Chrzest konspiracyjny

Ze względu na to, że umiałem się poruszać po kolei, w ramach organizacji zajmowałem się dowożeniem koleją spalonych ludzi, którzy ratując życie, przez zieloną granicę przedostawali się na Zachód.

Przeżywając swój konspiracyjny chrzest bojowy, Zdzisław Wodzisławski nie tylko kupował broń od niemieckich żołnierzy. Służył też jako łącznik i goniec przenoszący kupioną od Niemców broń na punkt kontaktowy w leśniczówce. Stamtąd trafiała do samoobrony w Zasmykach.

– Kupione od Niemców pistolety przerzucałem zawsze sam – wspomina. – Nigdy nie miałem ich więcej przy sobie niż trzy, cztery sztuki, wsadzone za pasek spodni. Przez ramię miałem przerzucony worek i w razie zatrzymania miałem mówić, że idę do wujka po ziemniaki. Za mną szły dwie panie łączniczki. One nic nie niosły , bo uważały, że ja jako młody chłopak będę mniej podejrzany. W przypadku zatrzymania miałem mówić, że idę na wieś do wujka po ziemniaki. Gdy szedłem z bronią, Niemcy mnie jednak nigdy nie zatrzymali. Zrobili to tylko raz, ale ponieważ miałem przy sobie w woreczku niesionym na plecach te ziemniaki, to mnie puścili.

Przeraziłem się nie na żarty

– Łączniczki , które szły za mną , wpadły w popłoch. Bały się, że Niemcy wsadzą mnie do aresztu, sprawią mi lanie i wyśpiewam wszystko, co wiem na temat konspiracji. Zaalarmowały wszystkich. Mamę i wszystkich sąsiadów, mieszkających w dużym domu zbudowanym pod wynajem, w którym w sumie mieszkało siedem rodzin. Wszyscy natychmiast dom ten opuścili bojąc się, że Niemcy wszystkich z niego wygarną i rozstrzelają. Tak często bowiem robili, starając się zastraszyć społeczeństwo. Gdy wróciłem do domu, nie zastałem nikogo. Bardzo się przestraszyłem. Chyba bardziej niż te łączniczki. Takie były moje konspiracyjne początki. Do organizacji formalnie oczywiście nie zostałem przyjęty, bo byłem za młody. Kowel zaraz zresztą przyszło nam opuścić. Okazało się, że lekarz niemiecki się pomylił i mama nie była w szóstym miesiącu, ale w drugim miesiącu ciąży. Sytuacja aprowizacyjna w Kowlu była zaś coraz trudniejsza. Front się przybliżał, nie mieliśmy co jeść. Na początku 1944 r. chcąc nie chcąc, wyjechaliśmy na roboty do Niemiec zapakowani w wagon towarowy.

W drodze na Lubelszczyznę

– Tak się złożyło, że w tym wagonie jechała tylko nasza rodzina i był on doczepiony na końcu składu. Mama myślała, że na Lubelszczyźnie zdołamy uciec z pociągu i przedostać się do jej rodziny. Ojca z nami nie było. Jak pojechał pociągiem do Żytomierza, to nie wrócił i myśleliśmy, że zginął. Pociąg wlókł się strasznie. Na każdej stacji odstawiano go na bocznicę i przepuszczano transporty wojskowe, jadące na front. Tych zaś jak wiadomo jechało całe mnóstwo. Do Lublina odległego od Kowla o dwieście kilometrów jechaliśmy kilka tygodni. Gdyby nie pomoc polskich kolejarzy, to najzwyczajniej umarlibyśmy z głodu. Władze niemieckie, organizując transport nie były przygotowane na tak długi jego przejazd i nic nam nie dawały. W Lublinie matka dogadała się z kolejarzami, którzy odłączyli nasz wagon od transportu i został na stacji, a on pojechał dalej. Później kolejarze odholowali nas do Nałęczowa, a z niego koleją wąskotorową do Karczmisk, w których mama miała rodzinę. Tam odnalazł nas ojciec i tu zastało nas wkroczenie Rosjan. Front zatrzymał się na Wiśle, a my zaczęliśmy żyć w Polsce Lubelskiej, urządzanej według „Manifestu PKWN”. Mój ojciec dalej pracował na kolei i w miarę wyzwalania ziem polskich dostawał coraz dalsze kursy.

W KWP

– W końcu maja 1945 r. oddelegowano go do Wrocławia, w którym polskie grupy operacyjne uruchamiały kolejne instytucje. Ja, mając 14 lat, zacząłem do ojca samodzielnie dojeżdżać. Później ojciec ściągnął mamę i resztę braci, a ja zacząłem dojeżdżać do gimnazjum mechanicznego w Oleśnicy. Tam w 1946 r. zetknąłem się z Konspiracyjnym Wojskiem Polskim. W klasie miałem kolegów – górali do niego należących, którzy utrzymywali kontakt z silną strukturą KWP w Namysłowie, działającą w oparciu o „Bursę”, w której mieszkała młodzież. Obie te miejscowości leżały niedaleko siebie i łatwo było do nich dojechać pociągiem. W „Bursie” też mieszkali górale i znali się z tym z Oleśnicy. Jeden z nich – Władysław Malec zaproponował mi wstąpienie do organizacji. – Jesteś ze Wschodu, znasz Ruskich, będziesz nam pomagał! – powiedział. Przysięgę składałem przed Tadeuszem Nowakiem, starszym bratem mojego przyszłego kolegi Stanisława. Kierował on wówczas organizacją KWP w Namysłowie o kryptonimie „Bursa”. Jak się zdążyłem zorientować, należała do niego cała II klasa w liceum.

Przerzuty przez granicę

– Ze względu na to, że mój ojciec był kolejarzem i ja umiałem się poruszać po kolei, w ramach organizacji zajmowałem się dowożeniem koleją spalonych ludzi, którzy ratując życie, przez zieloną granicę przedostawali się na Zachód. Odbierałem ich we Wrocławiu i zawoziłem pociągiem do Jeleniej Góry. Dziś tę trasę pociąg pokonuje w trzy czy cztery godziny, a wtedy jechało się dwanaście, a często i szesnaście godzin. Parowóz sapał, zatrzymywał się na każdej stacji. Na większych robił dłuższe postoje. Osoby wiezione na punkt przerzutowy nie mogły się rzucać w oczy, więc w trakcie jazdy nie wysiadały z wagonu. Ja zapewniałem im całościową obsługę. Kupowałem im jedzenie, papierosy w dworcowych bufetach. W Jeleniej Górze przekazywałem je kolejnej łączniczce, takiej pani z Cieplic Zdroju. Ona zabierała ich do siebie, a potem prowadziła na punkt przerzutowy przez czechosłowacką granicę. Oczywiście ja tej pani nie znałem, ani ona mnie. Ona wiedziała tylko, że przewodnikiem grupy będzie młody człowiek, mający czerwony szalik. Ja zaś wiedziałem, że kobieta, która odbierze ode mnie grupę będzie miała niebieski. Mieliśmy też umówione inne sygnały.

Nikt nigdy nie wpadł

– Gdyby kobieta zaobserwowała, że ma np. ogon, to zdejmowała szalik i przechodziła obok. Ja oczywiście nie pytałem się osób, które konwojowałem do Jeleniej Góry kim są i skąd pochodzą. Dopiero po latach dowiedziałem się , że pochodzili oni z Radomska i okolic Częstochowy, a także ze Śląska. Znałem tylko kolegę, który grupy osób przeznaczonych do przerzutu konwojował na dworzec Nadodrze we Wrocławiu. Nazywał się Leszek Nowicki. Grupy przerzucane nie były oczywiście duże. Liczyły najczęściej dwie, góra cztery osoby. Takich wypraw, w których ich konwojowałem, odbyłem kilkanaście. Wszystkie zakończyły się sukcesem. Nikt nigdy nie wpadł. Przerzuty te odbywały się w latach 1946-47 i częściowo w 1948 r. , kiedy to w organizacji nastąpiła wpadka. Dla przerzutów były oczywiście potrzebne pieniądze. Ludzi udających się na zachód trzeba było wyposażyć przecież w środki umożliwiające poruszanie się po Czechosłowacji, opłacenie przewodników itp. Organizacja, by zdobyć niezbędne środki, dokonywała akcji na pociągi zawierające wagony pocztowe, z których zabierali pieniądze. Poprzez swoje wtyczki wiedziała, kiedy i w którym pociągu zdobycz może być największa.

UB zaczęło szukać

– Co robili inni członkowie organizacji w Oleśnicy, ze względów konspiracyjnych nie wiedziałem. Wiem, że w naszym gimnazjum komórka KWP liczyła pięciu uczniów. Należał też do niej także jeden z nauczycieli. Nasze poglądy podzielało jednak większość uczniów gimnazjum mechanicznego w Oleśnicy. A byli wśród nich chłopcy w różnym wieku. Nie tylko tacy jak ja, mający 17 lat, ale również i dwudziestoletni. Wojna przerwała ich edukację i musieli nadrabiać stracone lata. W pierwszych latach po wojnie święto 3 Maja było w Polsce normalnie obchodzone. Bodajże w 1948 r. zostało ono jednak zakazane. My jednak postanowiliśmy je obchodzić. Zmobilizowaliśmy uczniów z całej szkoły i kolumną czwórkami udaliśmy się do kościoła na Mszę św. Władze wpadły we wściekłość. Było dla nich jasne, że taką demonstrację ktoś musiał zorganizować. UB zaczęło gorączkowo szukać sprawcy. Nikogo jednak nie znaleźli. Wyrzucili dyrektora gimnazjum, bardzo porządnego człowieka i wsadzili na jego miejsce takiego komunistę.

cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności