Innym razem zwiadowcy UPA usiłowali rozpoznać sytuację w Rybczy, udając patrol niemiecki. Do wioski zostali wpuszczeni, bo wiadomo, że z Niemcami nikt nie chciał i nie mógł zadzierać. Jeden z tych Niemców wydał się jakiś podejrzany. Za bardzo się rozglądał. Zatrzymaliśmy patrol i okazało się, że wszyscy jego członkowie są Ukraińcami. Ze wsi już nie wyszli. Wszyscy zostali rozstrzelani.
– Gdy ojciec wrócił, sytuacja na Wołyniu była już zmieniona radykalnie – wspomina Jan Niewiński. – Komuniści się pochowali, a wypełzli z nor nacjonaliści. Jak Sowieci uciekali, to jak wcześniej mówiłem, w rejonie naszej wsi Niemcy wzięli ich w kocioł i wytłukli do cna. Zostało po tej bitwie na okolicznych polach masa broni, którą skwapliwie pozbieraliśmy i ukryliśmy. Potem się niestety okazało, że nie zawsze właściwie. Niemcy, jak zajęli Rybczę, to ją przetrząsnęli, szukając ukrytych czerwonoarmistów. Pech chciał, że w jednej ze stodół znaleźli sześciu członków „Strzelca, ubranych w mundury. Tylko guziki z orłem były obciągnięte płótnem. W takich mundurkach w czasie sowieckiej okupacji chodziło wielu chłopaków. Niemcy, jak złapali tych w stodole, od razu zaprowadzili do dowództwa, mieszczącego się w szkole w Rybczy. Tam jakiś oficer uznał ich za bandytów i kazał natychmiast rozstrzelać.
– Wyprowadzono ich do najbliższego wąwozu i wykonano wyrok. Były to pierwsze ofiary „nowych panów” Ukrainy. Ja już w tym czasie od dawna należałem do podziemia. Na przełomie października i listopada 1939 r. przyjechał do nas do domu z Krzemieńca Henryk Sawicki, uczeń Liceum Krzemienieckiego, będący o dwie klasy wyżej ode mnie. Znałem go, bo sympatyzował z moją starszą siostrą Jadzią. Zawołał mnie do pokoju i zaproponował mi wstąpienie do konspiracji. Poinformował mnie, że właśnie powstała Służba Zwycięstwu Polski, tworzą się jej struktury i powinien do niej wstąpić. Oczywiście zgodziłem się i złożyłem przysięgę. Mogę więc powiedzieć, że do AK, bo przecież SZP, a później ZWZ były ich poprzedniczkami, należałem od początku istnienia tej organizacji na Wołyniu. Rybcza wchodziła w skład obwodu Krzemieniec. Przechodził on różne koleje losu. Najbardziej rozwinęła się , gdy na jego czele stanął por. Jan Skowronek. Mieszkał on w willi pod górą Czerczą koło Liceum Krzemienieckiego. Jako kawaler żył sam. Przywoziłem mu meldunku i odbierałem rozkazy. To on kazał mi utworzyć w Rybczy dobrze zakonspirowaną grupę AK. Wybrałem do niej czterdziestu czterech młodych chłopaków, wszystkich po wojsku. Wszyscy złożyli przede mną przysięgę.
Dowódca samoobrony
– Ja w tej grupie byłem najmłodszy, ale ponieważ miałem najdłuższy staż konspiracyjny, komendant obwodu mianował mnie jej dowódcą. Wśród tej zaprzysiężonej grupy był m.in. sołtys Franciszek Mytkowski i sekretarz gromady Marcin Mysłowski. Zadaniem naszej grupy było zbieranie broni, amunicji, prowadzenie szkolenia wojskowego. Po ogłoszeniu mobilizacji oddział miał wyruszyć do rejonu koncentracji 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty. Do tego jednak nie doszło, bo trzeba było pilnie tworzyć samoobronę przed nożami i siekierami Ukraińców. Mordy Polaków zaczęły się bowiem nasilać. Trwały one praktycznie cały czas, ale nikt nie wiedział, co oznaczają. Miały one charakter pojedynczy i wszyscy uważali, że wynikają one z motywów osobistych z zadawnionych porachunków. Nikt nie odbierał tego jednak jako szerszej akcji, dążącej do unicestwienia żywiołu polskiego na Wołyniu. Od 1942 r. nocą po wsi krążył dwuosobowy patrol, który w razie niebezpieczeństwa miał ostrzec jej mieszkańców. Pełnili go na zmianę kolejno wszyscy gospodarze. Pierwszym poważnym ostrzeżeniem, że mordów nie wolno lekceważyć był napad na majątek Liceum Krzemienieckiego w Tetylkowcach, znajdujący się oczywiście pod zarządem niemieckim. W nocy z 19 na 20 marca 1943 r. bojówka UPA wtargnęła do domu administratora majątku Leona Czepielewskiego i zamordowała go niemal wraz z całą rodziną, m.in. jego rodzicami i bratem. Uratowała się ranna żona Czepielewskiego Olga i ich 3,5 roczne dziecko. Tej samej nocy upowcy zamordowali również kowala Franciszka Malczewskiego.
Jak bronić Rybczy?
Poinformowałem o tym w Krzemieńcu Skowronka. On wtedy polecił mi na bazie oddziału AK w Rybczy sformowanie samoobrony. Nie było to łatwe, bo na skutek reformy rolnej, przeprowadzonej w latach 1935-1936 wieś zmieniła swój wygląd. Grunty, należące do wszystkich gospodarstw zostały skomasowane. Te, które miały mniej niż 5 ha ziemi, otrzymały jej dodatkowy nadział z majątku należącego do Liceum Krzemienieckiego. Po 1936 r. nie było w Rybczy gospodarstwa, posiadającego mniej niż 5 ha gruntów. Dostając ziemię w jednym kawałku, gospodarze rozbierali swoje zabudowania, budując je na nowo przy swojej ziemi. W rezultacie tego jednak Rybcza, która była dotychczas wsią skoncentrowaną, rozciągnęła się na długości niemal 10 km i zaczęło do niej należeć sporo futorów. Sytuacja ta miała swoje plusy i minusy. Duże rozciągnięcie umożliwiało obserwację sporej części terenu, ale z drugiej strony ogromnie utrudniało zorganizowanie skutecznej obrony miejscowości. Musieliśmy się na coś zdecydować. Priorytetem dla nas stało się przede wszystkim ocalenie ludności. Utworzyliśmy dwa bastiony obronne. Jeden w oparciu o murowaną szkołę, a drugi odległy o jakiś kilometr od niej, bazujący na naszym gospodarstwie. Jako jedyne we wsi miało ono murowane budynki, kryte blachą i dachówką. W obu punktach na noc miała się gromadzić ludność z najbardziej odległych gospodarstw miejscowości.
Dwa punkty obrony
– Oba bastiony były przygotowane do obrony okrężnej. Zorganizowano wokół nich stanowiska ogniowe, połączone rowami strzeleckimi, pobudowano schrony i bunkry. Schronienia w szkole mógł szukać każdy. Natomiast w naszym gospodarstwie tylko wytypowane rodziny w ten czy inny sposób związane z konspiracją. W nim bowiem mieściło się jej centrum. Działał tu m.in. zakład rusznikarski, w którym remontowano i czyszczono broń. Tu odbywały się różne spotkania i narady, o których nie każdy musiał wiedzieć. Większość mieszkańców Rybczy nie wiedziała, że samoobrona jest oparta na AK i, że ja jestem dowódcą oddziału, działającego w wiosce. Choć cała samoobrona podlegała mnie, to ze względów operacyjnych dowodziłem jej bastionem wokół naszego gospodarstwa, a nad bastionem „szkolnym” pieczę sprawowali wymienieni wcześniej Franciszek Mytkowski i Marcin Mysłowski. Staraliśmy się od samego początku zdobyć jak najwięcej broni. Broń pozbierana w 1941 r. na pobojowisku koło Rybczy, nie zawsze niestety nadawała się do użytku. Niektóre sowieckie karabiny, zakopane w ziemi, bez odpowiedniego zabezpieczenia zardzewiały. Staraliśmy się je naprawiać i dorabiać brakujące elementy. Pomagał nam w tym wachmistrz Henryk Butyński, który w przypadku wymarszu plutonu na koncentrację był przewidziany na jego dowódcę.
Karabiny od Landwirta
– Na stałe mieszkał on z rodziną w Krzemieńcu, a do nas przyjeżdżał na tydzień, dwa. Z zawodu był on kowalem i podkuwaczem koni, znającym się na rusznikarstwie. Dorabiał części do karabinów, które ja następnie przestrzeliwałem na polu, żeby sprawdzić, czy nadaje się do użytku. Było to zajęcie niebezpieczne. W Katerburgu stacjonował pluton żandarmów. Jak tylko usłyszeli strzały, zaraz do Rybczy przyjeżdżał ich patrol i pytał – kto strzelał? Dalsze przedłużanie tej sytuacji mogło być groźne. Musieliśmy za wszelką cenę zdobyć legalną broń, służącą jako przykrywka dla nielegalnej. Pojechałem do Krzemieńca, w którym mieszkała moja najstarsza siostra Jadzia. Poprosiłem ją, by poprzez sekretarza Landwirta Stanisława Wolkusza wyjednała dla Rybczy przydział broni. W Wielki Czwartek 1943 r. do Rybczy przyjechał patrol niemiecki, który przywiózł 14 krótkich francuskich karabinków kawaleryjskich, a także po 20 nabojów do każdego z nich. Wraz z bronią, jak się to teraz mówi w pakiecie, Niemcy przywieźli jeszcze śląskiego volksdeutscha, takiego pana Schramka, któremu Landwirt polecił zorganizować oddział Schutzmanschaffen, czyli niemieckiej policji pomocniczej.
Fala uciekinierów
– Powstała dziwna sytuacja. Musieliśmy go jakoś zneutralizować. Wykorzystaliśmy do tego mojego wujka Stefana Gołębiowskiego osadnika Białozórki, który schronił się do Rybczy przed ukraińskimi nożami. W sprawy konspiracji nie został wciągnięty, bo lubił sobie popijać i ojciec nie czuł do niego sympatii. Postanowiliśmy umieścić go w szkole na poddaszu, na którym były dwa pokoje. W jednym zamieszkał on, a w drugim Schramek. Jednocześnie oficjalnie mianowaliśmy wuja Gołębiowskiego dowódcą samoobrony w Rybczy. To on oficjalnie podpisał odbiór tych dwunastu karabinków, przywiezionych przez Niemców. Zaczęły więc funkcjonować dwa kierownictwa samoobrony, oficjalne i konspiracyjne. Zadaniem szefa oficjalnego było rzecz jasna tylko upijanie Schramka, żeby za bardzo nie chodził po wsi i nie węszył. W tym czasie nasza miejscowość gwałtownie zaczęła się zaludniać uciekinierami z mordowanych okolicznych miejscowości. Pierwsza ich fala ruszyła najpierw do Krzemieńca, który jako miasto powiatowe wydawał się najbezpieczniejszym schronieniem. Niemcy zaraz tę grupę podzielili. Młodzież wywieźli na roboty do Niemiec, starców i dzieci pozostawili. Druga fala już do Krzemieńca się nie kierowała, tylko przyjechała do Rybczy. W sumie latem 1943 r. we wsi mieszkało około trzech tysięcy osób!
Ograniczyć epidemię
– W czerwcu 1943 r. w efekcie przeludnienia i braku odpowiednich warunków higienicznych we wsi wybuchła epidemia tyfusu i czerwonki. Nie dysponowaliśmy niestety odpowiednią ilością środków dezynfekcyjnych, opatrunkowych i mydła. Z ramienia Komitetu Opieki nad Uchodźcami w Krzemieńcu do Rybczy przyjechała Irena Sandecka i podjęła działania, mające ograniczyć epidemię. Problemy sanitarne nie były jedynymi, z którymi musieliśmy się borykać. Kłopotów dostarczał nam również Schramek. Nasze gospodarstwo wydało mu się podejrzane. Dwukrotnie spowodował przyjazd do niego niemieckich żandarmów, którzy przeprowadzili w nim rewizję. Na szczęście nigdy nic w nim nie znaleźli. Schramek usiłował też tworzyć oddział schutzmannschafen, werbował chłopaków. Na jego potrzeby Niemcy przywieźli jeszcze osiemnaście belgijskich karabinów z I wojny światowej. Była to broń przestarzała, ładowana pod lufę i pełniła funkcję dekoracji. Karabiny te ustawiliśmy na stojakach w szkole. Nigdy jej nie używaliśmy, mieliśmy wystarczającą ilość własnej. Dzięki niemieckiej broni mogliśmy bez obaw przestrzeliwać swoją. Niemcy, jak usłyszeli strzały w naszej okolicy, to już się nimi nie interesowali. Nasza wieś znajdowała się stale pod obserwacją UPA.
Sprawdzali czujność
– Do lutego 1943 r. przez naszą wieś, przez którą biegł trakt jampolski bardzo uczęszczany stale jeździli Ukraińcy z okolicznych wsi. Od lutego to się wszystko urwało i przez Rybczę nie przejechała ani jedna ukraińska fura. Ukraińscy gospodarze korzystali z dłuższej, okrężnej i gorszej drogi. Był to dla nas znak, że stajemy się samotną polską wyspą, izolowaną przez Ukraińców. Jak Ukraińcy zorientowali się, że utworzyliśmy samoobronę, sprawdzali kilkakrotnie naszą czujność. Robili taki numer. Puszczali nocą konia z wozem z lejcami przywiązanymi do kłonicy. Chcieli w ten sposób sprawdzić, czy wieś jest pilnowana, czy nie. Jeżeli bowiem koń z wozem spokojnie przejechałby wieś, znaczyłoby to tyle, że nikt w niej nie czuwa i można spokojnie zająć ją nagłym uderzeniem. Dwukrotnie takie puste furmanki zatrzymywaliśmy, doprowadzając pewnie ubowców do wściekłości. Sprawili nam bowiem niechcący prezent. Upowcy przysyłali też swoich szpiegów, żeby rozpoznali nasze siły. Nie wiem, czy wszystkich udało się nam wyłapać, ale trzech złapaliśmy. Placówka wysunięta na południe zatrzymała którejś nocy studenta ze Lwowa, usiłującego zakraść się do wioski.
Nie dać się zaskoczyć
– Został zaprowadzony do szkoły i wsadzony do zaimprowizowanego aresztu, mieszczącego się w piwnicy. Cztery dni go przesłuchiwaliśmy, nie powiedział nic. Gdy na piąty dzień prowadzono go na przesłuchanie, usiłował uciekać. Dostał kulę, ginąc na miejscu. Innym razem zwiadowcy UPA usiłowali rozpoznać sytuację w Rybczy, udając patrol niemiecki. Do wioski zostali wpuszczeni, bo wiadomo, że z Niemcami nikt nie chciał i nie mógł zadzierać. Jeden z tych Niemców wydał się jakiś podejrzany. Za bardzo się rozglądał. Zatrzymaliśmy patrol i okazało się, że wszyscy jego członkowie są Ukraińcami. Ze wsi już nie wyszli. Wszyscy zostali rozstrzelani. By nie dać się zaskoczyć, stale musieliśmy być skoncentrowani i trwać w pogotowiu. To zaś nie było łatwe. Gdy członkowie konspiracji ostrzegali, że atak UPA może nastąpić lada chwila, to ludzie brali się w garść. Jak UPA nie uderzała, to wśród mieszkańców wsi następowało rozprzężenie i przestali dostrzegać zagrożenie. Gdy spokój panował dłuższy czas, to ludzie już i na warty nie chodzili, tak jak trzeba, a ci z gospodarstw najdalej położonych nie przyjeżdżali do centrum wsi, tylko w nich nocowali. Jak chodziłem kontrolować posterunki, to zastawałem ich członków, grających w karty, albo z dziewczynami pijących bimberek! Gdyby wtedy UPA uderzyło, to czapkami by nas nakryło. Musiałem to jakoś dyscyplinować.
Wybiegi dowódcy
– Najczęściej odbywało się to następująco. Brałem ze sobą dwóch adiutantów – Zygmunta Kosa i Newskiego. Szliśmy od strony, od której panował największy rozgardiasz, puszczaliśmy serię z automatu, przeciskaną pociskami świetlnymi. Robiło to piorunujące wrażenie. Wszyscy, którzy zaniedbywali środki ostrożności, nagle podrywali się. Ci, którzy do tej pory nie przejechali w rejon szkoły, biegiem pędzili w jej stronę. Matki łapały dzieci, mężczyźni zaprzęgali furmanki. Wszyscy myśleli, ze napastnicy są tuż, tuż i zaraz zacznie się rzeź. Czasami mam wyrzuty sumienia, że byłem przyczyną takiego alarmu, ale innego wyjścia nie było. Po takim gwałtownym poderwaniu przez kilka tygodni wszystko w samoobronie chodziło jak w zegarku. Nikt nie kwestionował zarządzeń dowództwa samoobrony. Dzięki temu Rybcza przetrwała, a w maju 1943 r. w dekanacie krzemienieckim, do którego Rybcza należała, szereg parafii już nie istniało. Przestała m.in. istnieć parafia Kąty. Choć obroniła się ona przed atakiem, ponosząc straty, to jej mieszkańcy opuścili wieś i przenieśli się do Krzemieńca. Same Kąty zostały przez UPA spalone.
Odważny ksiądz
– Mocno ucierpiały też parafie Szumsk, Dederkały i Szumbar. W Katerburgu trwał na posterunku ks. Dominik Wyrzykowski, który jeszcze przed wojną został w niej proboszczem. Kapłan ten, urodzony w 1885 r. i wyświęcony w 1913 r. nie bał się Ukraińców. Mieszkał sam z gospodynią Teresą, starsza osobą. W tym czasie w Katerburgu mieszkali już tylko sami Ukraińcy. Ks. Dominik, ponieważ tam była siedziba parafii, nie chciał opuszczać Katerburga. Odprawiał mszę, dzwonił na Anioł Pański. Codziennie dawał znać, że parafia w Katerburgu na przekór trudnej sytuacji istnieje.
cdn
Marek A. Koprowski







