Hitler Wyzwolitiel

Pierwsze polecenie, jakie dostał od Niemców dotyczyło jego wąsów. Musiał je zgolić, bo z nimi wyglądał jak Stalin. Wszyscy, którzy nabyli popiersia Lenina i Stalina szybko się ich pozbywali. Zastępowali je tryzubem i zdjęciami Hitlera z podpisem “Hitler wyzwolitiel”, dostarczanymi przez Niemców.

Ukraińców w Kisielinie, tak jak pewnie w większości miejscowości przez nich zajętych ogarnął szał – wspomina AnielaDębska. – Spodziewali się teraz, że Niemcy dadzą im samostijną Ukrainę. Samorzutnie utworzyli milicję, która chodziła w cywilnych ubraniach tylko z opaskami żółto-niebieskimi. Jej członkowie chodzili grupą po ulicach Kisielina i śpiewali: „Smert, smert Lacham, smert żydowsko-moskowskyj komuni”. Sąsiedzi Ukraińcy przestali się kłaniać i odpowiadać na pozdrowienia Polakom. Demonstracyjnie udawali, że nie rozumieją po polsku itp. Zaczęli też kraść w polskich gospodarstwach. U mojego ojca ukradli z pola wszystkie mendle świeżo skoszonej pszenicy. Tej jakości ziarna nie miał nikt w okolicy. Czekaliśmy , który z gospodarzy po wymłóceniu użyje go do obsiania pól jesienią. W następnym roku pszenica, która do tej pory rosła tylko na polu ojca, pojawiła się na polu niejakiego Daciuka z sąsiadującego z Kisielinem chutoru. Jednocześnie jednak Ukraińcy zaczęli dokonywać skrytobójczych mordów Polaków. Stale się słyszało, tu ktoś zginął, tam kogoś porwano, tam znaleziono kogoś zmasakrowanego itp. Jeszcze zanim Niemcy ustanowili swoją administrację w Kisielinie, grupa kilku hitlerowców i kilkunastu Ukraińców rozstrzelała 35 osób, w tym dwóch Ukraińców. Jednym z nich był Nikifor Kozaczuk, stróż magazynu zbożowego znany w całej okolicy z tego, że często zmieniał poglądy. Jak mi opowiadał ojciec, służył on w carskiej „ochranie”, brał udział w ruchu petlurowskim, agitował za komunistami podczas najazdu bolszewików w 1920 r.

Przygotowywał mordy

– Potem stał się propolski, ale jednocześnie udzielał w swoim domu gościny oddziałowi „Proświty”, który prowadził w nim świetlicę , szerzącą w Kisielinie ukraiński nacjonalizm. Po wejściu bolszewików w 1939 r. ponownie stał się komunistą. Od 22 czerwca 1941 r. znów przywdział szaty nacjonalisty. Chciał się wkupić w łaski OUN, przygotowując listy proskrypcyjne Polaków. To on miał przygotowywać mordy Polaków w Łokaczach. W Kisielinie nie zdążył, bo jego współtowarzysze nie mający zaufania do stałości jego poglądów uznali, że trzeba go rozstrzelać. W Kisielinie Niemcy ustanowili swoją cywilną władzę w końcu lipca 1941 r. Oparli ją oczywiście na Ukraińcach. Nie znaczy to jednak, że w pełni im ufali i oddali im całe zarządzanie terenem. Traktowali ich jak swoich pachołków. Na czele powiatu horochowskiego stanął Gebietskomissar Harter. W Kisielinie powstał rejon, na czele którego stanął niejaki Czornysz, który przed wojną nazywał się Czernysz. Przy rejonie powstał też posterunek milicji ukraińskiej, składający się z trzydziestu kilku ludzi. Jego komendantem został niejaki Labor, pochodzący z południowej części powiatu, tak jak wszyscy podlegli mu podwładni. Sołtysem Ukraińcy wybrali Jefrema Padlewskiego. Pierwsze polecenie, jakie dostał od Niemców dotyczyło jego wąsów. Musiał je zgolić, bo z nimi wyglądał jak Stalin. Wszyscy, którzy nabyli popiersia Lenina i Stalina szybko się ich pozbywali. Zastępowali je tryzubem i zdjęciami Hitlera z podpisem „Hitler wyzwolitiel”, dostarczanymi przez Niemców. Położenie ekonomiczne mieszkańców Kisielina, tak jak wszystkich okolicznych pogorszyło się jeszcze bardziej. Niemcy udoskonalili bowiem jeszcze bardziej sowiecki system grabieży żywności.

Wprowadzili kontyngenty

– Wprowadzili kontyngenty i tzw. karty przemiałowe. Te ostatnie upoważniały ich właścicieli do zmielenia na swoje potrzeby określonej ilości zboża. By ją otrzymać, każdy musiał oddać kontyngent, otrzymując symboliczna zapłatę, wystarczającą na zakup ćwiartki wódki. Jeżeli ktoś kontyngentu nie oddał, w ogóle karty nie dostawał i nie mógł zemleć mąki w młynie i nie miał z czego wypiec chleba. Mógł ratować się łapówką daną młynarzowi, albo żarnami, o ile posiadał. Większość gospodarzy zawsze dawała łapówki młynarzom, by mieć więcej dobrej mąki dla rodziny. Oprócz braku pożywienia, ludziom dokuczały choroby będące konsekwencją jego braku. Pogorszył się także stan sanitarny, co wynikało z braku mydła. Niektórzy usiłowali robić je we własnym zakresie, ale dawało to mierne rezultaty. Nikt nie miał bowiem do tego wystarczającej ilości tłuszczu. Wszystkim brakowało odzieży, a zwłaszcza butów. O ile odzież dało się jakoś przenicować, czy przerobić, to butów nie. Było to bardzo dotkliwe dla dzieci i młodzieży, którym nogi rosły. Własnym sumptem wyrobić nic się nie dało. Ubój zwierząt został zakazany i skór nie miał kto wyprawiać, brakowało też garbarzy. Żydzi, którzy zajmowali się garbarstwem, siedzieli w getcie i nie wolno się było do nich zbliżać. Żydzi, których zamknięto za strzeżonym płotem z drutu kolczastego mieli jeszcze gorzej niż Polacy. Hitlerowscy oprawcy stale zagęszczali getto w Kisielinie , spędzając do niego coraz więcej Żydów, mieszkających na wsiach. Z okien naszego domu widzieliśmy , jak ci nieszczęśnicy człapali w błocie z tobołami na plecach. Nocami Żydzi usiłowali się przekradać do lasu po chrust, albo do okolicznych gospodarzy, najczęściej do Polaków, bo Ukraińcy ich mordowali. Ukraińscy policjanci za każdego zastrzelonego Żyda dostawali 60 karbowańców.

Widziałam na własne oczy

– W sierpniu 1942 r. Niemcy wspólnie z ukraińską milicja zlikwidowali getto i wymordowali większość jego mieszkańców. Niektórym Żydom udało się uciec, ale tych wyłapywali i rozstrzeliwali ukraińscy policjanci. Po eksterminacji Żydów Niemcy wymordowali Cyganów. Policjanci ukraińscy zamknęli ich w areszcie, a następnie dwoma furmankami wywieźli na cmentarz, a potem obok mogił żydowskich wystrzelali. Szłam wtedy na pole pod Jasieniec i widziałem to na własne oczy. Miałam wtedy 17 lat i byłam przerażona tym wszystkim, co widziałam. Rodzice starali się mnie trzymać z daleka od tych wszystkich strasznych rzeczy i nie chcieli nawet o nich ze mną rozmawiać. Ojciec wszelkie moje pytania ucinał krótko- Jesteś jeszcze smarkula i to nie są twoje sprawy. – Młodzież mimo, że czasy były ciężkie, starała się jakoś utrzymywać kontakty towarzyskie, nawiązywać przyjaźnie. Zbieraliśmy się na różnych wieczorkach. Takie spotkania były oczywiście nielegalne i miały praktycznie charakter konspiracyjny. Grała na nich marsza kapela, składająca się ze skrzypka i gitarzysty lub mandolinisty. Odbywały się one z reguły w naszym domu. Leżał on bowiem na uboczu i w nim było najbezpieczniej. W takich wieczorkach brał udział także mój przyszły mąż Włodzimierz Słabosz Dębski, starszy ode mnie o trzy lata, syn Leopolda i Rosjanki Anisji Czemierkin. Rodzina Dębskich często zmieniała miejsce swego pobytu, ale najdłużej mieszkała w Kisielinie. Włodzimierz był starszy ode mnie o trzy lata i w 1939 r. zdał już maturę. Po wybuchu wojny w 1939 r. i zajęciu Wołynia przez Związek Sowiecki rozpoczął naukę w liceum przyrodniczym w Łucku, ale przerwał ją i w listopadzie 1939 r. podjął pracę w Kisielinie w siedmioklasowej szkole, w której był nauczycielem do końca okupacji sowieckiej w czerwcu 1941 r. Zaocznie uzupełniał też w tym czasie wykształcenie w średniej szkole pedagogicznej we Włodzimierzu Wołyńskim. Zdążył ukończyć ją tuż przed wybuchem wojny, zdobywając zawód nauczyciela.

Zdezerterowała do lasu

W czasie okupacji niemieckiej pracował on najpierw w Urzędzie Rejonowym, gdzie zajmował się wypełnianiem druków tymczasowych zaświadczeń, zastępujących dowody osobiste. Został z niego jednak wyrzucony, gdy zaprotestował przeciwko naśmiewaniu się przez nacjonalistów ukraińskich z języka polskiego. Zatrudnił się wtedy przy pracach melioracyjnych. Jednocześnie zaangażował się w tworzenie polskiej konspiracji w okolicy Kisielina. Ukraińcy zaczęli się organizować i dochodziły do nas niepokojące wieści. W nocy z 14 na 15 marca 1943 r. policja ukraińska zdezerterowała do lasu. Przechodząc koło mieszkania niemieckich żandarmów, wrzucili im granat , ale ten nie wybuchł. Jak ustalił mój mąż, do UPA z Kisielina wstąpiło łącznie 22 Ukraińców, a więc liczba bliska górnej granicy możliwości mobilizacyjnych, którą ustala się na poziomie dziesięciu procent. Byli to:

  1. Biłoczyćkyj Wasyl – syn byłego popa,
  2. Barszczewśkyj – senior, syn ówczesnego popa,
  3. Barszczewśkyj- junior, syn ówczesnego popa,
  4. Bezsmertniuk Matwiej,
  5. Buk Iwan,
  6. Demczuk… – szwagier młynarza Zdolbickiego – szef sztabu,
  7. Fediuk Iwan – o przezwisku „Kloc”, rodem z Galicji,
  8. Kaliszuk Arkadij,
  9. Kaliszuk Iwan, bracia mieszkający przy ulicy Bazylkowej,
  10. Kaliszuk… mieszkajacy koło cerkwi,
  11. Kozaczuk Iwan – z pierwszego domu koło młyna, przezwisko „Cygan”,
  12. Maciuk Ananij – z rodziny o przezwisku „Balar”,
  13. Niżankiwśkyj Iwan – rodem z Galicji,
  14. Nowosad Rościsław – syn byłego wójta,
  15. Romaniuk Wołodymyr – z rodziny o przezwisku „Kocman”,
  16. Padlewśkij Iwan – starszy syn Jefrema, ówczesnego sołtysa,
  17. Pałaczuk Konstanty – dawny woźnica z gminy.

Trudno ustalić, kto z mężczyzn był w oddziałach liniowych UPA, a kto w „samoobronie”. Do samoobrony prawdopodobnie należeli: Bezsmertiuk, Buk, Fediuk, Niżankiwśkyj, Padlewśkyj i Pałaczuk, jako że zamieszkiwali na miejscu, a tylko wychodzili na akcję.

W oddziałach pomocniczych służyły:

  1. Biliczuk Jaryna,
  2. Biliczuk Walentyna, córka byłego wójta,
  3. Miszczuk Miłka- córka diaka cerkiewnego,
  4. Popik Wiera,
  5. …Hanka – siostra kochanki lek. Weterynarii Nowickiego.

Wiosną 1943 r. atmosfera w Kisielinie uległa zagęszczeniu. W okolicy zaczęły się pierwsze mordy Polaków. Nocami oddziały UPA maszerowały przez osadę. Dokonywały również rekwizycji i zabierali ze sobą wybrane osoby. Kiedyś porwali dwóch polskich urzędników.

Fala zbrodni

Jeden z nich zdołał uciec, ale drugiego zamordowali. Którejś nocy, jak pamiętam, UPA spaliła trzy mosty na Stochodzie. Z ogniem puścili też budynek szkoły. Dochodziły do nas wiadomości, że we wschodnich powiatach Wołynia dochodzi do masowych mordów, ale ludzie albo w nie nie wierzyli, albo sądzili, że do Kisielina fala zbrodni nie dotrze. Radia nie było i nikt na dobrą sprawę nie wiedział, co tak naprawdę się dzieje. Nagle przyjechał do nas krewny z Nieświcza, radziwiłłowskiej miejscowości, w której mieszkał stryj mojego przyszłego męża. Opowiedział, że banderowcy dokonali w niej potwornego mordu. Wtedy to nikt z nas nie miał wątpliwości, że zbrodniarze są coraz bliżej. Na tydzień przed napadem Ukraińców na kościół w Kisielinie, do lasu nie można było chodzić. Upowcy rozstawili czujki, które pilnowały, by nikt nie zobaczył, co się tam dzieje. Wszyscy zaczęli mówić, że w lesie szkoli się banda. Tuż przed ową straszną niedzielą 11 lipca, do Kisielina przyjechał z Woronczyna mój przyszły mąż. Uciekł z tej miejscowości, gdzie zajmował się tworzeniem struktur konspiracyjnych. Jak zobaczył, że kilku Ukraińców idzie w stronę chałupy , w której mieszkał, wyskoczył przez okno i ruszył w pole. Nie wiedział, kim są, ale słusznie przypuszczał, że idą po niego. Nie pomylił się. Ci zaczęli za nim strzelać. Lekko go ranili w nogę i dlatego przyjechał do domu, żeby się wyleczyć. Jego ojciec był przecież lekarzem. Gdyby nie przyjechał i nie przyszedł do kościoła, to Ukraińcy wymordowaliby wszystkich Polaków, którzy byli na Mszy św. To on rzucił hasło, że trzeba się bronić i nie dać się Ukraińcom. O tym, że mord jest przygotowywany, większość Ukraińców zapewne wiedziała. Nikt z nich Polaków jednak nie ostrzegł, że ich ziomkowie zamierzają dokonać mordu na swych sąsiadach. Mieliśmy taką znajomą sąsiadkę Ukrainkę, mieszkającą w ziemiance, która została jeszcze z lat dwudziestych. Wtedy to, gdy po walkach frontowych Kisielin był bardzo zniszczony, wszyscy zanim odbudowali domostwa, w takich mieszkali. Ukrainka ta nie miała gospodarstwa i zarabiała na chleb, pracując u innych. Służyła m.in. u mojego ojca i z naszą rodziną byłą zaprzyjaźniona.

Nie chciała nas ostrzec

Tylko w piątki chodziła do Żydów pomagać im w przygotowywaniu szabasu. Sprzątała dom, myła podłogi itp. Nawet, jak ojciec nie miał dla niej nic do roboty, to idąc na wieś zawsze do nas zachodziła. Jak trafiła na obiad, to dostawała obiad. Jak zaszła w porze śniadania, to śniadanie itp. W ową niedzielę 11 lipca też przyszła do nas na śniadanie. Myśmy z siostrą lepiły wtedy pierogi. Teraz w Polsce nazywają je „ruskimi”, ale na Wołyniu nikt ich tak nie nazywał. Mówiło się o nich „warszawskie”. W naszym domu zawsze jedliśmy je na niedzielne śniadanie. Owa Ukrainka bardzo je lubiła i w niedzielę 11 lipca, jak mówiłam, też przyszła. Siadła przy stole i patrzyła, jak lepiłyśmy z siostrą pierogi. Ja wtedy miałam 18 lat, siostra 15 lat i jak to dziewczęta, przy pracy zaczęłyśmy śpiewać. Ukrainka w pewnym momencie przerwała i kiwając głową powiedziała – dzieci i wam się jeszcze chce śpiewać? – Patrzyła na nas, jak na przyszłe ofiary, mające zginąć z rąk jej ziomków, ale nas nie ostrzegła, nie powiedziała – nie idźcie do kościoła, bo was tam zatłuką. -Zjadłyśmy te pierogi i poszłyśmy do kościoła. Dzień 11 lipca 1943 r. był pochmurny. Około godziny jedenastej zaczął padać deszcz. Ludzie szybko wchodzili do kościoła. Nabożeństwo odbyło się bez przeszkód, normalnie. Ja jak zwykle poszłam na chór, należałam bowiem do kościelnego chóru, który zawsze śpiewał podczas nabożeństw. Na koniec jak zwykle wykonaliśmy „Żegnaj Królowo”. Po Mszy św. jako jedna z pierwszych wyszłam z kościoła, razem z mężczyznami, którzy jak zwykle spieszyli się na papierosa. Gdy stanęłam przed świątynią i spojrzałam w stronę ogrodu księdza, zobaczyłam idącą tyralierę. Obróciłam się w drugą stronę, gdzie znajdował się park hrabiowski i tam tez zobaczyłam uzbrojonych Ukraińców.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności