Ci, co udzielili im gościny, nocami ich wymordowali, przywłaszczając sobie przewożony przez nich majątek. Nikt nie wie ilu polskich obywateli żydowskiego pochodzenia padło ofiarą swych gospodarzy i po dziś dzień spoczywa gdzieś za stodołami. Żaden badacz nie podjął tego tematu i już najprawdopodobniej nie podejmie.
Urodziłem się w 1920 r. we wsi Rybcza w powiecie krzemienieckim na Wołyniu w wielodzietnej rodzinie Wawrzyńca i Leontyny z domu Lewieckiej – wspomina Jan Niewiński. – Miałem brata i trzy siostry. Na początek chciałbym powiedzieć coś o samej wsi Rybcza. Miejscowość ta w całości była wsią polską. Powstała ona po powstaniu kościuszkowskim. Założyli ją pędzeni na Sybir zesłańcy, którym udało się uciec z transportu. Skuci łańcuchem byli pędzeni szlakiem jampolskim. Przy nim między Krzemieńcem a Katerburgiem stała karczma, w której konwój prowadzący zesłańców się zatrzymywał. Wieczorem strażnicy się popili i usnęli. Wykorzystali to konwojowani, którzy wiedzieli, który strażnik ma klucz , zabrali mu, odpięli kajdany, którymi byli przypięci do łańcucha i uciekli. Gdy konwojenci się obudzili i zobaczyli, że zesłańcy uciekli, to karczmarza zastrzelili, a karczmę puścili z dymem. W tej okolicy w owym czasie rosły gęste lasy. Ułatwiały one zesłańcom ukrycie się. Przez las prowadził też słynny szlak jampolski wschód-zachód, po którym poruszały się karawany kupców, jadących z Zachodniej Europy na Daleki Wschód.
Popas przy źródełku
Zatrzymywały się one jakieś trzy kilometry od miejsca, w którym stała spalona karczma przy źródełku, w którym biła woda o znakomitych właściwościach. Szczególnie lubiły ją konie, które jak wiadomo, złej wody się nie napiją. Karawany zatrzymywały się przy źródełku na coraz dłuższe popasy, na czym zesłańcy korzystali. Prowadzili z kupcami wymianę, zaopatrywali w siano, czy upolowaną zwierzynę. W zamian dostawali od nich jakieś towary, co ułatwiało im życie. Uciekinierzy zaczęli kopać sobie ziemianki, karczować las, czyli zagospodarowywać teren. Z czasem założyli osadę, która przekształciła się w wieś. Nie miała jednak nazwy. Gdy urodziło się w osadzie pierwsze dziecko po podrośnięciu znalazło się nad potoczkiem, zobaczyło płynącą w nim rybkę, zaczęło krzyczeć – rybcia, rybcia! Dorosła osoba, będąca świadkiem całego zdarzenia opowiedziała o tym innym i cała społeczność orzekła, że na cześć tego dziecka nazwą wieś Rybcza. Wieś się rozwijała i pomimo carskiego ucisku i nadzoru, zachowała swój polski charakter. Mój dziadek był nauczycielem, prowadzącym w Rybczy prywatną szkołę. Oficjalnie nie mógł uczyć w niej języka polskiego, ani żadnego przedmiotu po polsku. Dziadek języka polskiego i historii Polski uczył, jak to się później mówiło, na tajnych kompletach. Dzieci zbierały się wieczorami po domach na spotkania z dziadkiem. Nie mogły mieć przy sobie żadnych książek i zeszytów.
Carskie prześladowania
– Zdarzało się bowiem, że wieczorami żandarmi też zachodzili do wioski. Tato mi opowiadał, że niektórzy z tych żandarmów to prawdziwe bydlaki, wyjątkowo nienawidzący Polaków. W ich obecności nie wolno było nawet mówić po polsku. Przychodził do wioski taki jeden, który w stanie upojenia alkoholowego wygonił mieszkańców kilku chałup i zapędził ich na drewniany most na rzece mówiąc, że Polacy nie mają prawa stać na ruskiej ziemi. Takie zachowania nie zastraszyły rzecz jasna mieszkańców Rybczy. Wprost przeciwnie. Umocniły one twardy polski rdzeń miejscowości. W 1939 r. tuż przed wybuchem II wojny światowej liczyła ona 150 gospodarstw. W każdym z nich mieszkała rodzina złożona z dziadków, rodziców i dzieci. W sumie w 1939 r. ludność Rybczy liczyła około tysiąca osób. Mówiąc o polskim charakterze, Rybczy chciałbym nadmienić, że do 1914 r. czyli do wybuchu I wojny światowej były w niej nazwiska tylko na końcówkę ”ski” i ”wski”. W czasie I wojny światowej pojawiły się w niej takie nazwiska jak: Korf, Stępień, Teterska, Czech i kilka innych tego typu. Byli to najczęściej jeńcy z armii austriackiej lub uciekinierzy z niej, którzy w Rybczy postanowili się osiedlić. Przed II wojną światową, co pamiętam z własnego doświadczenia, wieś była doskonale zorganizowana. Bardzo dobrze rozwinięty był w niej ”Strzelec”
Strzelcy i Krakusi
– Wynikało to z faktu, że w leżącym obok Rybczy majątku Liceum Krzemienieckiego w Tetylkowcach zarządcą był oficer, instruktor tej paramilitarnej organizacji, służącej wychowaniu młodzieży w duchu piłsudczykowskim. Kierownik szkoły w Rybczy por. Sierakowski też był oficerem rezerwy i instruktorem ”Strzelca”. Ci dwaj kształtowali opinie i postawy społeczeństwa nadawali mu ducha patriotycznego. Dzięki nim „Strzelec” tak się rozrósł i okrzepł, że na wszystkie uroczystości państwowe czy religijne wystawiał kompanię honorową. Liczyła ona stu żołnierzy , którzy w szyku maszerowali do Katerburga stanowiącego siedzibę gminy i parafii, do których należała Rybcza. Katerburg, jak pamiętam, był miasteczkiem położonym na planie krzyża. Główną ulicę stanowił trakt jampolski, przecięty przecznicą. Na krańcach tej przecznicy z lewej strony był kościół, a prawej cerkiew, z boku znajdowała się synagoga. Miasteczko, jak większość na Wołyniu było zamieszkałe przez Żydów, Polaków i Ukraińców. Jak odbywały się uroczystości państwowe, to brali w nich udział wójt, komendant policji, kierownik poczty, kierownik szkoły inni przedstawiciele cywilnej elity. Zawsze przychodzili na nie ksiądz, prawosławny pop i rabin. Współżycie wszystkich narodowości układało się bardzo dobrze, o żadnych konfliktach się nie słyszało. Wracając do ”Strzelca”, to chciałbym zaznaczyć, ze oprócz drużyn męskich „Strzelca” w Rybczy działały też drużyny kobiece, w których dziewczęta przygotowywały się do roli sanitariuszek. Ja, jako jedyny z wioski, do ”Strzelca” nie należałem. Byłem członkiem „Krakusów”, paramilitarnej organizacji kawaleryjskiej, działającej w wiosce osadników. Mieszkał w niej mój wujek, który był kawalerzystą i on mnie do niej wciągnął. „Krakusi” także brali udział we wszystkich uroczystościach razem ze „Strzelcem”. Obie te organizacje miały oczywiście swój własny system szkolenia. Odbywały się one w dni wolne i oczywiście wakacje.
Siła postępu
Składały się z wielu elementów. Szkolenia czysto wojskowego, czyli musztry, posługiwania się bronią, taktyki, terenoznawstwa, marszów itp. Na zajęciach „Strzelca” organizowano także zawody sportowe, a przede wszystkim prowadzono intensywną pracę wychowawczo- oświatową. Jego członkowie zaznajamiani byli też z bieżącą sytuacją polityczną. Generalnie rzecz biorąc „Strzelec” był siłą napędową postępu i konsolidacji wioski. Jego praca pięknie zaowocowała w czasie tragedii wołyńskiej, gdy w Rybczy powstała samoobrona, broniąca kilku tysięcy Polaków, którzy się w niej schronili przed wyrżnięciem. „Krakusy” odgrywały analogiczną rolę jak „Strzelec”, chociaż członkostwo w nich było bardziej skomplikowane. By do nich należeć, trzeba było mieć konia, siodło i całe wyposażenie. Mnie to wszystko zafundował ojciec. W 12 pułku ułanów stacjonującym w Białokrynicy, kupił klaczkę z tzw. remontu, odpowiednie siodło, na którym jeździłem. Ojciec mógł sobie na to pozwolić, bo był człowiekiem zamożnym. Ważną rolę w życiu Rybczy odgrywał Kościół katolicki.
Bardzo religijna
– We wsi nie było co prawda świątyni, ale parafia w Katerburgu działała bardzo prężnie. Wszyscy mieszkańcy byli bardzo religijni i ksiądz dla każdego stanowił autorytet. Z inicjatywy proboszcza w Rybczy zostało założone Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Wiejskiej, które obok „Strzelca” kształtowało oblicze wsi i odgrywało w jej życiu ważną rolę. Nasza rodzina też byłą bardzo religijna. Ojciec pełnił funkcję przewodniczącego Rady Parafialnej. W domu zawsze dzień zaczynaliśmy i kończyliśmy modlitwą. Całą rodziną klękaliśmy przed ołtarzykiem i modliliśmy się na głos. Ojciec, w odróżnieniu od innych mieszkańców wioski, nie był piłsudczykiem, ale narodowcem. Oprócz niego z ruchem narodowym związał się tylko jeszcze jeden rolnik o nazwisku Piotrowski. Sama Rybcza należała do średniozamożnych. Najbogatszy gospodarz pan Rządkowski miał 30 ha ziemi w Rybczy i w Michałówce, wsi położonej blisko granicy państwa, drugie trzydzieści. Niewiele mniej ziemi posiadał jego brat. Pozostali dysponowali areałem przeciętnie od pięciu do piętnastu hektarów, co jak na Wołyń nie stanowiło zbyt dużej powierzchni. Można chyba zaryzykować opinię, że w Rybczy było więcej biedniejszych niż zamożnych gospodarzy. Zamożność mojego ojca nie wynikała z ilości posiadanej ziemi, ale z faktu, że był on właścicielem pasieki, liczącej 250 uli, znanej nie tylko w powiecie krzemienieckim.
W ukraińskim otoczeniu
– Do ojca po miód przyjeżdżali odbiorcy z Warszawy, zajmujący się eksportem miodu do Europy Zachodniej. Z pasieki ojciec pozyskiwał dziesiątki ton miodu. Warunki dla rozwoju pszczelarstwa w okolicy były bardzo dobre. Pszczoły praktycznie od wiosny do jesieni miały pożytki. Jeżeli chodzi o otoczenie Rybczy, to chciałbym powiedzieć, że zdecydowanie dominowały w nim wsie ukraińskie. W powiecie krzemienieckim odsetek Ukraińców był bowiem najwyższy. Stanowili oni 80,6 proc. jego mieszkańców. W rejonie Katerburga po I wojnie światowej powstało kilka osad wojskowych. Zamieszkali w nich zdemobilizowani żołnierze polscy, biorący udział w wojnie polsko-bolszewickiej, którym przydzielono ziemię, pochodzącą z parcelacji, przejętych przez państwo majątków Rosjan. Pochodzili oni z różnych stron Polski. Część była miejscowych, ale większość obcych. Polacy z całej okolicy spotykali się w Katerburgu przy okazji nabożeństw, świąt czy innych uroczystości, a także na targowisku. Raz w tygodniu w czwartek odbywał się w miasteczku targ, na którym handlowano wszystkim. Od koni poprzez bydło, prosiaki, owce i drób po wyroby rzemieślnicze. Będąc na targowisku, każdy mógł kupić potrzebne artykuły. Sklepów było wiele, ale tylko jeden polski. Po sprzedaży większej ilości towarów na targowisku handlujący często zaglądali na kielicha do którejś z restauracji. Do Polaków należała tylko jedna. Prowadził ją Franciszek Styczeń.
Dominowali Żydzi
– W 1939 r. miałem 19 lat, ukończoną szkołę czteroklasową w Rybczy, siedmioklasową w Katerburgu i rozpoczętą naukę w Liceum Krzemienieckim. Choć czuję się jego wychowankiem, to matury w nim, z powodu ciężkiej choroby ojca, nie zdążyłem zrobić. Ojciec zachorował na reumatyzm, chodził o kulach i nie mógł zajmować się gospodarstwem. Musiałem przerwać naukę, opuścić internat i wrócić do domu. Przed wybuchem II wojny światowej 16 mieszkańców zostało zmobilizowanych do Wojska Polskiego. Wróciło tylko trzech. Przebieg wojny z Niemcami dla wszystkich mieszkańców Rybczy stanowił ogromne zaskoczenie. Wszyscy byli przekonani, że zakończy się ona szybkim sukcesem naszych wojsk, a tymczasem w jej wyniku Polska przestała istnieć. Ludzie przeżywali to strasznie. W tamtym okresie w naszej okolicy zaczęły się pierwsze mordy obywateli polskich, głównie uciekinierów z zachodnich ziem polskich. Dominowali wśród nich Żydzi, którzy chcieli się przedostać do Związku Radzieckiego. Mieszkając w Poznańskim czy na Śląsku czyli blisko niemieckiej granicy i wiedzieli, co Hitler robił z Żydami, byli to ludzie zamożni, mający ze sobą to, co mogli zabrać, głównie zaś biżuterię i walutę.
Ilu wymordowano?
Większość z nich zatrzymało się w wioskach ukraińskich i nigdy do ojczyzny światowego proletariatu nie dotarła. Ci, co udzielili im gościny, nocami ich wymordowali, przywłaszczając sobie przewożony przez nich majątek. Nikt nie wie ilu polskich obywateli żydowskiego pochodzenia padło ofiarą swych gospodarzy i po dziś dzień spoczywa gdzieś za stodołami. Żaden badacz nie podjął tego tematu i już najprawdopodobniej nie podejmie. Trzeba więc o tym mówić, żeby zbrodnie te nie popadły w całkowite zapomnienie. Ukraińcy napadali też na polskich żołnierzy, przekradających się do Rumunii, ale ci jakoś sobie z nimi dawali radę. Choć wielu z nich też zostało zamordowanych.
Cdn
Marek A. Koprowski







