Rzeczpospolita Bielińska

UPA usiłowało zlikwidować nasze zgrupowanie uderzając od strony Edwardopola i Karczunku, jednak udało się nam nie tylko odeprzeć ich atak, ale rozbić ich bazę w Puzowie poszerzając opanowany przez nas teren. Zlikwidowaliśmy też silny ośrodek UPA w Stęzarzycach. W obu tych miejscowościach powstały polskie placówki.

Leon Laskowski należy bez wątpienia do najstarszych żyjących jeszcze żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej.

– Urodziłem się w biednej wołyńskiej rodzinie Michała i Teofili Laskowskich w Bielinie. – wspomina – Gospodarstwo, które prowadzili liczyło tylko 5 ha ziemi, co jak na wołyńskie warunki nie było bardzo dużo. Rodzice mieszkali tu od pokoleń i można powiedzieć, że byli Wołyniakami z dziada pradziada. Oprócz mnie rodzice mieli jeszcze czterech synów: Jana, Józefa, Stanisława i Bernarda. Razem z braćmi byłem wychowywany przez matkę. Nasz ojciec zmarł bowiem w 1923 r. i mama drugi raz nie wyszła za mąż. W prowadzeniu gospodarstwa pomagał jej najstarszy brat, który w momencie śmierci ojca miał 13 lat. Sam Bielin jak pamiętam liczył około dziewięćdziesięciu gospodarstw i był wsią w zasadzie całkowicie polską. Ukraińskich gospodarzy mieszkało w niej tylko dwóch. Od Włodzimierza dzieliło Bielin jakieś 10 km. Wszyscy jego mieszkańcy zajmowali się rolnictwem. Niektóre gospodarstwa były wielokrotnie większe niż nasze i liczyły trzydzieści a nawet czterdzieści hektarów. Ich właścicielom powodziło się lepiej, ale też nie należeli oni do bogaczy. W latach trzydziestych, które pamiętam najlepiej, rolnictwo nie tylko na Wołyniu, ale w całej Polsce znajdowało się w głębokim kryzysie.

Żyło się biednie

– U nas w domu żyło się raczej biednie. Najważniejszą instytucją w Bielinie, dla mnie jako dziecka, była czteroklasowa szkoła początkowa mieszcząca się w wynajętym prywatnym budynku. Pracował w niej tylko jeden nauczyciel pochodzący z Pomorza – Starczewski. Nauka w tej placówce odbywała się w klasach łączonych na dwie zmiany. Trzecia i czwarta klasa liczące łącznie czterdziestu uczniów uczyła się z rana a po obiedzie na naukę przychodziły pierwsza i druga klasa, które także skupiały czterdziestu uczniów. Choć na pozór szkoła w Bielinie mogła z dzisiejszego punktu widzenia prymitywnie, to uczyła ona dobrze. Nauczyciel dla dzieci i ich rodziców stanowił największy autorytet. Jak wybuchła wojna miałem 19 lat. W marcu 1939 r. stanąłem na pierwszą komisję wojskową. Do służby wojskowej przygotowywałem się od dwóch lat należąc do „Strzelca”. Organizował on zajęcia z zakresu podstaw wojskowego rzemiosła. Mnie we wrześniu do armii nie zmobilizowano. Bronić ojczyzny poszło natomiast dwóch braci, którzy mieli już za sobą służbę wojskową. Wojny w Bielinie się nie odczuwało. Jej grozę uświadomiliśmy sobie po trzech dniach, gdy Niemcy zbombardowali Włodzimierz Wołyński. Dwa tygodnie później gruchnęła wieść, że od wschodu wtargnęli do Polski Sowieci. Za dwa dni w okolicach Włodzimierza pojawili się owi „wyzwoliciele”. Wokół Bielina znajdowało się wiele koloni niemieckich i ukraińskich należących tak jak my do gminy Werba. Na własne oczy widziałem, jak ich mieszkańcy pozakładali czerwone opaski. Oprócz Ukraińców i Niemców, to samo uczynili żyjący wśród nich Żydzi. Wszyscy się cieszyli, że „Polszcza” się skończyła. Początkowo sowieci umacniający swoją władzę zostawili nas w spokoju. Wszystkich mieszkańcy Bielina obłożono oczywiście w zależności od posiadanego majątku, który dokładnie spisali, podatkami, bardzo dokładnie wyliczonymi.

Zamienione na ukraińską

– Szkołę zamieniono na ukraińską. Już nie pamiętam co stało się z tym nauczycielem Starczewskim. Chyba wyjechał, ale może go sowieci aresztowali. Chłopaków w moim wieku zobowiązano do uczestnictwa w kursie języka rosyjskiego i ukraińskiego. Wytłumaczono nam, że wkrótce otrzymamy powołanie do Armii Czerwonej i musimy znać oba języki. Całą zimę chodziliśmy na ten kurs. Zimą 1940 r. z pobliskiego Grabina, który powstał z parcelacji majątku Ochnówka (wcześniej, jak mi opowiadała matka należącego do Rosjan) NKWD wywiozło na Sybir osadników wojskowych. Na ich miejsce sowieci osiedlili Ukraińców z oczyszczanego wzdłuż Bugu pasa przygranicznego. Do Rzeszy wyjechali też wszyscy okoliczni Niemcy, na mocy porozumienia sowiecko-niemieckiego. Sowieci zaczęli też tworzyć kołchozy i sowchozy. Do tych ostatnich włączali ziemię postawioną przez Niemców. W Bielinie też pojawili się agitatorzy namawiający chłopów do wstępowania do kołchozu, ale żaden kandydat się nie znalazł. Kołchoz w Bielinie nie powstał i do końca sowieckiej okupacji szczęśliwie nikogo nie wywieziono. Jak wkroczyli Niemcy i Ukraińcy zaczęli podnosić głowy, nie ukrywając co zamierzają zrobić z Polakami, w Bielinie powstała konspiracja. Miała ona jednak charakter kadrowy i ja do niej nie należałem. Wstąpiłem do niej w 1943 r., kiedy do placówki samoobrony wstąpili wszyscy młodzi mężczyźni. Taka była konieczność. Inaczej by nas Ukraińcy wymordowali. 11 lipca, gdy uderzyli oni na większość skupisk polskich w powiecie włodzimierskim, chcieli też wyrżnąć dwie polskie kolonie koło Bielina.

Krytyczna niedziela

– Z północy i południa otaczały je wsie ukraińskie. Owej krytycznej niedzieli 11 lipca do tych kolonii przyszli Ukraińcy ze wsi z północy i zagnali wszystkich Polaków do stodoły. Gdy ci żegnali się już życiem, Ukraińcy wszystkich wypuścili i kazali iść zbierać zboże. Ponoć bez tych ze wsi południowych nie chcieli Polaków mordować. Tak przynajmniej wtedy mówiono. Na Bielin wtedy nie uderzono. Była to duża wieś licząca prawie 500 mieszkańców. Zaczęła też do niej napływać ludność z innych polskich wsi, z południowej części powiatu włodzimierskiego. Stworzono bazę samoobrony „Bielin”, którą niektórzy nazywali też „Rzeczpospolitą Bielińską”. Do naszej samoobrony oprócz Bielina należały także kolonia Marianówka Bielińska, wieś Smolane, kolonie Wodzinek i Wodzinów, osady Kalinówka oraz kolonie i osady Stasin i Sieliski. Dowódcą był starszy ogniomistrz w stanie spoczynku Jan Wyszomirski „Mirek”, członek konspiracji. Broń dostarczano nam z Włodzimierza. Tamtejsze struktury AK wszystko co zdobyły kierowały na Bielin. Przez cały dzień i noc trzymaliśmy warty, żeby nie dać się zaskoczyć Ukraińcom. Wszyscy mieszkańcy wsi znajdujących się na terenie naszej bazy udzielali schronienia każdemu Polakowi, któremu udało się uciec z miejscowości zagrożonej rzeziami. Dzielili się z nimi pożywieniem i ubraniami. W domu u Hypsiów urządzono izbę chorych, których leczył Żyd z Włodzimierza dr Podlipski. W sierpniu 1943 r. Ukraińcy usiłowali rozbić Bielin, ale naszą samoobronę wspomógł oddział żandarmerii polskiej utworzonej we Włodzimierzu i ich atak odparliśmy. Dla większego bezpieczeństwa w Bielinie powstał też jej oddział liczący 15 osób. Stanowił on przykrywkę dla naszej samoobrony. Jego obecność ułatwiała posiadanie broni. Od początku z samoobroną bielińską współpracował oddział partyzancki dowodzony przez ppr. Władysława Cieslińskiego „Piotrusia”. Krążył on nieustannie po terenie, rozpoznawał zagrożenia, maszerując przez ukraińskie wioski oddziaływał na ich mieszkańców psychologicznie. Ten sam oddział brali oni za kilka znajdujących się stale w okolicy. Dzięki temu samoobrona w Bielinie przetrwała a zgromadzona w niej ludność uniknęła rzezi.”

Baza „Osnowy”

– Od stycznia 1944 r. Bielin stał się bazą dla formowania się Zgrupowania „Osnowa” 27 wołyńskiej dywizji Piechoty AK. We wsi zorganizowano ośrodek mobilizacyjny i zaopatrzenia. Powstały tu młyny, piekarnie, wiatraki, masarnie, magazyny, zakłady szewskie i rusznikarnie. Formowały się tu poszczególnie kompanię i bataliony, przesuwane następnie do kolejnych miejscowości. Ja ze swoją kompanią por. „Piotrusia” zostałem włączony do batalionu por. „Bogorii”. Otrzymałem w niej jako uzbrojenie automatyczny dziesięciostrzałowy karabin. Nikt w kompanii takiego nie miał i wszyscy mi go zazdrościli. Wyróżniałem się nim wśród żołnierzy. Drugim takim wyróżniającym się żołnierzem był Zygmunt Maguza uzbrojony w rosyjski ręczny karabin maszynowy. Wykonywaliśmy różne zadania. W pierwszym okresie (podzieleni na drużyny) pełniliśmy rolę ubezpieczenia terenu przed atakami Niemców i Ukraińców. Chroniliśmy jednocześnie ludność wsi polskich przed niespodziewanymi atakami UPA. Jeździliśmy też do zniszczonych przez Ukraińców miejscowości, w których gdzieś w piwnicach czy na strychach przetrwali Polacy i trzeba ich było ewakuować.

Codzienne walki

– Codziennie praktycznie prowadziliśmy utarczki z UPA bądź z Niemcami. Na wysuniętych posterunkach byliśmy stale ostrzeliwani przez banderowców. Patrole band macały nas ogniem, chcąc przekonać się jaką prezentujemy siłę. Nie odstrzeliwaliśmy się im, czekając na atak z bliska, ale ten nigdy nie następował. Nasze dowództwo podejmowało działania przeciwko UPA, ale nie zawsze kończyły się one sukcesem. Próba zlikwidowania bazy UPA w Gnojnie nie powiodła się. Ukraińcy nie dali się zaskoczyć. Naszym oddziałom brakowało jeszcze doświadczenia. Dobrze radzili sobie ci, którzy przed wojną tak jak ja należeli do „Strzelca”. Młodzi gubili się na polu walki. Sporo ich ginęło. UPA usiłowało zlikwidować nasze zgrupowanie uderzając od strony Edwardopola i Karczunku, jednak udało się nam nie tylko odeprzeć ich atak, ale rozbić ich bazę w Puzowie poszerzając opanowany przez nas teren. Zlikwidowaliśmy też silny ośrodek UPA w Stęzarzycach. W obu tych miejscowościach powstały polskie placówki. Pod Wodzinowym stoczyliśmy bitwę z Niemcami. Początkowo Niemcy w zasadzie się nas nie czepiali. Tylko nasze patrole spotykały się z Niemcami. W pewnym momencie jednak skierowali przeciwko nam większe siły. W stronę zajmowanych przez nas pozycji ruszyło kilka kompanii Wermachtu z Włodzimierza Wołyńskiego, wspieranych przez oddział żandarmerii z Uściługa i policji ukraińskiej, która nie zdezerterowała do UPA. Pierwszy odpór napastnikom dała samoobrona w Karczunku. Była ona jednak za słaba, by ich zatrzymać. Dzięki jej oporowi ludność polska zdążyła wycofać się z wioski, choć ukraińscy policjanci zgodnie ze swoim zwyczajem strzelali do uciekających. Gdy nasza kompania na saniach ruszyła w stronę Karczunka, dostała się pod ogień moździerzy. Wybuchło zamieszanie, „Piotruś” jednak opanował sytuację.

Podciągnięto CKM-y

– Na wzniesienia podciągnięto cekaemy, które celnie zaczęły kosić Niemców. Trzy plutony poderwały się do ataku. Na pole walki przybyły też kolejne nasze oddziały i Niemcy zaczęli się wycofywać. W końcu lutego po dużych opadach śniegu, kiedy w zaspach trzeba było brnąć po kolana, Niemcy znów uderzyli i po raz kolejny nasza kampania znalazła się na pierwszej linii ognia. Atak ten oddziały całego zgrupowania odpierały przez cały dzień, wytrzymując uderzenie Niemców którzy po nastaniu zmroku wycofali się do Włodzimierza. W końcu marca 1944 r., gdy 27 wołyńska dywizja Piechoty AK została formalnie powołana a jej dowódcą został ppłk Jan Wojciech Kiwerski „Oliwa”, dowództwo naszego batalionu przejął od „Bogorii” por. „Zając” Zygmunt Górka–Grabowski, warszawiak, dobry żołnierz. Za nim jeszcze przybył on do zgrupowania, Niemcy, gdy zaczynała się bitwa o Kowel, podjęli działania dążące do spacyfikowania zajmowanego przez nas terenu. Stoczyliśmy z nimi bój pod Kapitułką i Stęzarzycami. Pod tą ostatnią miejscowością wzięliśmy do niewoli 72 Niemców. Dowództwo niemieckie, chcąc ich odzyskać, dokonało masowych aresztowań we Włodzimierzu Wołyńskim. W sumie wzięli ponad 300 zakładników. Aresztowali również ks. Stanisława Kobyłeckiego proponując mu podjęcie rozmów o wymianie jeńców na zakładników. Zakończyły się one sukcesem. My wypuściliśmy Niemców a oni Polaków. Później wraz z czołowymi oddziałami radzieckimi podjęliśmy próbę opanowania Włodzimierza Wołyńskiego, ale niestety Niemcy stawiali bardzo skuteczny opór. Odziały radzieckie, które wdarły się do miasta dochodząc do dworca kolejowego, zostały przez Niemców wyparte. Również nasze oddziały nie wytrzymały ognia Niemców i też musiały się wycofać. Mój batalion dowodzony przez „Zająca” pozostawał wtedy w odwodzie, ale wkrótce też znaleźliśmy się pod ogniem Niemców. Ci ruszając do kontrataku uderzyli na nas w Stęzarzycach gdzie byliśmy okopani nad rozlewiskiem rzeki Stęży. Niemcy nie mogli tu rozwinąć szerokiego natarcia i chcąc się do nas dobrać musieli przejść groblę, którą skutecznie blokowaliśmy.

Odpieraliśmy ataki

– Odpieraliśmy ich ataki przez osiem dni. Następnie przerzucano nasz batalion za Turię na stronę zajętą przez Sowietów, później wróciliśmy jednak w stronę dawnych pozycji, ale już nie do Stęzarzyc, tylko do Lasów Iszowskich. Gdy nasza czołówka znalazła się na pozycjach naprzeciwko Niemców, ci posłali parlamentariuszy, sugerując byśmy się poddali. Po godzinie, gdy nie dostali odpowiedzi, ruszyli do ataku. Dostaliśmy się pod silny ogień broni maszynowej i moździerzy, ale „Zając” wsparł naszą kompanię ze skrzydeł dwoma pozostałymi kompaniami. Podjęliśmy kontratak odpierając Niemców. Dzięki temu z rejonu Bielina, który wcześniej zajmowaliśmy zdążyliśmy ewakuować wielką kolumnę furmanek, w której ewakuowali się jego mieszkańcy, a także ogromna ilość uchodźców, w tym także Żydów szukających schronienia przy „partyzantce”. Na tyły wycofał się też szpital zgrupowania. W tamtych czasach współpracowaliśmy z Sowietami. Obiektywnie trzeba przyznać, że otrzymaliśmy od nich duże ilości amunicji. Zdecydowana większość naszych żołnierzy miała broń sowiecką, do której brakowało nam amunicji. Miało to dla nas duże znaczenie, bo nie mieliśmy już z czego strzelać. Po odparciu ataku, tak jak wszystkie oddziały wchodzące w skład dywizji dostaliśmy się w kocioł zorganizowany przez Niemców. Nasi dowódcy podjęli decyzję o przebijaniu się na północ przez tory, których ja z kolegami nie zdołaliśmy przejść. To było straszne dla nas przeżycie.

CDN

Marek A. Koprowski

forma płatności