Zdobyliśmy 17 karabinów maszynowych, 90 karabinów, wiele broni krótkiej, 4 moździerze, 4 skrzynki pancerfaustów, 2 biedki z amunicją, 26 wozów taborowych i kuchnię polową…
Władysław Filar z rozrzewnieniem wspomina pierwsze tygodnie żołnierskiej służby w trzeciej kompanii w Czernijowie.
– Rano i wieczorem odbywały się apele, na których odczytywane były rozkazy, rano śpiewano „Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem „Wszystkie nasze dzienne sprawy”- mówi. – Kompania prowadziła ciągłe rozpoznanie nieprzyjaciela, patrole o różnych porach dnia i nocy wychodziły w kierunku Tuliczowa, Osiecznika i Świnarzyna, penetrując teren przyległy do Lasów Świnarzyńskich. Rozpoczęło się też intensywne szkolenie bojowe i musztra z bronią. Nikt jednak nie narzekał na nadmiar zajęć. Zapał żołnierzy do szkolenia i służby był duży, nastrój wyśmienity. Współżycie w kompanii oparte było na koleżeństwie i wzajemnym zaufaniu. W pewnym momencie dowódca dywizji uznał, że „Sicz Świnarzyńska” stanowi zbyt duże zagrożenie i należy ją zlikwidować. W dużym kompleksie leśnym UPA zorganizowała bowiem bazę wypadową przeciwko ludności polskiej, samoobronie i oddziałom partyzanckim. W lasach rozbudowano system fortyfikacji obronnych, zbudowano szereg drewnianych budynków, przeznaczonych na magazyny z żywnością i innym sprzętem, warsztaty i pomieszczenia dla ludzi. Tu też odbywało się szkolenie kadr dowódczych UPA. Stacjonujące w bazie oddziały UPA nie tylko stanowiły zagrożenie dla formującej się dywizji, ale ograniczały swobodę manewru oddziałom polskim. Część z nich musiała stale być w pogotowiu. Dowódca dywizji likwidację „Siczy” zlecił mjr Janowi Szatowskiemu „Kowalowi”, który dowodził zgrupowaniem „Gromada”. Skoncentrował on przeznaczone do tego oddziały w rejonie Kupiczowa. Były to bataliony „Sokoła”, „Jastrzębia”, „Łuny” i „Siwego”. „Kowal” nawiązał też współpracę z maszerującym z Polesia do Galicji zgrupowaniem partyzantki sowieckiej, które w swoich planach miało również rozbicie bazy UPA w Lasach Świnarzyńskich. Po skoordynowaniu wspólnego działania, 2 lutego 1944 r. rozpoczęliśmy uderzenie na „Świnarzyńską Sicz”. Oddziały partyzantki sowieckiej zepchnęły wysunięte na północno-zachodni skraj lasu sotnie UPA, zajęły Rzewuszki i szybko opanowały ufortyfikowany rejon w miejscowości Wołczak. Jednocześnie oddziały radzieckie, działające w kierunku południowo-zachodnim, przekroczyły Turię, zajęły bez walki Dominopol i rozwinęły natarcie w kierunku na Wołczak. My ruszyliśmy w kierunku Świnarzyna, Osiekrowa i Moczułek w celu opanowania umocnionych rejonów we wschodniej części Lasów Świnarzyńskich i zamknięcie oddziałom UPA drogi odwrotu na wschód. Natarcie naszych oddziałów przebiegło zgodnie z planem. Lasy zostały opanowane bez większych trudności. UPA nie stawiała większego oporu. Wycofała wcześniej większość oddziałów uznając, że nie jest w stanie ich utrzymać. W rękach UPA pozostało jednak jeszcze wiele miejscowości zamienionych w twierdze, które trzeba było później likwidować. Walka w Lasach Świnarzyńskich była moją pierwszą w szeregach dywizji i jej przebieg pamiętam w najdrobniejszych szczegółach. Nasza kompania weszła do lasów marszem ubezpieczonym. Był on niesłychanie uciążliwy. Musieliśmy pokonywać bowiem liczne zasieki, zwalone drzewa i inne przeszkody. Większość drogi pokonywaliśmy idąc gęsiego, trzymając się za pasy, gdyż poruszając się w wyjątkowo ciemnej nocy mogło dojść do rozerwania kolumny. Przedzierając się przez lasy ominęliśmy od wschodu Świnarzyn i o świcie dotarliśmy do Osiekrowa. Przy wyjściu z lasu przywitał nas gęsty ogień upowców, na szczęście niezbyt celny. Kompania rozwinęła się w tyralierę i śmiałym atakiem opanowała wieś. Oddział UPA broniący wsi małymi grupkami wycofał się w kierunku Makowicz i Antonówki. Kompania w pościgu za wycofującym się nieprzyjacielem dotarła do chutorów położonych na wschód od Osiekrowa. Dowódca kompanii ppor. „Jur” był wszędzie, panował nad rozwojem sytuacji, zagrzewał żołnierzy do walki. Z Osiekrowa z małą grupą żołnierzy podążyliśmy w stronę chutorów. W połowie drogi, gdy byliśmy na otwartym polu, w naszą stronę padł pojedynczy strzał. Na moment zatrzymaliśmy się, ale nikt więcej nie strzelał. Ruszyliśmy więc dalej w kierunku zabudowań. Nagle rozległa się seria z broni maszynowej i pojedyncze strzały karabinowe. Ppor. „Jur” , wchodząc z grupą kilku żołnierzy na podwórze pobliskiej zagrody został śmiertelnie ugodzony serią z automatu. Odpowiedzieliśmy ogniem, a zabudowania, z których padły strzały, zostały podpalone. Po takiej akcji i śmierci dowódcy dalszy pościg za uchodzącymi grupami upowców został przerwany. Po powrocie do Czernijowa wśród żołnierzy kompanii zapanowało przygnębienie. W pierwszej walce, jaką nasza kompania stoczyła, straciła dowódcę, którego żołnierze bardzo lubili. Jego pogrzeb odbył się 3 lutego w Kupiczowie. Towarzyszyło mu niemieckie bombardowanie. Czasowo dowódcą kompanii został jej szef sierżant Józef Kita „Konrad”. 5 lutego przybył do nas por. Zbigniew Ścibor Rylski „Motyl” i objął dowództwo kompanii. Od razu został zaakceptowany przez żołnierzy. Zrobił dobre wrażenie. W tym czasie zaszły zasadnicze zmiany. Ze zmobilizowanych sił konspiracyjnych formalnie utworzono 27 Dywizję Piechoty AK, którą nazwano wkrótce Wołyńską. Oddziały otrzymały numerację odpowiednich pułków i batalionów. Kompanię naszą oznaczono jako: 3 kompania I/ 50 pp., ale żołnierze jeszcze długo posługiwali się nazwami batalionów i kompanii, wywodzących się od pseudonimów dowódców. W okresie formowania i organizacji dywizji, trwającym od stycznia do marca 1944 r., wchodzące w jej skład oddziały wykonywały zadania podobne do tych, które zaczęliśmy realizować w Lasach Świnarzyńskich. Wszystkie wiązały się z obroną ludności polskiej przed atakami bojówek UPA. W najbliższym sąsiedztwie terenów kontrolowanych przez dywizję, w rękach UPA pozostało jeszcze szereg umocnionych miejscowości takich jak: Kisielin, Oździutycze, Twerdyń i Ośmigowicze, stwarzające ciągłe zagrożenie dla ludności i oddziałów polskich. Patrole UPA zapuszczały się na nasz teren i wielokrotnie trzeba było toczyć z nimi uporczywe walki. Oddziały dywizji kolejno podejmowały operacje nastawione na likwidację twierdz UPA. Jednocześnie sformowane oddziały dywizji prowadziły działania osłonowe i obronne przeciwko oddziałom niemieckim, wychodzącym głównie z garnizonu we Włodzimierzu Wołyńskim, które dążyły do rozpoznania sytuacji w terenie. Ze względu na bezpieczeństwo zgromadzonej w rejonie formowania dywizji ludności cywilnej zagrożonej ze strony UPA nie podejmowano akcji dywersyjnych przeciwko Niemcom. Starano się nie prowokować Niemców i nie pozwolić im na wczesne rozpoznanie sił polskich. Było to zadanie niezwykle ważne, bowiem podjęcie większej akcji pacyfikacyjnej przez Niemców w początkowym okresie formowania dywizji, przy dobrym rozpoznaniu, mogłoby doprowadzić do zniszczenia polskich oddziałów, jeszcze nie w pełni zorganizowanych i pozbawionych pomocy z zewnątrz. To, że Niemcy nie podjęli zdecydowanych działań przeciwko polskim oddziałom, wynikało właśnie z braku rozpoznania w niedostępnym dla nich terenie, i stąd niedocenienie polskiego zagrożenia na ich bezpośrednim zapleczu frontu. Defensywny charakter działania dywizji przeciwko Niemcom wynikał także z założeń planu „Burza”. Dywizja miała atakować Niemców w czasie ich odwrotu. Tymczasem zamiast cofających się Niemców, do rejonów zajętych przez dywizję dotarły frontowe jednostki wojsk radzieckich, których natarcie załamało się na silnie bronionym przez Niemców Kowlu. Między dowództwem radzieckim i dowództwem dywizji doszło do rozmów, w efekcie których między obydwoma stronami doszło do współdziałania w ramach tzw. operacji kowelskiej. Na podstawie ustaleń z Armią Czerwoną oddziały dywizji przegrupowały się do obszaru między Turią a Bugiem, znajdując się na głównym kierunku uderzenia nieprzyjaciela. Już 2 kwietnia 1944 r. 3 kompania „Motyla”, w składzie której walczyłem, wspierana przez inne oddziały, zaczęła toczyć ciężkie boje z doborową jednostką niemiecką – I Brygadą Strzelców Górskich. Było to właściwie pierwsze starcie z regularnymi jednostkami niemieckimi. Pamiętam dobrze wydarzenia z tych kilku dni. 2 kwietnia nasza kompania wkroczyła do Sztunia, dużej wsi leżącej 8 km na południe od Lubomla. Mieliśmy pełnić rolę wysuniętej placówki osłaniając tereny dywizji od strony Lubomla. Wieś była pusta i opuszczona przez mieszkańców, którzy uciekli przed zbliżającym się frontem. Nasza kompania zajęła kwatery we wschodniej części wsi, rozstawiając posterunki i wysuwając ubezpieczenie od strony Lubomla. Tylko w nim według naszego rozeznania stał silny oddział niemiecki. Część wsi pozostała nie zajęta. I to do niej niespodziewanie wkroczył oddział niemieckiej I Brygady Strzelców Górskich, maszerujący z Lubomla przez Wiszniów w kierunku południowym. Nasze ubezpieczenie dało się zaskoczyć, bez wystrzału wycofało się w stronę zabudowań i nie zdążyło zawiadomić kompanii o grożącym niebezpieczeństwie. Niemcy przez nikogo nie niepokojeni weszli do środkowej części wsi z zamiarem zakwaterowania. O tym, że we wsi są Niemcy, zawiadomił „Motyla” wartownik stojący przed jego siedzibą. Ten alarmowo poderwał kompanię i brawurowo poprowadził ją do ataku wzdłuż drogi prowadzącej przez wieś. Nasz atak całkowicie zaskoczył Niemców. Szyki walczących stron się pomieszały, doszło do walki wręcz. Niemcy wycofali się do Lasu Podstawie i z niego zaczęli ostrzeliwać wieś ogniem dział i moździerzy. Rano rozpoczęli atak na wieś. Kompania zajmująca stanowiska obronne na północnym skraju wsi przywitała Niemców ogniem. Jednocześnie „Motyl” zawiadomił dowódcę batalionu „Sokoła” o zaistniałej sytuacji. Ten wprowadził do walki kompanię „Kani”, która zaatakowała lewe skrzydło Niemców. Jednocześnie dowódca zgrupowania „Gromada” mjr „Kowal” skierował do Sztunia kompanię „Mohorta”, która uderzyła w prawe skrzydło tyraliery niemieckiej. Jeden pluton od „Mohorta” uderzył też na tyły Niemców atakując ich stanowiska artylerii. Niemcy widząc, że są atakowani ze wszystkich stron, zostawiając tabory rzucili się do ucieczki. Stracili 82 zabitych. My zdobyliśmy 17 karabinów maszynowych, 90 karabinów, wiele broni krótkiej, 4 moździerze, 4 skrzynki pancerfaustów, 2 biedki z amunicją, 26 wozów taborowych i kuchnię polową. W zdobytych taborach znaleźliśmy sporo żywności, a także papierosy, środki opatrunkowe, 8 dużych i 26 małych namiotów, ponad 100 koców i wiele pałatek. W trakcie walki odbiliśmy też 6 jeńców sowieckich i strz. Władysława Czarneckiego, który w nocy dostał się do niewoli niemieckiej, gdzie w trakcie przesłuchania złamano mu palce obu rąk. Nasz kompania utraciła 7 poległych żołnierzy, w tym dwóch dowódców plutonu. Mieliśmy też 9 rannych.
Do końca 3 kwietnia i przez cały następny dzień panował względny spokój. Dała się tylko zauważyć duża aktywność nieprzyjacielskich patroli rozpoznawczych i lotnictwa. Następnie nasza kampania została zluzowana przez oddział z batalionu „Gzymsa”, a my udaliśmy się do miejscowości Wysock z zadaniem ubezpieczenia przeprawy sowieckich oddziałów partyzanckich przez Bug.
Przez następne tygodnie Władysław Filar brał ze swoją kompanią udział w ciężkich bojach jakie przyszło toczyć jej z Niemcami, którzy wprowadzili na kierunku działań nowe siły, w tym czołgi, artylerię i lotnictwo. Dywizja nie otrzymała planowanych zrzutów, na które od dawna oczekiwała.
– Odebraliśmy tylko jeden zrzut. – mówi Władysław Filar – Było to w nocy z 8 na 9 kwietnia. Nasz batalion stacjonował wtedy w Stawkach. Odpoczywaliśmy po wyczerpujących walkach będąc w drugim rzucie dywizji. Zbliżały się Święta Wielkanocne i z tej okazji obiecywaliśmy sobie przeżycia wielu miłych chwil w gronie kolegów i bliskich. Niepokoiły nas tylko wieści i odgłosy z pola walki, które były coraz bliższe. 8 kwietnia zelektryzowała nas dobra wiadomość. Mieliśmy otrzymać wreszcie długo oczekiwany zrzut. Oficerem do spraw zrzutów był nasz dowódca kompanii por. Zbigniew Ścibor-Rylski „Motyl”, który na podstawie melodii z Londynu w określonych godzinach ustalił kiedy dywizja otrzyma zrzut broni. Wyznaczone grupy do przyjęcia zrzutu rozpoczęły przygotowania i pozostawały w stałej gotowości do działania. Tej nocy nikt z nas nie spał. Z nastaniem zmroku nasłuchiwaliśmy i wypatrywaliśmy samolotów. W środku nocy usłyszeliśmy warkot samolotu, który na niskiej wysokości zataczał kręgi nad rejonem na południe od Władynopola, zahaczając o Stawki. W naszych szeregach zapanowała ogólna radość i podniecenie. – pamiętają o nas, nie jesteśmy osamotnieni. Po odebraniu zrzutu spotkało nas jednak rozczarowanie. Dokonał go tylko jeden samolot. Siłą rzeczy w zrzuconych zasobnikach zaopatrzenia było niewiele. Składało się ono z broni krótkiej, stenów, amunicji, opatrunków i leków. Nam zaś brakowało broni przeciwpancernej. Niemcy zacieśniali coraz bardziej pierścień okrążenia wokół dywizji w Lasach Mosurskich, i dywizji groziło zniszczenie. Jedynym ratunkiem było przebicie się poza pierścień okrążenia. Dla dowództwa wybór kierunku odwrotu stanowił ciężki orzech do zgryzienia.
Cdn.
Marek A. Koprowski








