Adiutan “Jastrzębia”

“Żelazny” też był człowiekiem o olbrzymiej posturze. W partyzantce nosił tzw. “sukę”, czyli niemiecki ręczny karabin maszynowy. Potrafił z niego strzelać z jednej ręki. Jak był z bratem u “Anatola”, to zestrzelił z niego w Kodeńcu dwa samoloty niemieckie, które wioski paliły. Miał wtedy 18 lat.

– Po trzech miesiącach pułk Satanowskiego skierowano z Koronowa w nowe miejsce zakwaterowania w dawnych Prusach Wschodnich – wspomina Stanisław Pakuła. – Miejscem jego lokalizacji została Ostróda. W połowie września 1945 r., gdy już umieściliśmy się w nowych kwaterach, poprosiłem Satanowskiego o urlop zdrowotny. Ten zgodził się i udzielił mi trzytygodniowego urlopu. Pojechałem do domu z bronią, pistoletem 15-FM, który miałem jeszcze z czasów wojny. Któregoś dnia przyszli do mnie „Jastrząb” i „Żelazny”. Znałem ich wcześniej z partyzantki. „Jastrząb”, czyli Leon Taraszkiewicz był dowódcą plutonu dywersyjnego w oddziale „Anatola”, który współpracował z Satanowskim. Moja mama z jego ojcem byli też kumami, razem trzymali do chrztu dziecko. Był to chłop potężnej postury, z zawodu rzeźnik, obdarzony mimo młodego wieku ogromną charyzmą. Dwa razy po wojnie władze proponowały mu wstąpienie do Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie miał objąć wysokie stanowisko. Gdy dwukrotnie odmówił, przedstawiono mu ofertę objęcia funkcji naczelnika wiezienia na lubelskim zamku.

Doprowadzał do wściekłości

– Także się nie zgodził. Jego brat, Edward Taraszkiewicz, o pseudonimie „Żelazny” też był człowiekiem o olbrzymiej posturze. W partyzantce nosił tzw. „sukę”, czyli niemiecki ręczny karabin maszynowy. Potrafił z niego strzelać z jednej ręki. Jak był z bratem u „Anatola”, to zestrzelił z niego w Kodeńcu dwa samoloty niemieckie, które wioski paliły. Miał wtedy 18 lat. Często odłączał się od oddziału i na własną rękę dokonywał aktów dywersji, które Niemców doprowadzały do wściekłości. Wysadzał mosty i pociągi. Jak się skończyła wojna i przyszli Sowieci, to „Anatol” chciał, by „Żelazny” udał się do Woroneża na szkołę oficerską. „Żelazny „ jednak zdecydowanie odmówił. Zaczął on kręcić się po terenie, zbierać i gromadzić poniemiecką broń. W oddziale u „Anatola” było jednak sporo Ukraińców i go obserwowali. Uznali, że chce tworzyć antykomunistyczny oddział i go aresztowali. Jego matkę, ponieważ umiała mówić po niemiecku oskarżyli, że była volksdeutschką i też ją zamknęli. W lutym 1945 r., gdy Sowieci z więzienia mieszczącego się na lubelskim zamku wywozili osadzonych Akowców na Wschód, gdzieś pod Hrubieszowem udało mu się uciec z transportu i wrócić w okolice Włodawy na swój teren. Tam już tworzyły się oddziały, złożone z byłych Akowców, zagrożonych aresztowaniami.

Orzełek w koronie

– Odtwarzały się dawne struktury podziemne tyle, że oparte o ludzi mniej znanych UB. Gdy „Jastrząb” z „Żelaznym” zaproponowali mi wstąpienie do drugiej konspiracji, w ogóle się nie zastanawiałem. W domu dowiedziałem się, że jeden z członków mojej rodziny, należący do AK został aresztowany i wywieziony na „białe niedźwiedzie”. W wojsku też mi się za bardzo nie podobało. Byłem szarpany przez Informację Wojskową za to, ze nosiłem na czapce orzełka w koronie. Musiałem wpuścić koronę w polówkę i zaszyć nitką, żeby nie było widać. Zanim jednak oficjalnie wstąpiłem do oddziału razem z kolegą Eugeniuszem Pielachem „Felkiem” , który też zginął później nie wiadomo gdzie i jak, pojechałem jeszcze do Ostródy. Mogłem to uczynić, bo przecież formalnie byłem jeszcze na urlopie. W swoim mieszkaniu na kwaterze prywatnej miałem zgromadzoną sporą ilość amunicji kaliber 9 mm, bardzo poszukiwanej, bo pasowała do wielu rodzajów broni. Pasowała do visa, stena angielskiego i niemieckiego empi. Oprócz amunicji zabrałem jeszcze ze sobą pepeszę i pamiątkowy karabin mauzer. Razem z kolegą wróciliśmy do domu i poszliśmy do lasu. „Jastrząb” bardzo się ucieszył na nasz widok. Nie wierzył pewnie, że wrócimy. Szybko zorientowałem się, że jest to bardzo dobry dowódca. Miał na swoim koncie wiele udanych akcji.

Żydowski oficer

– Działał on na bezczelnego. Wykorzystywał dobrą znajomość języka rosyjskiego i zdobyczny numer enkawudzisty. Jeszcze jak byłem w wojsku, to ciężarówką dokonali rajdu po terenie. W Sosnowicy, w której mieszkało sporo Ukraińców, rozbili połączoną placówkę UB i MO. Później pojechali do Hańska, tam rozbili posterunek, w Dobesznie rozgonili koło PPR. Wtedy oddziałem formalnie dowodził „Sęp”, choć „Jastrząb” grał w nim pierwsze skrzypce. Po śmierci „Sępa”, „Jastrząb” wziął sprawy w swoje ręce. „Sęp” zginął w wyniku donosu Ukraińca w czerwcu 1945 r. By mieć co jeść, „Sęp” z kilkoma ludźmi zarekwirowali u jednego Ukraińca w Lubieniu świniaka. W lesie różanieckim 5 km od Włodawy zaczęli go oprawiać. „Jastrząb” z „Barabaszem” poszli do Włodawy, a na miejscu pozostali „Sęp”, Cipaławicz i Karaczewski. Ten Ukrainiec, u którego wzięli tę świnię poszedł ich śladem i ściągnął im na kark UB, które ich otoczyło. Jeden Cipaławicz się uratował, bo miał granat i nim utorował sobie drogę. „Sęp” zginął na miejscu. Karaczewski był ranny i żydowski oficer go dobił. Jak ja przyszedłem do oddziału, to ten szybko się rozrastał.

Pod komendą „Zapory”

– Przychodzili do niego głównie dezerterzy z wojska, którym nie odpowiadało panoszenie się w nim sowieckich oficerów. Przeprowadzał on dużo akcji i prasa komunistyczna zaczęła pisać, że banda „Jastrzębia” i „Żelaznego” jest najgroźniejsza w całym województwie lubelskim. Ja szybko awansowałem i zostałem adiutantem „Jastrzębia”. Sława naszego oddziału sprawiła, ze „Zapora” czyli Hieronim Dekutowski, dowódca największego zgrupowania WiN na Lubelszczyźnie zażądał, by „Jastrząb” podporządkował się jego rozkazom. W sprawie tej przybył do niego kapitan „Uskok”. „Jastrząb” się zgodził, bo miał zatargi z „Komarem” i „Orlisem”, kierującymi organizacją obwodową WiN. Wkrótce na nasz teren przybył oddział „Uskoka” ja sam przyprowadziłem , a „Żelazny” ściągnął oddział „Boruty” należący do Narodowych Sił Zbrojnych. UB stale deptało nam po piętach. Co rusz musieliśmy wymykać się organizowanym na nas obławom. Pamiętam, że w lipcu 1946 r. kwaterowaliśmy na kolonii Jamniki u Zasadzkich. „Jastrząb” poszedł zaś do wsi obok odwiedzić narzeczoną.

Puściliśmy ich wolno

– Oddziałem dowodził „Żelazny”. Gdy przygotowywaliśmy posiłek okazało się, że Zasadzcy nie mają ziemniaków. „Żelazny” kazał mi wtedy wziąć koszyk i iść po nie do Suchorabów. Poszedłem na skróty przez łąkę, ściągając buty, bo po drodze było rozlewisko. Doszedłem do Suchorabów, zobaczyłem kolegę i mówię – Mieciu, daj mi kartofli. – On odpowiedział – zaraz, tylko się uczeszę. Nagle słyszymy szczekanie psa. Pani Suchorabowa wyjrzała na dwór i mówi – Leon! – Nie znała ona pseudonimu „Jastrzębia” i mówiła do niego po imieniu. Wyjrzałem przez okno i widzę , że „Jastrząb” owszem idzie, ale w towarzystwie dwóch żołnierzy, którzy go złapali, ale nie wiedzieli, kogo mają. Wyskoczyłem z pistoletem i krzyczę- ręce do góry! Żołnierze zbaranieli, a „Jastrząb” wyrwał obu broń. Jeden miał broń, a drugi kabeka. Zabraliśmy im tylko amunicję i puściliśmy wolno. Natychmiast ruszyliśmy w stronę oddziału, bo tych dwóch żołnierzy było zapowiedzią, ze właśnie wokół nas zaczęła rozwijać się obława. „Żelazny” już zauważył ruchy wojska i poderwał oddział, który rozstawił się wzdłuż drogi. „Żelazny”, jak zobaczył brata, to uderzył go w twarz z pretensjami, że zamiast trzymać się oddziału, chodzi do dziewczyny. „Boruta” i „Wiktor” wskoczyli między nich i rozdzielili.

Bracia żołnierze

– Nie było zresztą czasu na kłótnie. Obława trwała w najlepsze. Z chałup wyciągano coraz więcej osób i ładowano na ciężarówki. Trzeba było podjąć jakąś decyzję. Lada chwila dowodzący obławą mógł się zorientować, że oddział, który ściga, stacjonuje na kolonii, a nie we wsi. „Boruta” szybko przywołał „Jastrzębia” do porządku i zawołał – kolego dowódco, co robimy? „Jastrząb” nie chciał podejmować walki we wsi, bo bał się, że prowadzący obławę spalą wieś. Postanowił zorganizować zasadzkę przy szosie, biegnącej z Parczewa do Włodawy przez Kołacze. Rzuciliśmy się biegiem przez zarośla i łąki, żeby zdążyć przed konwojem , wiozącym aresztowanych. Zajęliśmy stanowiska i czekamy. Nagle widzimy, jadą trzy samochody. „Jastrząb” wydał wtedy rozkaz – chłopcy, nie strzelać do samochodów. Puścić serię górą i wyskakiwać z okrzykiem – “Bracia żołnierze, my polska partyzantka, nie chcemy się z wami bić, oddajcie nam tylko naszych ludzi”.

Cdn.

Marek A. Koprowski

forma płatności