis. W gabinecie zostaje Kwiatkowski jako minister skarbu, dla którego prezydent żywi uczucie ojcowskie, ale premierem zostaje wskazany przez Rydza Składkowski. Dnia 15 maja 1936 roku przychodzi do władzy ten gabinet[1]. Od tej daty ustala się też ostatecznie rozłam na eks-pułkowników Sławka i eks-pułkowników Rydza. Miedziński, Koc, Składkowski przechodzą do Rydza. Prystor, Car, Świtalski, Jędrzejewicz zostają wierni Sławkowi, ale Jędrzejewicze są w ogóle najmniej popularnymi ludźmi w Polsce, a Świtalskiego wykończył ostatecznie Kościałkowski, mianując go wojewodą krakowskim, na którym to stanowisku Świtalski popełnia nietakty i błędy. Od tej daty rozpoczyna się także duumwirat Rydz–Mościcki. Trzeba istotnie niesłychanej indolencji i słabości Rydza, by Mościcki, to absolutne zero za czasów Piłsudskiego, nabrał pewnej siły i pewnego znaczenia politycznego. Ministrowie dzielą się na ministrów Rydza i ministrów Mościckiego. Składkowski (prezydium i sprawy wewnętrzne), Kasprzycki (wojsko), Ulrych (koleje), Grabowski (sprawiedliwość) to ministrowie Rydza, a Kwiatkowski (skarb), Poniatowski (rolnictwo) to ministrowie Mościckiego. Kościałkowski, którego snobizm był większy od ambicji, także pozostał w tym gabinecie. Należy przyznać, że ministrowie Mościckiego górują inteligencją i charakterem nad ministrami Rydza. Beck zaczyna odgrywać rolę Mefistofelesa, zajmując pozycję całkiem odrębną, wmawiając wszystkim, że tylko on zna tajemnicze zaklęcia, które skutkują w polityce zagranicznej.

Rydz jest pierwszym władcą Polski od Piasta i Lecha, który nie pieczętuje się żadnym herbem. Pochodzenie jego jest dość mętne, według prawnych wersji ma on być synem żandarma czeskiego i Ukrainki, w każdym razie jest to dziecko ludu, które zawdzięczamy Brzeżanom. Po tych wszystkich doświadczeniach, które już są dziś niesporne, należy się zapytać, jakim dziwnym sposobem tak długo mógł imponować ten człowiek bez inteligencji, bez charakteru, mały i małostkowy, próżny i pusty. Należy to przypisać dobrym warunkom zewnętrznym, sympatycznemu wyglądowi, darowi krasomówstwa, łatwości mówienia pięknych i płytkich frazesów, dobrej jeździe konno, miłemu stosunkowi do ludzi oraz niewypowiadaniu się głośno w sprawach, które przerastały jego inteligencję. Umiał „chranit’ mołczanje w ważnom sporie, s uczionym widom znatoka”[2]– jak powiada Puszkin.

Składkowski jest postacią o wiele sympatyczniejszą. Nazywałem go „Komendanta Piłsudskiego wachmistrzem Soroką”. Kto wie, może gdyby zacnego Sorokę zrobiono kanclerzem Rzeczypospolitej, także by zwariował. Jako pisarz, Składkowski pozostanie w literaturze polskiej, jego pyszna proza wojskowa przypomina jędrnością i świetną polszczyzną styl Jana Chryzostoma na Gosławicach Paska. Składkowski miał rozmach, dynamiczność, ujawniał ją zwłaszcza w sprawach, do których dorósł, a więc przede wszystkim w sprawach klozetów i urządzeń sanitarnych. Jego reformy w tej dziedzinie były tak arbitralne i tak energicznie przeprowadzane w całej Polsce, że nazywałem go „Piotrem wielkim w klozetowej skali”. Za czasów jego premierostwa przywieziono do Polski zwłoki króla i wielkiego księcia Stanisława Augusta. Składkowski oświadczył, że nie może tego króla pochować na Wawelu, bo to był zły król, i w nocy po kryjomu kazał go zamurować w zakrystii w Wołczynie, byłym rodzinnym majątku Poniatowskich na Podlasiu. Pisałem mu wtedy dość wyraźnie: „Zobaczymy jeszcze, na jaki pogrzeb pan zasłużysz”. Istotnie, gdy cała Europa budowała schrony, Składkowski wiercił dziury w płotach, domagając się by cała Polska miała płoty z drutu, lub żeby chłopi bielili swe chaty. Nawet w tragicznym odwrocie z Polski, sam premier spisywał protokoły za niechlujnie utrzymane śmietniki. Tragizmem narodów słowiańskich są rządy państw oddane obłąkańcom; lejce rozbieganej czwórki czy kierownica samochodu w rękach obłąkańca nie są widokiem tak tragicznym jak obłąkane władztwo nad wielkim państwem i żywym narodem. Paweł I, obłąkany rycerz, wizjoner średniowiecza na tronie Rosji, Rasputin, u nas Składkowski. Był to zresztą dobry człowiek, dobry żołnierz, dobry Polak. Zwichnęli mu umysł, pozbawili poczucia uczciwości żołnierskiej ci, co zrobili go premierem, wyrządzając mu tym największą osobistą krzywdę.

Stanisław Cat-Mackiwicz

Fragment pochodzi z książki Historia Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939, wyd. Universitas, Kraków 2012.

Portal KRESY.PL jest patronem medialnym wydania „Pism wybranych” Stanisława Cata Mackiewicza w krakowskim Universitas.


[1]Rząd Sławoja Składkowskiego powstał 16 maja 1936.

[2]Pol. „z miną znawcy, który zwleka, przy sporze nie otwierać ust” (cytat z Eugeniusza OnieginaAleksandra Puszkina, przeł. Adam Ważyk).

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz