Bandziory by ich zabiły

Nagle zobaczyłem, że idzie za mną dwóch ubowców w mundurach. Przystanąłem. Oni też. Ewidentnie więc szli za mną. Wszedłem do apteki, a oni stanęli pod nią. Niedobrze, myślę, chcą chyba mnie zgarnąć…

-Pomimo, iż po likwidacji oddziału „Jura” partyzantka przestała działać w naszej okolicy, to ludzie tak szybko do nowej władzy się nie przekonali – wspomina Józef Stachura. – W mojej wsi, czyli w Jankowicach było tylko trzech towarzyszy. Wielu chłopaków miało jeszcze broń. Niektórzy nią handlowali. Miałem także kolegę, który tym m.in. się zajmował. Sprzedawał nie tylko broń żołnierską, ale także myśliwską fuzję itp. Ludzie kupowali, bo bandytyzm był wtedy powszechny. Milicja nie dawała sobie z nim rady. Przyjeżdżała na miejsce już po napadzie na gospodarstwo i rzadko udawało im się ująć sprawców. Ten mój kolega, który handlował bronią, zajmował się też wyprawianiem skór. Czynił to oczywiście nielegalnie, bo mogły się tym tylko zajmować państwowe garbarnie. Znalazł się oczywiście taki, co doniósł jego działalności milicji. Nie doniósł o tym, że handlował bronią, bo o tym nie wiedział, ale oskarżył go, że wyprawia skóry. Milicja zrobiła nalot, ale broni nie znalazła, bo jej nie szukała.”

Jakoś się wykaraskał

„Zabrali te skóry i jego na posterunek. Wpadł w tarapaty, ale się jakoś wykaraskał. Spotkałem go później na zabawie w Jedlnie. Przyszedł na nią też ten M., który na niego doniósł. Ten, jak go zobaczył, wyjął spluwę i powiedział, że skur… zastrzeli! Podbili mu na szczęście rękę do góry i strzał padł w sufit! Tamten wyskoczył przez okno i uciekł, gdzie pieprz rośnie. Sprawa była niebezpieczna. Użycia broni na zabawie nie dało się już ukryć. Za nielegalne posiadanie broni można było dostać solidny wyrok. Miałem wuja Józefa Miszewskiego, który w czasie wojny był w AK, a po wojnie wstąpił do milicji. Dalej jednak współpracował z KWP, udzielając mu wielu cennych informacji. UB na tym go nie przyłapało, ale na wszelki wypadek kazało z milicji zwolnić. On nadal współdziałał z KWP, zbierał dla niego broń. W stodole pod strzechą miał ukryte trzy karabiny. Nieopatrznie się o tym wygadał któremuś z sąsiadów, a ten natychmiast doniósł. Dostał 12 lat! Bałem się, że ten mój kolega teraz się nie wywinie i wlepią mu 8 lat. Na szczęście miał kuzyna w UB w Radomsku, który załatwił mu straszak. Jak milicja go zatrzymała, to powiedział, że z niego strzelał. Milicja na szczęście sprawy nie drążyła. Nie przesłuchiwała świadków, nie szukała łuski ani pocisku, który utkwił w suficie.”

Brat w UB

„Dopiero później po latach okazało się, że ten rodzony brat tego kolegi był szefem UB w Łęczycy i milicja patrzyła na niego trochę przez palce. Taki podział często zdarzał się wówczas w rodzinach. Jeden syn, jak ten mój kolega był zażartym antykomunistą, a drugi utrwalał władzę ludową. Ten mój kolega, jak się z nim spotkałem twardo oświadczył, że temu donosicielowi nie daruje. – Załatwię tego skur…i koniec! – oświadczył. – Przyjedzie ekipa roz…doli dziada i koniec! – Był tak zawzięty, że wiedziałem, że może to zrobić. Zacząłem go namawiać, żeby tego nie robił i machnął ręką. Też miałem na pieńku z tym kapusiem, ale uważałem, że trzeba go zignorować i nie mścić się na nim, bo nic dobrego z tego nie wyniknie.

Z lat czterdziestych minionego wieku Józef Stachura zapamiętał wybory w 1947 r., kiedy to niektórzy łudzili się naiwnie, że wygra je Mikołajczyk.

Zatrzymany na wyborach

„Myśmy z ojcem zagłosowali na Mikołajczyka – wspomina Józef Stachura. – Dodatkowo dorobiliśmy kilka kartek z numerem 5, jaki nosiła lista PSL-u. Wiedzieliśmy, że nie będą one honorowane, ale chcieliśmy zamanifestować swoje poparcie. Dyskretnie wrzuciliśmy je do urny i nikt nie zwrócił uwagi. Taki Bzik, który stał przy urnie w komisji w Jedlnie zaobserwował, kto na kogo głosował. Jak zobaczył, że Kapuściński zagłosował na Mikołajczyka, to zaraz wskazał go ubowcowi. Za drzwiami zaraz został zatrzymany. UB przetrzymało go u siebie przez kilka godzin aż do końca wyborów. Potem na szczęście go wypuścili. Jak uczęszczałem na szkolenia w ramach „Służby Polsce”, to starałem się na zajęciach z zakresu przysposobienia wojskowego nauczyć jak najwięcej. Byłem najlepszy na całym kursie w walce na bagnety. Sztuki tej nauczył mnie ojciec, który wprawił się do niej podczas wojny polsko-bolszewickiej.”

Ja ich nie kochałem

„Zaraz zwrócono na mnie uwagę. Zostałem wezwany do Wojskowej Komisji Uzupełnień, gdzie zaproponowano mi wstąpienie do Szkoły Oficerskiej w Łodzi. Oficer, który mi to zasugerował oświadczył, że obserwują mnie od dawna i wiążą z moją osobą duże nadzieje. Co ja się potem musiałem nakombinować, żeby do tej szkoły nie pójść. Ja ich przecież nie kochałem, a oni chcieli bym im służył. Ostatecznie wykręciłem się od tej szkoły chorobą ojca. Musiałem jednak jeździć na szkolenia „Służby Polsce” do Radomska. Tam była strzelnica i mieliśmy zajęcia ogniowe. UB już na mnie jednak zwróciło uwagę. Jej pracownicy uznali zapewne, że skoro odrzuciłem ofertę, która w ich rozumieniu stanowiła wyróżnienie to znaczy, że mam gdzieś socjalizm. W 1950 r., gdy zajęcia w ramach „Służby Polsce” zbliżały się do końca, to UB złożyło mi wizytę. Zrobili to w bardzo podstępny sposób, udając walczących z komunistami partyzantów. Było to, jak pamiętam, w sobotę. Przez cały dzień znosiliśmy zboże do stodoły. Było to już po żniwach. Snopki, stojące w mendlach dobrze podeschły i trzeba je było znieść do stodoły, żeby się ziarno nie wysypało. Konia żeśmy nie mieli i wszystko musieliśmy zrobić sami.”

Splądrowali dom

„My z matką nosiliśmy na plecach, a ojciec woził taczką. Taką drewnianą z drewnianym kołem w metalowej obręczy. Wieczorem po robocie ja wyszedłem do cioci, mieszkającej od nas o jakieś 100 metrów. Tam jakiś czas siedziałem. Mamusia krowy wydoiła i szła z mlekiem w wiadrze do domu. Tuż za nią wpadli ci ubowcy udający partyzantów. Kazali podnieść wszystkim ręce do góry. Ojciec, który stał przy piecu, jak mi później opowiadał, chciał złapać młotek leżący na piecu i pier… jednemu z nich. Gdyby to zrobił, to z pewnością by go zabił. Dobrze jednak, że tego nie zrobił, bo te bandziory by ich zabiły. Zamknęli oni ojca z matką w komorze i kazali cicho siedzieć. Potem zaczęli przetrząsać cały dom. Szukali kompromitujących mnie materiałów. Nic rzecz jasna nie znaleźli, bo w domu nic nie było. Wściekli, że nic im nie wpadło w łapy, zrabowali z domu co cenniejsze rzeczy i poszli. Być może gdybym był w domu, to też by mnie ze sobą zabrali i rozwalili gdzieś po drodze, zwalając to na konto partyzantów. Jak wróciłem do domu od ciotki, to się przeraziłem. Całe wnętrze chałupy było splądrowane. Podarte spodnie się, k…a, ostały i nic więcej. Zabrali kożuch taki piękny, czarny, czapkę zieloną, buty oficerki, bluzę kanadyjkę, jakiej nikt nie miał w okolicy i nowy garnitur oraz kilka par spodni. Czasy były ciężkie, ale pijakiem nie byłem, zarabiałem handlując masłem i oszczędzałem każdy grosz. Jak się te zbiry wycofywały, to tą kanadyjkę i ze dwie pary spodni rzucili za rzekę w lesie. Chcieli zostawić ślad sugerujący, że to partyzanci dokonali rabunku.”

Szli za mną

„Ojciec zawiadomił oczywiście milicję, która poszła tropem tej grupy i znalazła te spodnie i kanadyjkę. Przyjechała też ekipa UB. Ta jednak mało interesowała się zdarzeniem, tylko pytała się, po co ja w poniedziałek pojechałem do Radomska. Napad miał bowiem miejsce w sobotę wieczorem, a ja w poniedziałek istotnie pojechałem do Radomska. Jak przechodziłem koło starej mleczarni, to nagle zobaczyłem, że idzie za mną dwóch ubowców w mundurach. Przystanąłem i oni też. Ewidentnie więc szli za mną. Wszedłem do apteki, a oni stanęli pod nią. Myślę, niedobrze, chcą chyba mnie zgarnąć. Gdyby chcieli mnie śledzić, to by puścili za mną kogoś po cywilnemu. W końcu wyszedłem z tej apteki i tych dwóch ubowców znów poszło za mną. Po jakimś czasie jednak skręcili w bok, a ja spokojnie wróciłem do domu. Nie wiem, w jakim celu szli za mną. Może chcieli mnie zastraszyć, ze wiedzą o każdym moim kroku. Jak w ten wtorek przyjechali do nas do domu i pytali mamę, po co byłem w Radomsku, to ta zgodnie z prawdą powiedziała, że pojechałem kupić kamasze. Zaproponowała też ubowcowi, by poszedł do pokoju i sprawdził. Ten machnął ręką. Dobrze bowiem wiedział, co robiłem w Radomsku. Później byłem wzywany jeszcze na posterunek milicji w Kruszynie. Komendant pokazał mi tą kanadyjkę i te spodnie, co milicja w lesie znalazła i pytał, czy je poznaję? Oczywiście poznałem. Te spodnie też. Komendant później chciał ode mnie tę kanadyjkę kupić, ale się nie zgodziłem. ­

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności