Po wyjściu z okrążenia

Już w mundurze podoficera batalionu poszedł na spotkanie konspiracyjne, które miało się odbyć w mieszkaniu pewnej lekarki. Gdy jednak tam wszedł, został zgarnięty przez UB, które zorganizowało w nim kocioł. Nie poszedł na szczęście sam, ale w asyście innych kolegów z batalionu.

– Po przybyciu do Kiwerc zostaliśmy zakwaterowani po różnych wsiach – wspomina Janina Świąder. – Żadnego obozu wojskowego jeszcze w nich nie zorganizowano. Mieszkaliśmy tak chyba półtora tygodnia. Potem pojechaliśmy do Sum, gdzie funkcjonował jeden z ośrodków formacyjnych I Armii Wojska Polskiego, zwanej potocznie „armią generała Berlinga”, a jej żołnierzy „berlingowcami”. Gdy znaleźliśmy się w Sumach, zostaliśmy przydzieleni do jednostki, zajmującej się ochroną i zaopatrzeniem Sztabu Głównego WP. Mnie z koleżanką polecono prowadzić punkt zaopatrzeniowy, w którym oficerowie otrzymali dodatek żywnościowy dla oficerów tzw. „dopajok”. Koleżanka prowadziła we Włodzimierzu sklep, więc uznano, że może też się zajmować podobną działalnością w wojsku. Mnie, ponieważ trzymałam się z nią razem, też przydzielono do tego punktu. Wydawałyśmy więc oficerom ten „dopajok”. Przychodzili do nas z kartkami, za które otrzymywali to, co akurat było na składzie. Najczęściej ten „dopajok” składał się z butelki wódki i papierosów. Nie dla wszystkich jednak tych rarytasów starczało.

Szlak sztabu głównego

– Najczęściej dostawali je tylko ci, którzy akurat byli w pobliżu punktu, gdy przywieźli towar. Czasem dostarczono też do niego kawior w beczkach. Ten specjał otrzymywali tylko oficerowie żonaci, przebywający na froncie z żonami. Od czasu do czasu dla żonatych oficerów przywożono też mrożone ryby. Zaznaczyć jednak trzeba, że żonatymi oficerami w Wojsku Polskim byli tylko Rosjanie. Generalnie aż do czasu, gdy przekroczyliśmy Bug, nie miałyśmy z koleżanką zbyt wiele do roboty. Dopiero na Lubelszczyźnie, gdy zaczęliśmy dostawać paczki z UNRY, to zaopatrzenie w naszym punkcie znacznie się poprawiło. Pojawiła się czekolada i konserwy. Jak zdobyto jakieś niemieckie magazyny, to też coś z nich nam podrzucano, żeby oficerom rozdzielić. Przeszłam z koleżanką cały szlak Sztabu Głównego, który zakończył się we Włochach pod Warszawą. Wcześniej dość długi okres czasu stacjonowaliśmy w Lublinie. Tu intensywnie zaczęłam szukać swoich braci, którzy zostali w partyzantce. Jeszcze jak byliśmy w Sumach, to jeden z moich znajomych został oddelegowany na dworzec do przyjmowania kolejnych transportów z kandydatami do formowanych jednostek Wojska Polskiego. Kazałam mu sprawdzać na listach, czy nie ma na nich nazwiska moich braci.


Spotkanie z bratem

– Wtedy jednak na nich nie trafił. Ja później ze Sztabem Głównym stałam w Żytomierzu, a on pojechał do Lublina. Wkrótce i ja ze Sztabem Głównym znalazłam się w tym mieście. Pewnego dnia patrzę, a tu on w oficerskim mundurze wyprowadza swój oddziałek na ćwiczenia pod lasek. Dostał nowych żołnierzy, kazał wszystkim żołnierzom usiąść i po kolei coś powiedzieć o sobie. Jednym z nich, jak się okazało, był mój brat. Gdy ten usłyszał jego nazwisko, a także, że pochodzi z Włodzimierza, to powiedział mu- ja z twoją siostrą służyłem w Sumach. – On mu odpowiedział, że to niemożliwe, bo jego siostra zginęła, utonęła w bagnach na Polesiu. Ktoś rozpuścił plotkę, że zginęłam i brat w to uwierzył. Moi bracia nie przeszli torów w trakcie przebijania się dywizja z kotła i pętali się przy torach z jakimiś grupami. Spotkali po drodze jakiegoś człowieka, który powiedział im, że widział, jak topiłam się w błotach. Oficer będący moim znajomym i przełożonym brata przyszedł do mnie i powiedział – twój brat jest u mnie! – Bardzo się ucieszyłam i już następnego dnia udałam się do swojego komendanta po przepustkę i poszłam do brata. Okazało się, że był to młodszy brat, który ledwie wydostał się z okrążenia. Niemcy tropili bowiem wszystkie krążące po ich terenie grupy rozbitków z dywizji, starając się je zlikwidować. On i Jurek Domagalski zdołali się z okrążenia wyrwać i nie dostali się w łapy Niemców. Wszyscy myśleli, że starszy brat zginął. Taką wiadomość w Lublinie przekazał mi właśnie mój młodszy brat. Rzeczywistość okazała się jednak nie taka straszna. Brat został dołączony do grupy rosyjskich jeńców, z którymi wywieziono go do Niemiec. Przeżył wojnę i wrócił do Polski.


Rozmowa z matką

– Jak się spotkałam z matką, która także przejechała na drugą stronę Bugu, to dowiedziałam się, że na tydzień przed wkroczeniem Sowietów do Włodzimierza policjanci ukraińscy z Niemcami wymordowali na naszej kolonii ukrywających się na niej Żydów, w tym także i tych pochowanych w kryjówce przez koleżankę mamy, z którymi i ja, jak wspominałam, spędziłam trochę czasu. Najwięcej Żydów oprawcom udało się dopaść w domu prof. Pasenkiewicza. Miał on katedrę na Uniwersytecie Jagiellońskim i z Włodzimierza dojeżdżał do Krakowa. Jak się zaczęły mordy na Polakach dokonywane przez Ukraińców, to nie czekał on na nic, tylko natychmiast wyjechał do Krakowa. Jego dom zajęli Żydzi, którym jakoś udało się przetrwać. Schroniło się w nim ich kilkunastu. Słysząc zbliżający się front, musieli poczuć się bardzo pewnie i uznali, że nic im już nie grozi. Ukraińska policja wszystkich wyciągnęła i rozstrzelała. Przeszukała też wszystkie okoliczne domy, znajdujące się w pobliżu. Stał tam taki jeszcze nie wykończony budynek. Policjanci wygarnęli z niego całą gromadę Żydów.

Tragiczne wspomnienie

– Całe życie idzie za mną obraz tej żydowskiej rodziny, która ukrywała się u koleżanki mamy, z którą mieszkałam w kryjówce, uciekając przed wywózką do Niemiec. Ich czteroletnia córeczka była taka ładna. Koleżanki mamy nie rozstrzelali na miejscu, tylko zabrali ją ze sobą i wysłali do obozu, ale niewątpliwie było to dla niej straszne przeżycie. W samym Lublinie, jak stacjonowałam ze swoją jednostką, to czułam się bardzo dobrze. Spotkałam tam wielu znajomych. Na stacji w Lublinie spotkałam wielu kolejarzy z Włodzimierza, którzy do niego przejechali. To od nich się dowiedziałam, że w Lublinie przebywa cała gromada naszych chłopaków, którzy przeszli cały bojowy szlak dywizji i po rozbrojeniu przyjechali do tego miasta. Tu, chroniąc się przed powołaniem do armii, wstąpili do Straży Ochrony Kolei. Szybko się z nimi spotkałam. Chodzili po cywilnemu z biało- czerwonymi opaskami na ramionach i byli uzbrojeni w karabiny. W grupie tej był m.in. mój przyszły mąż Tadeusz Świąder. Znałam go jeszcze z Włodzimierza. Chodził do gimnazjum z moim bratem i bywał w naszym domu. Pochodził on spod Włodzimierza. Z konspiracją związał się jeszcze przed rozpoczęciem przez Ukraińców rzezi Polaków. Dowodził m.in. placówką samoobrony Adamówka-Rogoźno, składającej się z 30 ludzi i wchodzącej w skład odcinka AK- „Rosomak”. Uderzenie Ukraińców na odcinek było jednak tak silne, że wszystkie placówki „Rosomaka” rozproszyły się.

Mój przyszły mąż

– Mój przyszły mąż po 11 lipca 1943 r. wycofał się z oddziałem, który przeszedł do ścisłej konspiracji do Włodzimierza. Wraz z nim w tym mieście schronili się mieszkańcy z rejonu działania jego placówki. Mąż dalej działał w podziemiu, wykonując zadania zlecone przez przełożonych. Wchodził m.in. w skład grupy wysłanej przez władze podziemne do batalionu żandarmerii, sformowanego z Polaków przez Niemców do walki z UPA. Batalion ten stacjonował w Maciejowie i członkowie grupy mieli za zadanie przygotować warunki do przejścia batalionu z całym uzbrojeniem na stronę polską. Z zadania tego grupa wywiązała się bardzo dobrze, przeprowadzając batalion na miejsce koncentracji dywizji. Po jego sformowaniu jako plutonowy został zastępcą dowódcy plutonu żandarmerii i ochrony sztabu pod pseudonimem „Wytrwały Żubr”. Przeszedł z nim cały szlak bojowy dywizji. Po jej rozbrojeniu w Skrobowie znalazł się w Lublinie, gdzie spotkał się z innymi kolegami, w tym z Władysławem Filarem, z którym działał m.in. w grupie konspiracyjnej, mającej wyprowadzić batalion żandarmerii z Maciejowa. Wtedy się zaprzyjaźnili. Gdy go zobaczyłam w Lublinie, nawiązała się między nami nić sympatii, która przerodziła się w miłość. Wcześniej się bowiem nie przyjaźniliśmy. Jak się spotkałam z grupą, w skład której on wchodził, to traktując mnie jako swoją zasypywali mnie mnóstwem pytań.


W mundurze sierżanta

– Przyszłam do nich oczywiście w mundurze z naszywkami sierżanta na pagonach i starałam się obiektywnie przedstawić sytuację w mojej jednostce. Później grupa ta przez Władysława Filara nawiązała łączność z szefem sztabu batalionu ochrony Sztabu Głównego, który namówił jej członków do wstąpienia do tej jednostki. Bardzo się z tego ucieszyłam. UB penetrowało bardzo intensywnie środowiska niepodległościowe w poszukiwaniu akowców. Niektórzy z nich ponownie związali się zaś z lubelską konspiracją. Do nich należał też mój przyszły mąż Tadeusz. Już w mundurze podoficera batalionu poszedł na spotkanie konspiracyjne, które miało się odbyć w mieszkaniu pewnej lekarki. Gdy jednak tam wszedł, został zgarnięty przez UB, które zorganizowało w nim kocioł. Nie poszedł na szczęście sam, ale w asyście innych kolegów z batalionu. Jak zobaczyli, że mój przyszły mąż wszedł, a nie wszedł, zrozumieli , że w mieszkaniu lekarki jest kocioł. Zaraz powiadomili jego matkę, która przyjechała z Wołynia. Miała ona wcześniej jakiś wypadek, przewróciła się i upadła i mocno się potłukła. Gdy usłyszała, że jej syn został aresztowany oświadczyła, że pójdzie do tego mieszkania. Jak weszła do niego mówiąc, że potrzebuje pomocy lekarskiej, co było zresztą prawdą, to ubecy wrzucili ją do pokoju, w którym siedziało już kilkanaście osób. Tu siadła obok swego syna i uzgodnili zeznania.

W kotle UB

– Jak UB ich przywiozło do swojej siedziby, to oświadczyła, że syn przyprowadził ją do lekarza, żeby ta ją zbadała. Ubowcy, którzy nie byli zbyt rozgarnięci, nie potrafili powiedzieć, czy tak było, czy nie. Ruch w tym „kotle” był bardzo duży i większość zatrzymanych w nim stanowili pewnie autentyczni pacjenci więc UB mojego przyszłego męża razem z matką wypuściło. Ślub z nim wzięłam już w Warszawie po zakończeniu wojny. Mąż nie został zdemobilizowany i pozostał w batalionie ochrony Sztabu Głównego, który stacjonował obok Belwederu, w którym urzędował Bierut. Razem z nimi służyło w batalionie wielu żołnierzy 27 WDP AK m.in. Władysław Filar czy Tadeusz Wolak. Z rodziną Filarów byliśmy z mężem bardzo zaprzyjaźnieni. Z żoną Władka razem rodziłam dzieci. Leżałyśmy w tym samym szpitalu i Filarowa pięć dni przede mną urodziła syna. Jak batalion ochrony Sztabu Głównego reorganizowali, to zaproponowano mężowi służbę w Wojskach Obrony Pogranicza. Mąż się zgodził. Z synem, który urodził się w 1946 r. i miał osiem miesięcy, wyjechaliśmy najpierw do szklarskiej Poręby, później do Żagania, a w końcu do Kłodzka i Krakowa. Tu bez żadnej odprawy zwolniono go do cywila. Uznano go za niegodnego pełnienia służby wojskowej, ponieważ zataił przed przełożonymi fakt przynależności do 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Informacja Wojskowa szybko jednak ustaliła, co robił w czasie okupacji i w 1951 r. zażądała wyrzucenia go z WOP. Znaleźliśmy się w Krakowie w trudnej sytuacji.


Nie mógł znaleźć pracy

– Mąż nie mógł znaleźć pracy. Najpierw znalazł zatrudnienie w zakładach dziewiarskich, ale szybko go zwolniono. Wtedy dzięki koledze dostał pracę w terenowej stacji obsługi samochodów i dopracował w niej do emerytury. Razem z mężem utrzymywaliśmy kontakt z kolegami z 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Początkowo miały one charakter towarzyski, gdy zaistniały ku temu możliwości, mąż zorganizował w Krakowie środowisko żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i był jego przewodniczącym aż do śmierci. W szczytowym okresie skupiało ono około czterdziestu osób. Dziś liczy ono zaledwie trzech członków. Mąż starał się działać tak, żeby pozostawić po naszym środowisku trwały ślad. Wspólnymi siłami przy współpracy z Kościołem w nowo budowanej świątyni św. Jadwigi na Kawodrzy, zrobiliśmy swoistą ścianę tablic ku czci bohaterów związanych z dywizją m.in. mjr Janowi Szatowskiemu, który po śmierci płk Oliwy dowodził dywizją, por. Władysławowi Kochańskiemu „Bombie”, kpt. Michałowi Fijałce „Sokołowi”, plut. Borysiukowi, który tu z nami działał i jest pochowany na Białym Prądniku, także Janowi Kotowiczowi „Twardemu”, a także ku czci harcerzy należących do 27 WDP AK. Jako pierwsze w Okręgu nasze środowisko postarało się również o sztandar. Uczestniczyliśmy z nim w dziesiątkach różnych uroczystości w Krakowie, a także na zjazdach dywizji w Warszawie. Początkowo przechowywaliśmy go w kościele, a później oddaliśmy go do krakowskiego AK. Do niego też przekazaliśmy wiele osobistych pamiątek.

Marek A. Koprowski

forma płatności