Nie mieściło się im w głowach

W tym momencie zauważyliśmy na pobliskiej drodze kilka furmanek, które zbliżały się do młyna. Konie szły stępa. Wozom towarzyszyło kilkanaście osób, głównie dzieciarnia. Kolumna zatrzymała się przy młynie. Nasza ciekawość przemogła lęk. Zbliżyliśmy się do drogi. Spostrzegliśmy, że na każdej furmance siedziało po dwóch upowców, a pod płachtami leżeli na wozach jacyś mężczyźni. Ze wsi zbiegło się sporo osób, powstał tłum, który zaczął wiwatować wrzeszcząc: „Sława Ukraini! Smert Lacham!” Z wrzaskliwych i urywkowych rozmów wynikało , że na wozach leżą powiązani kolczastym drutem polscy partyzanci. Po kierunku jazdy ojciec mylnie wywnioskował, że nie mogą to być nasi z Zasmyk.

– Początkowo mimo dramatycznych wiadomości , z których wynikało, że Ukraińcy wyrzynają Polaków, mieszkańcy Radowicz, a przynajmniej znaczna ich część żyła złudzeniami wierząc, że mordy do nich nie dojdą – wspomina Feliks Budzisz. – Po prostu nie mieściło się im w głowach, że ich sąsiedzi, z którymi dobrze żyli, przyjdą w nocy ich zarżnąć. Szczególnie starsi mieszkańcy Radowicz nie wierzyli, że coś im grozi ze strony Ukraińców. Powtarzali, że oni nikomu nie zrobili krzywdy. Niektórzy Ukraińcy nie ukrywali jednak swych zamiarów. Sąsiad Bartoszewskich – Ukrainiec przyszedł do nich i zażądał, by dali mu swą mleczną krowę i trochę odzieży, bo wkrótce nie będzie im to potrzebne, a boi się, że zabiorą mu to sprzed nosa inni. Bartoszewscy mu krowę i ubranie dali i jeszcze byli wdzięczni za szczere ostrzeżenie. W Radowiczach też powstała konspiracja, której organizatorem był ppor. Henryk Nadratowski „Znicz”, mieszkający u swoich krewnych Leśniewskich.

Drukarenka wyżymaczka

– Ja oczywiście do konspiracji nie należałem, bo byłem za młody. Po latach też dowiedziałem się, że w Radowiczach przez jakiś czas funkcjonowała drukarenka tzw. „wyżymaczka”, służąca miejscowej konspiracji. Drukowano na niej m.in. odezwy do Ukraińców z apelami o przerwanie rzezi polskich sąsiadów. Były one oczywiście bardzo naiwne. Mieszkańcy Radowicz bardzo przeżyli śmierć polskich parlamentariuszy, którzy udali się na rozmowy w sztabie UPA na Wołczaku, wysłani przez władze Polskiego Państwa Podziemnego. Byli to por. Krzysztof Ruml i ppor. Krzysztof Markiewicz i ich woźnica Witold Dobrowolski. Przejeżdżali oni przez Radowicze i ludzie życzyli, żeby im się powiodło. Wkrótce radowiczanie dowiedzieli się o mordzie w kisielińskim kościele. Wiadomość tę przekazał ojciec Filipa Ożarowskiego łącznika AK z Nowego Dworu – wsi leżącej koło Kupiczowa. Organizator radowickiej konspiracji , ppor. Henryk Nadratowski „Znicz”, zamieszkujący od kilku miesięcy u swoich krewnych Leśniewskich, po wysłuchaniu relacji Ożarowskiego natychmiast przystąpił energicznie do zorganizowania wymarszu grupy zbrojnej. Na kartce napisał: „Wszyscy zagrożeni Polacy powinni udać się do Zasmyk, tam przystąpimy do zorganizowania samoobrony”. Polecenie to lotem błyskawicy dotarło do polskich rodzin Radowicz i okolicznych miejscowości, ale do masowej ucieczki do Zasmyk nie doszło.

Przerażeni ludzie

– Ludzie zdawali sobie sprawę, że drogi są pod kontrolą band UPA, a z drugiej strony brakowało im jeszcze silnej determinacji, no i żal było opuszczać swoje domostwa i skazać je na kompletną dewastację. Wielu sądziło, że może katastrofa ich ominie, nie dosięgnie… Przerażeni ludzie kryli się, gdzie tylko było można i czekali, licząc że wszystko się jakoś ułoży. Z Nadratowskim poszli do Zasmyk m.in.: Mieczysław Bednarek „Mantel”, Tadeusz Golik „Gwiazda”, Wacław Rakowski „Wicher”, Stanisław Romankiewicz „Zając”. Mieczysław Romankiewicz „Sarna”, Zygmunt Romankiewicz „Brzoza”, Jan Sobczyk „Buzdygan”, Henryk Sobczyk „Lisek” oraz Antonina Leśniewska „Wierna”, Jadwiga Leśniewska „Kozaczek”, Zenon Leśniewski „Gałązka” i Antoni Romankiewicz , ojciec ww. trzech synów. Grupie towarzyszyło kilka furmanek z rodzinami. Pierwszych dziesięciu posiadało kbk Mosin, Antoni Romankiewicz pistolet. Broń została znaleziona po ucieczce Sowietów w 1941 r. i przechowana w doskonałym stanie przez Stanisława i Mieczysława Romankiewiczów w całkowitej tajemnicy przed rodziną. Erkaemu, ukrytego przez zamordowanych braci Leśniewskich, nie udało się odnaleźć; wyorał go wiele lat później kołchozowy traktorzysta. Nasi chłopcy, sami niepewni swego losu, żegnali się ze swoimi bliskimi, rodzinami, sąsiadami, przyrzekając, że w razie potrzeby zjawią się niezwłocznie we wsi i obronią przed rezunami.

Przemarsz do Zasmyk

– Podczas przemarszu do Zasmyk, pod Piórkowiczami, doszło do pierwszego, na szczęście bezkrwawego starcia z upowcami, ćwiczącymi musztrę na drewnianych karabinach. Upowcy potraktowali Polaków butnie, obrzucając wyzwiskami. Na polecenie ppor. „Znicza”, by zeszli z drogi, zareagowali buńczucznymi uwagami. Wówczas „Znicz” wydał swoim komendę: „Do cekaemu!” Groźba (bez pokrycia, bo nie mieli tej broni) poskutkowała. Upowcy ze spuszczonymi głowami, pomrukując zeszli z drogi i oddalili się. Grupa polska bez przeszkód dotarła do bliskich już Zasmyk. Po kilku dniach od wymarszu oddziału do Zasmyk, ludność polska Radowicz zaczęła dochodzić do jako takiej równowagi psychicznej, uwalniała się od paraliżującego strachu, przystępowała do nadrabiania zaległości w obejściach i na polach. Niektórzy nabierali nawet przekonania, ze niebezpieczeństwo zostało zażegnane, bo upowcy nie odważą się już atakować ludności w obawie przed odwetem ze strony polskich partyzantów. Kilka rodzin powróciło z Zasmyk do swoich opuszczonych gospodarstw. Ukraińcom również zależało, by uśpić czujność Polaków, zwłaszcza młodzieży, która posiadała broń i była w każdej chwili gotowa jej użyć w obronie swoich rodzin.

Zbrodnie Ukraińców

– Nauczyciel Ukrainiec z Radowicz wysłał nawet list do Romankiewiczów, przebywających koło Zasmyk w Janówce, by bez obaw wracali na swoje, bo winy- przekonywał – będą im darowane. Adresaci ocenili list jako fałszywy, pokrętny i nie zdecydowali się na powrót. I mieli rację – uniknęli niechybnej zemsty ze strony UPA. Pod koniec lipca upowcy uprowadzili z Radowicz siedmiu młodych ludzi, których uwięzili w Suszybabie, gdzie mieli swoją placówkę. Uwięzionych bito i maltretowano, by wydobyć dane o konspiracji; wcześniej czy później czekała ich okrutna śmierć. Powiadomiono o tym oddział w Zasmykach. Pięciu dobrze uzbrojonych chłopców ruszyło bez zwłoki do Radowicz. Stanisław Romankiewicz z pistoletem w ręce kategorycznie zażądał od przewodniczącego selrady, Iwana Karbowskiego, wypuszczenia uwięzionych, grożąc spaleniem zabudowań Ukraińców i wymierzeniem winnym najsurowszej kary. Brawurowa akcja dała efekt nadspodziewany: wszyscy zostali wypuszczeni na wolność: Bolesław Budzisz, Tadeusz Dziedzic, Wacław Furga, Mieczysław i Tadeusz Łodejowie. Wacław Molenda i (tu nie mam pewności) Maria Tokarska. Niektórzy jeszcze tego samego dnia dołączyli do oddziału w Zasmykach. Kilka dni później partyzanci z Zasmyk udali się do swoich gospodarstw w Radowiczach po żywność dla oddziału i zbiegłej ludności. Kiedy już byli we wsi, ktoś ich powiadomił, że u Leśniewskich są upowcy z zamiarem uprowadzenia pozostałych tam jeszcze osób; przed kilkoma dniami do samotnej pani Marianny Leśniewskiej wróciła z Zasmyk córka Antonina, by pomóc w żniwach. Nasi chłopcy błyskawicznie otoczyli zabudowania z siedmioma upowcami i zażądali bezwarunkowego zwolnienia zatrzymanych oraz opuszczenia obejścia.

Ukraińskie uderzenie

– Ci sądząc, że Polaków jest więcej, bez sprzeciwu spełnili żądanie. Około 20 lipca w ukraińskich wsiach na południe od Radowicz, w Tuliczowie, Wierzbicznie, Bobłach i innych, zauważono narastający napływ UPA. Do polskich mieszkańców doszły elektryzujące, ostrzegawcze sygnały, by mieć się na baczności, a zwłaszcza noce spędzać w ukryciu. Z 23 na 24 lipca, podobnie jak dotychczas, nie nocowaliśmy w domu. Tym razem spaliśmy w życie. Łyska pozostawiliśmy na łańcuchu, by nie zdradził miejsca naszego noclegu. Rano obudziła mnie i siostrę przerażona mama. Usłyszałem w powietrzu ostry szum i głośne wybuchy na kierunku Tuliczowa i Abramowca. Dochodził stamtąd gęsty ogień z broni maszynowej. Domyśliliśmy się, że nad nami przelatują pociski artyleryjskie, wystrzeliwane gdzieś pod Turzyskiem. Nad ostrzeliwanym terenem krążył samolot. Wkrótce zjawił się ojciec i powiedział nam, że działa biją po pacyfikowanym Tuliczowie i wschodniej części Radowicz. Wyszliśmy z żyta, wpatrując się w horyzont, skąd dochodziła gwałtowna strzelanina i gdzie w błękitne niebo wzbijały się słupy czarnego dymu. Płonęły zabudowania Tuliczowa i Abramowca. Na drugi czy trzeci dzień po pacyfikacji odwiedził swoich rodaków Jan Sobczyk „Buzdygan”.

Chcieli mu zabić zięcia

– Pod wieczór poszedł w odwiedziny do sąsiada Ukraińca, Dmytra Sawczuka, niechętnego banderowcom, bo chcieli mu zabić zięcia, Iwana Kamrakowa, Rosjanina. Za poprzedniej władzy Kamrakow był milicjantem, ewakuował się przed wejściem Niemców, ale wkrótce wrócił do żony Niny, która pozostała przy rodzicach. UPA zaangażowała go, jak wielu wojskowych Rosjan, do szkolenia swoich szeregów. W czerwcu 1943 r., kiedy likwidowano wszystkich rosyjskich instruktorów, Kamrakow umknął upowskiej służbie bezpieczeństwa. Uciekając lasem koło nas, ostrzegł ojca przed niebezpieczeństwem ze strony UPA. Babcia zaniepokojona, że Janek długo nie wracał, wysłała mnie, bym jak najszybciej wywołał go do domu. Pobiegłem do Dmytra i na podwórzu zastałem taki widok: na balach siedziało wielu Ukraińców, mężczyzn, kobiet i dzieci z pobliskich zabudowań, a przed nimi stał z rękami w kieszeniach Janek i opowiadał im niestworzone rzeczy o doskonałym uzbrojeniu i dużej liczebnie zasmyckiej samoobrony, zasilanej oddziałami przybyłymi z centralnej Polski. Ukraińcom oczy wychodziły z orbit z jadowitego zdumienia i przestrachu zarazem. Gdy wracaliśmy, zapytałem, co by zrobił, gdyby go zaatakowali na podwórzu. Opowiedział, że w każdej kieszeni miał coś do obrony, jak nie granat, to pistolet.

Z kamieniem na sercu

– Żywcem nie dałby się wziąć, z czego oni dobrze zdawali sobie sprawę. Po drodze nie spotkaliśmy ani jednego banderowca, ale w Wierzbicznie było ich sporo. Już przy pierwszych zabudowaniach kilku zawzięcie dyskutowało, paru siedziało na przydrożnej łące, a nieco dalej przy okazałym domu z gankiem, przed którym stał wartownik, dwóch zatrzymywało furmanki i o coś wypytywało woźniców. Ich widok przeraził nas. Ojciec szepnął mi, bym zsunął się z wozu i poszedł obok łąką. W mig znalazłem się na skraju olszyny, ciągnącej się wzdłuż drogi. Nie spuszczając wzroku z ojca szedłem z kamieniem na sercu. Ojciec podjechał pod ganek, ale banderowiec zobaczywszy na wozie worki ze zbożem, dał znak ręką, by jechać dalej. Za zakrętem wsiadłem na wóz z niesamowitą ulgą Ojciec uśmiechnął się, szarpnął lejcami i wóz potoczył się po ubitej, gliniastej drodze. Pod młynem stało już wiele wozów w oczekiwaniu na mąkę. Ojciec, nie odzywając się do czekających chłopów, ustawił worki w długim rzędzie. Pokładliśmy się na wozie, udając śpiących. Po kilku godzinach przyszła kolej na nasze żyto, ale młynarz, wysoki, bosy dryblas, pominął je, na coś widocznie czekał, może na łapówkę.

Ogarniał nas coraz większy niepokój

– Ojciec nie interweniował, bo nie znał dobrze ukraińskiego, bał się wpadki. Czekaliśmy cierpliwie, wtuleni w słomę na wozie. Klacz zjadła obrok i chciała pić, ale wokół nie było studni ani strumyka, a udanie się do kogoś po wiadro wody mogłoby się źle skończyć. Ogarniał nas coraz większy niepokój i rozczarowanie. Czas się dłużył jak wieczność. Słońce chyliło się ku zachodowi. Mgła zaczęła spowijać pobliskie łąki. Ojciec, zrezygnowany, zaczął poprawiać uprząż przy klaczy, przygotowując zaprząg do drogi. Zdecydował się na powrót bez mąki. – Życie ważniejsze niż mąka – powiedział. W tym momencie zauważyliśmy na pobliskiej drodze kilka furmanek, które zbliżały się do młyna. Konie szły stępa. Wozom towarzyszyło kilkanaście osób, głównie dzieciarnia. Kolumna zatrzymała się przy młynie. Nasza ciekawość przemogła lęk. Zbliżyliśmy się do drogi. Spostrzegliśmy, że na każdej furmance siedziało po dwóch upowców, a pod płachtami leżeli na wozach jacyś mężczyźni. Ze wsi zbiegło się sporo osób, powstał tłum, który zaczął wiwatować wrzeszcząc: „Sława Ukraini! Smert Lacham! Z wrzaskliwych i urywkowych rozmów wynikało , że na wozach leżą powiązani kolczastym drutem polscy partyzanci. Po kierunku jazdy ojciec mylnie wywnioskował, że nie mogą to być nasi z Zasmyk.

Upowski patrol

– Wróciliśmy z trwogą do wozu. Ojciec widząc, że młyn jest pusty i bez załogi, załadował na wóz dwa worki mąki, jeszcze ciepłej i ruszyliśmy z powrotem, początkowo stępa, by nie zwracać niczyjej uwagi, a następnie za wzniesieniem pełnym kłusem. Polną drogą opuściliśmy wieś. Tymczasem księżyc wypłynął na niebo, zalewając srebrzystą poświatą przydrożne ścierniska , topole i dalekie sylwetki zagajników. Jechaliśmy w milczeniu, skuci lękiem i przygnębieni losem wywiezionych na straszną śmierć polskich partyzantów. Bałem się jak nigdy dotychczas, by się nie natknąć na jakiś upowski patrol. Włos mi się zjeżył, gdy mijaliśmy tuż przy drodze mogiłki, czyli cmentarz prawosławny. W poświacie księżyca była widoczna jak w dzień czarna kępa drzew, a wśród nich bielejące krzyże cmentarne z zawieszonymi na nich białymi chustami. Widok ten, po silnym napięciu emocjonalnym przeżytym za dnia, zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Zamknąłem oczy i zacząłem w myśli odmawiać pacierz. Ojciec jakby czuł mój lęk, przerwał milczenie pocieszając mnie, że dzisiaj mieliśmy dużo szczęścia. Jeżeli los będzie nam tak sprzyjał dalej, to przeżyjemy i najgorsze. Przed północą byliśmy w domu. Łysek wybiegł naprzeciw, skomląc z radości. Mama witała nas ze łzami w oczach.

Uratowało się dwóch

– Następnego dnia podzieliliśmy się mąką z dziadkami, czym sprawiliśmy im niemałą radość. Jak się niebawem dowiedzieliśmy, 18 sierpnia w Wierzbicznie byliśmy świadkami przewożenia przez upowców pięciu polskich partyzantów, członków zasmyckiej samoobrony, przebywających czasowo na placówce w Julianowie koło Turzyska. Upowcy, przebrani w polskie mundury wojskowe, weszli podstępnie do domu , gdzie znajdowali się Polacy. Nim się ci zorientowali, z kim mają do czynienia, na obronę było z późno. Uratowało się dwóch, wyskakując przez okno. Schwytanych upowcy przewieźli do wsi Suszybaba i tam bestialsko zamordowali. Wśród nich znalazł się nasz sąsiad Mieczysław Bednarek „Mantel”.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności