Jeszcze przed zainstalowaniem „Polski Ludowej” komuniści przystąpili do tworzenia swojego aparatu przemocy i (nie)sprawiedliwości.

Pierwsze instytucje, jakie do tego były przeznaczone, to Informacja Wojskowa (IW – czyli bezpieka w wojsku) oraz wojskowe sądownictwo. Miało to miejsce wraz z utworzeniem w Sowietach dywizji „polskiej” pod dowództwem zdegradowanego do stopnia szeregowca, wydalonego z wojska (tworzonego w Sowietach przez gen. Władysława Andersa) i skazanego na karę śmierci za dezercję Zygmunta Berlinga. Stalin mianował go generałem, jako swojego zaufanego sługę.

Obie te instytucje zyskały od początku bardzo ponurą sławę. Informacja Wojskowa od początku (czyli od maja 1943 r.) była sowiecka, nawet nominalnie nie tworzono pozorów jej polskości, albowiem kadrę stanowili wyłącznie oficerowie sowieccy (tzw. popi, czyli „pełniący obowiązki Polaków”). Pierwsza grupka funkcjonariuszy polskiego pochodzenia (choć niekoniecznie polskiej narodowości), pojawiła się dopiero latem 1944 r., po roku jej funkcjonowania, ale byli to wyłącznie kierowcy, kucharze i tłumacze. Było ich zaledwie siedemnastu. Reszta to doświadczeni oficerowie sowieckiego Smiersza. Zadaniem IW nie była jednak klasyczna funkcja kontrwywiadowcza, ale zwalczanie „wrogów klasowych” w szeregach „ludowego” wojska. Uzupełnieniem aparatu śledczego IW było komunistyczne sądownictwo wojskowe, początkowo dywizyjne, następnie pospiesznie rozbudowywane, albowiem skala prawdziwych i urojonych zagrożeń rosła w zastraszającym tempie. Od początku istnienia Polski Ludowej, czyli od lipca 1944 r., trwało stałe „udoskonalanie” zbrodniczych instytucji i obarczanie ich coraz bardziej licznymi obowiązkami. Rzeczą całkiem naturalną było wyznaczanie z góry liczby ujętych i osądzonych przeciwników, dodajmy – liczby stale rosnącej, albowiem w myśl założeń samego Józefa Stalina, w miarę umacniania ludowej władzy walka klasowa nie słabła, wprost przeciwnie – zaostrzała się.

Nie matura, lecz chęć szczera

Zadaniem aparatu śledczo-sądowego była ścisła współpraca w zakresie ujawniania „wrogów ludu” i ich eliminacja ze społeczeństwa. Sądownictwo wojskowe (garnizonowe, dywizyjne, okręgowe…) oraz dodatkowo powołany sąd Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (formacji umiłowanej przez tow. mjr. Zygmunta Maurycowicza Baumana i jego dzisiejszych wysoko postawionych protektorów) przestały wystarczać. Na początku 1946 r. komuniści utworzyli w okupowanej Polsce profesjonalnie z pozoru zorganizowane sądownictwo wojskowe oraz właściwe prokuratury, które miały się zająć przyspieszonym procederem eliminacji ze społeczeństwa prawdziwych i domniemanych przeciwników. Były to wojskowe prokuratury rejonowe oraz wojskowe sądy rejonowe (ich zakres działania to ówczesne województwa). Na początku powoływano do nich nawet oficerów z przeszłością AK-owską, o ile byli prawnikami i gwarantowali absolutną lojalność wobec swoich nowych przełożonych. Od początku jednak nacisk został położony na produkowanie (tak, produkowanie, a nie prawdziwe kształcenie) kadr własnego chowu. Służyły temu przyspieszone kursy w przyspieszonych średnich szkołach prawniczych. Pierwszą z nich kierowała osławiona Maria Gurowska vel Górowska (z racji być może złej znajomości polskiej gramatyki podpisywała się różnie) z domu Zand. To ona skazała gen. Augusta E. Fieldorfa na śmierć w sfingowanym procesie politycznym.

W 1948 r. powołana została Centralna Szkoła Prawnicza im. Teodora Duracza. Z założenia miała się stać dwuletnią… szkołą wyższą, a od kandydatów wymagano formalnego wykształcenia średniego. Ale ponieważ to wyłącznie partia kierowała do niej kandydatów, powszechnie zwalniano z tego wymogu towarzyszy, którzy „swoją dotychczasową pracą społeczno-polityczną wykazywali przygotowanie do rozpoczęcia nauki w tego rodzaju szkole”. Było to przyuczenie do zawodu, ale większy nacisk kładziono w niej na szkolenie ideologiczne i bezgraniczną lojalność absolwentów, których partia komunistyczna kierowała przecież na front walki z reakcją.

Przyjmowano dwie podstawowe kategorie słuchaczy. Pierwszą z nich byli działacze partyjni, pochodzący ze sprawdzonych rodzin, często mających zasługi dla komunizmu jeszcze w okresie międzywojennym (czyli odpowiedni staż w Komunistycznej Partii Polski i jej przybudówkach). Jeden z absolwentów tych kursów przyznał, że „kryteria doboru sędziów wojskowych były szczególnie zaostrzone. […] należyte wykonywanie zawodu sędziego uzależnione było nie tylko od kwalifikacji zawodowych, ale także od rozmiarów ideowego zaangażowania w praktycznym działaniu”.

Drugą kategorią byli „wydwiżeńcy”, w Polsce popularnie zwani „awansem społecznym”. Od nich wymagano bezgranicznej dyspozycyjności. W drobiazgowych instrukcjach, omawiających wymagane „kwalifikacje” kandydatów, wskazywano wprost, że jeśli to możliwe, nie prowadzić naboru nawet wśród osób pochodzących z rodzin robotników wykwalifikowanych, należy opierać się przede wszystkim na robotnikach niewykwalifikowanych, czyli mówiąc wprost – lumpenproletariacie. Decydowała o tym Specjalna Komisja Personalna, która za elementy „obce klasowo” uznała nawet… „synów robotników wykwalifikowanych, takich jak ślusarze i kowale fabryczni, szewcy, cieśle i kominiarze”.

Prawnicy czasu bezprawia

Od świadomych towarzyszy wymagano jednak więcej, i to oczywiście uzyskiwano. Stefan Michnik, późniejszy osławiony sędzia wojskowy (w tym sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego), w prośbie o przyjęcie do tej szkoły pisał: „Moje przekonania polityczne odzwierciedliły się w tym, że od roku 1947 jestem członkiem partii i znalazłem się na szkole która kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu”.

No i się kształcił… Przede wszystkim wkuwał na pamięć Kodeks Karny Wojska Polskiego zatwierdzony dekretem PKWN z 23 września 1944 r., w którym najczęściej określoną karą za „przestępstwo wojskowe” była kara śmierci. Według jednego z sędziów wojskowych z tamtego okresu, KKWP „był w rękach sędziów sprawnym narzędziem pokonywania oporu obalonych klas oraz umacniania ładu i porządku ogólnospołecznego i wojskowego, a w szczególności zdał w pełni niezwykle trudny egzamin”. Do tego były szkolenia dodatkowe, w których ideologia mieszała się z pozorami prawa. Jeden z prawniczych ideologów tamtego okresu, płk Marian (?) Muszkat, uznał, że sąd w swym postępowaniu musi uznać, że do każdego przepisu należy stosować odpowiednią, czyli marksistowską wykładnię, a jej istotą jest „dobro demokracji ludowej”. Jeśli zaś któryś z przepisów tych warunków nie spełnia, po prostu nie może być stosowany. Inny ówczesny koryfeusz stalinowskiego prawa, płk Leo Hochberg wymyślił, że szeptana propaganda (czyli mówiąc wprost: plotki) jest zbrodnią stanu, zagrożoną najcięższymi karami!

Młodszy brat stalinowskiego niszczyciela nauki w Polsce Adama Schaffa, Leon Schaff, wymyślił bardzo szeroką wykładnię komunistycznego terroru. W wydanym w 1950 r. podręczniku „Polityczne założenia wymiaru sprawiedliwości w Polsce Ludowej” (uznanym za rozprawę doktorską! – wtedy wszystko było możliwe) wprost postulował, aby przeciwników politycznych z góry pozbawiać praw obywatelskich, co pozwoli stosować wobec nich uproszczone procedury w postaci „metod pozasądowych”. Klasyczne postępowanie bowiem, polegające na śledztwie, badaniu „dowodów”, wreszcie oskarżeniu i skazywaniu jest zbyt długie i żmudne, z którym sądy nie mogą się uporać szybko i skutecznie. Z tego powodu dokonał bardzo swoistego podziału społeczeństwa: na „ludzi” (czyli bardzo szeroko rozumianą „klasę robotniczą”, w szeregach której mieli się mieścić także tacy osobnicy jak on, nigdy nie parający się pracą) oraz „byłych ludzi”, których można będzie eliminować metodami pozaprawnymi.

Czy nie było to powielenie doktryny niemieckiego nazizmu, która wyróżniała „ludzi” oraz pozbawionych wszelkich praw „podludzi”? Tylko z racji niedawnych zaszłości Leon Schaff nie posłużył się tym samym językiem, ale istota sprawy była ta sama. Można nawet uznać, że marksistowski teoretyk posunął się jeszcze dalej, albowiem „podludzie” mieli jednak coś wspólnego z ludźmi, a „byli ludzie” już nie.

Powyższa „doktryna prawna” była stale rozwijana i komuniści coraz bardziej odkrywali karty, nie siląc się już na jakiekolwiek zasłony dymne i stwarzanie choćby pozorów praworządności. Na przykład Tadeusz Rek (wiceminister sprawiedliwości, skomunizowany ludowiec) w pracy wydanej w 1953 r. pt. „Adwokatura, jej funkcje i oblicze” napisał: „Adwokatura w pierwszych latach po wyzwoleniu jest ciałem obcym, tkwi na pozycjach kapitalizmu […]. Tylko nieliczni […] przełamują szkodliwe nawyki, stają do pozytywnej pracy. Rady Adwokackie, ogólnie biorąc, ograniczają się do załatwiania drobnych spraw, traktują swe zadania formalnie. W kancelariach adwokackich – wobec klientów i na salach rozpraw – wobec sądu i publiczności niejednokrotnie rozlegają się słowa nabrzmiałe wstecznictwem, niewiarą i niechęcią w stosunku do zachodzących przezmian, obcością i wrogością do demokracji ludowej”. Stąd już był tylko mały krok na drodze „postępu” – uznał, że rolą prokuratora, sędziego i adwokata jest… współdziałanie w procesie skazania oskarżonego, który z góry, przez sam fakt aresztowania go przez organa bezpieki lub Informacji Wojskowej, jest winny. Nic dziwnego, że kwalifikacje obrońców wojskowych oceniali najbardziej zaufani oficerowie UB. W Warszawie np. robił to ppłk Ryszard Nazarewicz, wiceszef Miejskiego Urzędu UB, po delegacji z resortu do „nauki” gorliwy gloryfikator utrwalania władzy ludowej.

Kaci i ofiary

Mając tak kwalifikowane kadry komunistycznej (nie)sprawiedliwości oraz urządzony na wzór sowiecki aparat śledczy (UB i Informacja Wojskowa), komuniści mogli być pewni, że eliminacja „wrogów ludu” będzie pośpieszna, masowa i skuteczna. I była. Na karę śmierci skazano tysiące ludzi – była to prawdziwa polska elita wojskowa, naukowa, polityczna. To przecież oni mogli i powinni po zakończonej wojnie odbudowywać Rzeczpospolitą Polską, bo mieli do tego prawo i kwalifikacje. Prawa i życia ich jednak pozbawiano. Setki tysięcy ludzi zostało skazanych na długoletnie kary więzienia, co przecież też było eliminacją ze społeczeństwa. Nawet później, po opuszczeniu zakładów karnych, byli obywatelami drugiej i dalszej kategorii, bez możliwości i prawa wykonywania zawodu, a nawet kształcenia dzieci.

Ich prześladowcy oraz zbrodniarze sądowi pozostali całkowicie bezkarni. Niektórzy wyjechali do Izraela w 1956 lub 1968 r., większość jednak pozostała na miejscu i po 1956 r., gdy bezpośredni terror faktycznie zelżał (bo już nie bardzo było kogo mordować), zajmowali eksponowane miejsca w zawodach prawniczych (sędziów, prokuratorów i adwokatów), a także na kierunkach prawniczych na wyższych uczelniach (często nie mając do tego formalnych kwalifikacji). Wychowywali następne pokolenia tak, jak sami byli wychowani, w duchu posłuszeństwa graniczącym ze służalczością wobec kolejnych ekip władzy komunistycznej.

Kiszczak – oprawca z Informacji wojskowej

Po 1989 r. nic się nie stało – uczestnicy Okrągłego Stołu (z obu stron) uznali, że istnieje ciągłość prawna III RP z Polską Ludową, czyli ci ludzie objęci są… immunitetem prawniczym. I nie zrobiono rzeczy podstawowej – nie uznano wszystkich wyroków politycznych wydanych przez stalinowskie sądy za nieważne z mocy prawa. A argument był (i nadal jest) bardzo mocny – to sądownictwo funkcjonowało bez podstaw prawnych nawet tamtego ustroju! Wobec tego ofiary oraz ich rodziny w III RP musiały udowadniać (niekiedy przez ponad dwie dekady!), że zostały skazane niewinnie. Często byli traktowani niezwykle obelżywie, jak np. wdowa po człowieku, którego osobiście przesłuchiwał w 1952 r. kpt. Czesław Kiszczak, jako oficer osławionej Informacji Wojskowej. Zachowało się podanie jej męża, w którym opisał swoją gehennę: „Kiszczak powiedział dwa słowa: na kafelki. […] przez ponad dwa miesiące mnie przesłuchiwali […] jedzenie w aluminiowej misce kładli na ziemię, żeby mnie upodlić i porównać do psa. Nie widziałem światła dziennego…”. Jedyną winą oskarżonego było to, że wziął potajemnie ślub kościelny, a wówczas służył w wojsku. Ciężkie represje, jakie go spotkały, były motywowane jego „wrogością klasową”. Wdowie odmówiono uznania go za represjonowanego z przyczyn politycznych. W 1996 r. prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej nie dopatrzył się… „elementów niesłusznej represji politycznej w stosunku do oskarżonego”! Czyli uznał, iż represje były jak najbardziej słuszne i zakazał jej dalszej korespondencji, uznając, że każdy następny jej list „pozostanie bez odpowiedzi”. I pozostał.

W 1992 r. oficer NSZ z Lubelszczyzny, torturowany kilka lat przez bezpiekę i skazany na długoletnie więzienie, w III RP doczekał się… potwierdzenia stalinowskiego wyroku. Wojskowi sędziowie (oficerowie, którzy swe kariery robili jeszcze w „minionym okresie”) wyszli ze słusznego formalnie założenia, że „uznaje się za nieważne orzeczenie, jeżeli czyn zarzucony bądź przypisany był związany z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”. Ale oficer ów działał podczas wojny, gdy… „w tym konkretnym momencie historycznym państwo polskie jako takie nie istniało”! Czyli jego działalność nie miała żadnego sensu?

Ich prześladowcy dożywali swoich dni w ciszy, spokoju i dobrobycie, na koniec ciesząc się pogrzebem państwowym, asystą wojskową w postaci kompanii honorowej WP, ceremoniałem należnym osobom szczególnie zasłużonym dla Polski. Wielu z nich pochowano tuż przy jamach cmentarnych, do których wcześniej wrzucano skazanych przez nich i zamordowanych Żołnierzy Wyklętych, albo wprost na nich.

Na szczęście coraz bardziej upominamy się o szacunek dla tych, którzy naprawdę na to zasłużyli. A o zbrodniarzach i katach naszych bohaterów musimy pisać prawdę i upowszechniać ją, aby to wszystko nie poszło w niepamięć.

Leszek Żebrowski

„Nasz Dziennik”




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

5 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    rozycki :

    Tak.
    Tylko na kogo głosowało społeczeństwo zaraz po ’89 roku jeśli nie na komucha Kwaśniewskiego?
    Jeszcze w pierwszej kadencji musiał stawać do drugiej tury, ale już w drugiej wygrał za pierwszym razem. Zaledwie w kilka miesięcy po tym jak ten degenerat wsławił się swoim popisem na grobach bohateròw! Miał takie poparcie, że oczywistym jest fakt iż musiał zdobyć dużo głosów polskich ” katolików”! To się dopiero nazywa moralne upodlenie Narodu!

  2. Avatar
    zefir :

    To co w poblikacji znam w znacznym stopniu z autopsji i rodzinnych doświadczeń.Myślę,że to doskonała publikacja dla młodszych pokoleń zainteresowanych poznaniem atmosfery życia swych rodziców i dziadków.Z tymi przykładowo „pełniący obowiązki Polaków”,to nie żarty,to fakty historyczne.Moim zdaniem w publikacji zbyt mało i jednoznacznie wskazano na „doniosłą” rolę niejakich jewrojów w katowaniu,dosłownie w katowaniu Polaków w okresie powojennym.