Jak długo będziemy kierować się zasadą, że „Rosjan ma się albo pod butem, albo na gardle”, tak długo będziemy bezsilni w realizowaniu naszych interesów w otoczeniu międzynarodowym.

Swego czasu Władimir Putin wypowiedział słynne zdanie zawierające stwierdzenie, iż każdy, kto chciałby powrotu Związku Radzieckiego, nie ma rozumu. Jednakowoż w Rosji osoby pozbawione rozumu nie partycypują we władzy. Jest to istotna różnica między naszym północnym sąsiadem a Polską. Niekiedy można odnieść wrażenie, że w Polsce nieracjonalne podejście do Rosji jest nie tylko najwyższej próby kwalifikacją merytoryczną, ale i kwalifikacją moralną, a nawet synonimem patriotyzmu.

Tego typu tezę uzasadnia zjawisko, które możemy zaobserwować zarówno w polskim życiu politycznym jak i w mediach. Stosunki z Rosją są przedstawiane w sposób niemalże manichejski. Albo Targowica, albo nowy hołd ruski i zajęcie Moskwy. Albo zaprzaństwo, albo walka z Moskalami na śmierć i życie. Polska i Rosja po prostu nie mogą istnieć jednocześnie. Są jak główni bohaterowie głośnego „Nieśmiertelnego” z Christopherem Lambertem – jeden musi w końcu zlikwidować drugiego, jeśli nie teraz, to w bliższej lub dalszej przyszłości.

Na konflikt bez wyjścia, w którym obowiązuje zasada kto kogoi w którym jedna ze stron musi w końcu skapitulować, wygląda ostatni spór o pomniki żołnierzy Armii Czerwonej, które polski rząd chce przenieść do specjalnie wydzielonego w tym celu miejsca. Rosjanie traktują tę sprawę poważnie i ostro oponują, argumentując nie tylko odwołaniami do prawa międzynarodowego, ale i do ofiar poniesionych przez żołnierzy Armii Czerwonej w walce z III Rzeszą.

Z polskiego punktu widzenia sprawa jest bezdyskusyjna – Armia Czerwona w roku 1944 i 1945 była nadal tą samą Armią Czerwoną, która napadła na Polskę 17 września roku 1939, więc pomniki żołnierzy tej formacji nie powinny być obecne w miejscach publicznych. Uczciwie trzeba jednak dodać, że na to, jaki ustrój zaprowadzali w Polsce, maszerując tędy na Berlin, większego wpływu czerwonoarmiści nie mieli – tak samo zresztą, jak walczący u ich boku żołnierze Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR.

Wyjście z tej sytuacji byłoby możliwe do znalezienia, gdyby tylko odejść od dotychczasowego paradygmatu w stosunkach z Moskwą. Byłoby to wyjście, które na dodatek pozwoliłoby Polsce tę sprawę wygrać propagandowo i odebrać Rosji argumenty. Należałoby zaproponować stronie rosyjskiej postawienie w Warszawie i Moskwie dwóch identycznych i okazałych pomników ofiar komunizmu – Polaków i Rosjan – z katolickim i prawosławnym krzyżem, z dwujęzyczną tablicą. Nie urągałoby polskiej godności, gdyby zakomunikowano Moskwie, iż Warszawa uważa zwykłych żołnierzy Amii Czerwonej za ofiary systemu komunistycznego i sprawę uhonorowania poniesionych przez nich ofiar uważa za zamkniętą. Można też to zrobić nawet w porządku jednostronnym.

Przy wszystkich wymienionych wcześniej zastrzeżeniach warto podkreślić, że to, co łączy walkę żołnierzy radzieckich i polskich, to fakt walki z wrogiem, którego celem była fizyczna eksterminacja tak Polaków, jak i Rosjan. Wbrew mitowi o rzekomej wyjątkowości holocaustu Żydów, my Słowianie mieliśmy być następni. Żołnierze Armii Czerwonej nie wyzwolili Polski, bo i sami wolności nie mieli, ale ich wkroczenie uratowało biologiczną tkankę narodu polskiego. Nie musimy podzielać perspektywy rosyjskiej i narracji o „wyzwoleniu” – tym bardziej, że dziwnym trafem Armia Czerwona przeczekała na prawym brzegu Wisły Powstanie Warszawskie. Możemy jednak spróbować zrozumieć rosyjską wrażliwość choćby w tym względzie, że zginęło tu 600 tysięcy żołnierzy, zwykłych ludzi, którzy w większości prawdopodobnie wcale nie mieli ochoty walczyć w Polsce, a którym drogę odwrotu zastępowało NKWD. W tym duchu można odczytywać zapomniane niestety przesłanie Jarosława Kaczyńskiego do Rosjan z 9 maja 2010 roku:

„Wiem, o czym by [Lech Kaczyński] myślał, patrząc z dumą na defilujących polskich żołnierzy. Myślałby o milionach żołnierzy rosyjskich, którzy polegli w walce z niemiecką Trzecią Rzeszą. Ale myślałby także o Katyniu. Myślałby o zbrodni, która 70 lat temu tak bardzo podzieliła nasze narody. Wiem, że w ziemi rosyjskiej leżą miliony ofiar stalinowskiego terroru – Rosjan, przedstawicieli innych narodów […] Polacy pamiętają ciosy i kule zbrodniarzy z NKWD, ale pamiętają także, że w tym strasznym czasie od bardzo wielu Rosjan spotykała ich pomoc” – mówił prezes PiS.

Cała sprawa ma jeszcze drugie dno. Rosyjskie elity mają to niezrozumiałe dla nas przyzwyczajenie, że dbają o wizerunek i godność swojego państwa. Jak mawiał bowiem klasyk, państwa dzielą się na poważne i pozostałe. Zachodzi duże podejrzenie, że rosyjską reakcję wywołało nie to przede wszystkim, iż demontowane są pomniki czerwonoarmistów, ale to, że Polska najprawdopodobniej poczyniła ten krok bez uprzedniego poinformowania strony rosyjskiej. Z Rosjanami rozmawia się bowiem tak, aby z każdej sytuacji mogli wyjść z twarzą, chyba że rzeczywiście zależy nam na konflikcie i nieustępliwości tamtej strony. Wspomniana propozycja wspólnego pomnika po uprzednim poinformowaniu strony rosyjskiej o zamiarze demontażu monumentów Armii Czerwonej byłaby klasycznym krokiem zrobionym w tył po to, by następnie zrobić dwa kroki w przód. Jeśli już chcemy koniecznie stosować logikę konfliktu, to tutaj Polska byłaby górą, a Rosja musiałaby ustąpić, choć lepiej dla obydwu naszych narodów byłoby przyjąć, że wilk byłby syty, a owca pozostała cała.

Osobną kwestią pozostaje podejrzana koincydencja tego wydarzenia z ogłoszonym „zaproszeniem” brygady wojsk pancernych USA do Polski. Nie chodzi nawet o to, że Amerykanie przychodzą tu o ponad 70 lat za późno, ale o to, że klasyczna „teoria spiskowa” podpowiada, iż likwidacja monumentów czerwonoarmistów ma być uzasadnieniem wyboru geopolitycznej orientacji Polski w roku 2016, a nie symbolicznie przywracać właściwy ład moralny, przynajmniej nie tylko. Wreszcie wygramy „zimną wojnę” z Imperium Zła będąc po stronie Zachodu, tylko znowu o kilka dekad za późno, kiedy tego imperium już dawno nie ma.

Wielu komentujących niedawny tekst o potrzebie „resetu” polsko-rosyjskiego wskazywało, że Rosja nie uczyniła żadnego gestu wobec Polski, który zwiastowałby pojawienie się możliwości ułożenia w ten sposób relacji Warszawy z Moskwą. Czymże jednak, jak nie daleko posuniętym gestem, ręką wyciągniętą do zgody przynajmniej w aspekcie stosunku do zbrodni stalinizmu, było przemówienie Władimira Putina w Katyniu 7 kwietnia 2010 roku, jego pojawienie się na pokazie filmu Andrzeja Wajdy wraz z Dmitrijem Miedwiediewem oraz uchwała rosyjskiej Dumy Państwowej stwierdzająca odpowiedzialność NKWD za mord na polskich oficerach? Ponadto, za Katyń przepraszał już Borys Jelcyn w 1994 roku pod Krzyżem Katyńskim w Warszawie. Istotnym wydaje się pytanie – co właściwie Polska chce jeszcze osiągnąć w tej sprawie? Co ma jeszcze zrobić Rosja, żeby Warszawa poczuła się usatysfakcjonowana? Być może jest coś, co wymaga dodatkowego wyjaśnienia, ale niech ktoś decyzyjny wyartykułuje wreszcie wszystkie nasze postulaty, choćby po to, by mieć czyste sumienie, gdy Rosjanie je odrzucą. Na razie nie wiemy na ten temat nic lub prawie nic.

Niektórym jednak zależy, by zbrodniom sowieckim nadać współczesną interpretację w celu uzasadnienia swoich poglądów na bieżąca sytuację międzynarodową. Zamiast wyjść z założenia, iż – jak mawiał nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz – dla komunistów „komunizm był wyznaniem wiary i narodowości”, szuka się analogii między zbrodniami sowietów na Polakach a polityką współczesnej Rosji. I tak, według jednego z najwybitniejszych, obok Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, intelektualistów związanych z obozem PiS, Dawida Wildsteina, więzienie ukraińskiej pilot Nadii Sawczenko to niemal kopia „procesu szesnastu” z 1945 na przywódcach Polskiego Państwa Podziemnego:

„Sprawa Nadii Sawczenko powinna być wyrzutem sumienia dla każdego z nas. Nam Polakom jej proces powinien przypominać jak sowieci traktowali naszych żołnierzy i przywódców naszego Państwa” – pisze obecny szef publicystyki w TVP Info.

Tymczasem, politykę gestów i wyciągniętej dłoni uprawia się wtedy, gdy istnieje po drugiej stronie szansa na pozytywny odzew. Z punktu widzenia Rosji taka postawa obecnie nie tylko narażałaby państwo rosyjskie na nadszarpnięcie swojej godności, ale też byłaby nieracjonalna. Jak bowiem rozmawiać z Warszawą, która nawet z kwestii tzw. „integralności terytorialnej Ukrainy” robi zagadnienie stosunków dwustronnych z Rosją? Póki co, taka polityka nie miałaby żadnych widoków, więc nie ma sensu z perspektywy Moskwy wyciąganie ręki do polskich władz.

Na kwestię Katynia nakłada się jeszcze nieszczęsny Smoleńsk – nie dlatego nieszczęsny, że sprawa wyjaśnienia tragedii rzekomo nie jest priorytetowa, ale dlatego, że przy okazji katastrofy po raz kolejny z grobów wyciągane są ofiary stalinizmu, co jest już odrobinę niesmaczne. Śmierć polskiego prezydenta udającego się do Katynia robi wrażenie, ale stawianie znaku równości między tym, co stało się w katyńskim lesie w 1940 a tragedią z 2010, jest klasycznym pomieszaniem porządków, pójściem na skróty, a może wręcz pójściem w odwrotnym kierunku niż ku prawdzie o katastrofie. Jeśli bowiem przyjmiemy, że analogia między Katyniem a Smoleńskiem jest uprawniona, to mamy z góry przyjętą tezę o mordzie Rosjan na polskiej delegacji – oczywiście tak jak w 1940 roku. O ile nie można wykluczyć hipotezy o zamachu (tylko czy na pewno dokonanym przez Rosjan?), to nie można też z góry brać jej za pewnik, gdyż nie ma to nic wspólnego ze sztuką docierania do prawdy. Niczemu też nie służy nakręcanie emocji wokół sprawy Katynia, gdzie mordowano także Rosjan, co zresztą mogłoby stanowić podłoże do oceny i rozliczenia zbrodni systemu komunistycznego – zarówno na Rosjanach, jak i Polakach. Na razie Rosjanie robią to na własną rękę, nie oglądając się na Polaków, w obwodzie smoleńskim otwarto właśnie Muzeum Katyńskie, którego część ekspozycji poświęcona ma być polskim oficerom.

Zarazem tego typu toksyczne, choć niekiedy zrozumiałe, emocje nie pozwalają nam na chłodno przeanalizować możliwości skutecznego dochodzenia swoich praw odnośnie do wraku Tu-154M. Zamiast załatwić tę sprawę po cichu, przedstawić Rosjanom propozycję, w której zachowujemy przynajmniej pozory respektowania ich wewnętrznego śledztwa dotyczącego katastrofy, bezsensownie umiędzynaradawiamy tę kwestię poprzez dające odwrotny skutek naciski – czy to z Parlamentu Europejskiego, czy to w inny sposób. Nie mówimy tu o aspekcie moralnym, mówimy tu o aspekcie politycznym, a polityka to także sztuka osiągania celów.

Wzajemnych stosunków nie poprawiają też manewry rosyjskie, w których ćwiczy się różnego rodzaju scenariusze, w tym te o charakterze ofensywnym wobec Polski.

Oczywiście, można by mieć do Rosji pretensje o tego typu ćwiczenia, ale jednocześnie trzeba odżegnać się od pro-amerykanizmu, aby nie popaść w hipokryzję i zachować trzeźwy osąd. Rosja dlatego ćwiczy ewentualny atak atomowy na Warszawę, bo Polska jest przyczółkiem wrogiego bloku militarnego. Z dokładnie tych samych powodów Amerykanie, czemu zapobiec miał czczony przez opcję pro-amerykańską w Polsce płk Kukliński, byli gotowi zniszczyć nasz kraj grzybem atomowym. Nie dlatego, że w szczególny sposób nie lubili Polaków, ale dlatego właśnie, że tego wymagałoby pokonanie wrogiego mocarstwa, którego Polska była satelitą. Dokładnie z tych samych powodów takiej teoretycznej sytuacji nie wyklucza Moskwa. Można by mieć do Rosji pretensje o nieuzasadnioną wobec nas wrogość, gdyby ćwiczyła atak atomowy na Warszawę, a wówczas Polska nie byłaby w NATO. Jednak najprawdopodobniej w takim przypadku Rosja nie miałaby powodów, by w ogóle Polskę rozpatrywać jako cel.

Cóż bowiem by nam przyszło z tego, że Amerykanie zniszczyliby państwo opresyjne wobec narodu polskiego, jakim była bez wątpienia PRL? Tym właśnie się różni podejście narodowca od państwowca, że wyżej stawia naród, niż państwo. Lepiej, żeby istniał naród polski, nawet w ramach PRL, niż żeby wraz z PRL-em zniszczony został przez grzyb atomowy. Albo więc się przyjmuje, że mocarstwa zachowują sobie prawo do zniszczenia państwa-satelity drugiego, wrogiego mocarstwa, albo stosujemy zgubne dla nas podwójne standardy. Nie słychać bowiem głosów oburzenia, że nasz obecny hegemon do niedawna nie wykluczał możliwości zmiecenia narodu polskiego z powierzchni ziemi, gdyby uznał to za konieczne.

Paroksyzm naszego całkowicie odrealnionego podejścia do Rosji przejawia się także na płaszczyznach dalekich od egzystencjonalnych interesów państwa. Nawet wobec porozumienia gazowego Rosji z Niemcami zwieńczonego Gazociągiem Północnym minister Radosław Sikorski nie znalazł dla siebie lepszego punktu odniesienia niż pakt Ribbentrop-Mołotow. Kolejny rozbiór Polski mógł zostać jednak udaremniony, wystarczyło przyjąć ofertę Moskwy i przystać na drugą nitkę Gazociągu Jamalskiego przez Białoruś i Polskę. Choć interesy Rosji, która chciała poprowadzić gazociąg na powierzchni ziemi mniejszym kosztem niż po dnie Bałtyku oraz Polski, której powinno zależeć na pozostaniu krajem tranzytowym, były w tym wypadku zbieżne, to ofertę odrzucono. Jamał-2 miał bowiem omijać Ukrainę, co dla elit warszawskich byłoby całkowitą kapitulacją i uleganiem Moskwie.

Rosja, rzecz jasna, narzuca nam coś w rodzaju renty monopolowej, przez co płacimy za gaz bardzo wysokie stawki. Nie jest to mimo wszystko dowód, że Rosja chce Polskę zniszczyć, jakkolwiek by się starać to wykazać. Korzystne stawki przewidziano chociażby dla Białorusi, ale i tutaj Rosja otrzymuje w zamian uprzywilejowaną pozycję w białoruskiej gospodarce. Polska nie jest w stanie – może i nawet słusznie – zaoferować Rosji tego typu „zachęt”, a atutów wobec strony rosyjskiej pozbyliśmy się na własne życzenie. Nie ma powodu, by wymagać od Rosjan zachowania z ich punktu widzenia nieracjonalnego i by obniżyli nam ceny na gaz bez wyraźnej dla siebie korzyści. W tym wypadku trzeba zdywersyfikować dostawy tego surowca i zmierzyć się z Rosją w konfrontacji naszych i jej interesów. Ma ona sens i to mimo tego, że najpewniej nie skończy się zniszczeniem Federacji Rosyjskiej, a co najwyżej propozycją „konstruktywnego rozwiązania kwestii dostaw gazu z uwzględnieniem interesów obydwu stron”, czy jak jeszcze nazwie rosyjska dyplomacja propozycję renegocjacji stawek na błękitne paliwo. Aby do tego doszło, trzeba mieć po swojej stronie konkretne argumenty. Porozumienie zawarte niedawno odnośnie do tranzytu polskich TIR-ów przez Rosję i rosyjskich przez Polskę pokazuje, że Federacja Rosyjska to państwo jak każde inne – kierujące się nie „racjami moralnymi”, a interesami i gotowe do porozumień, gdy uzna to za opłacalne. Jest bowiem wątpliwe, by Rosjanie zlękli się inwazji wojsk polskich na Moskwę i skapitulowali pod wpływem polskiego ultimatum. Nie była to kwestia życia i śmierci nie tylko dla Rosji, ale i nawet dla Polski.

To, jak daleko jesteśmy od patrzenia na stosunki z Rosją w sposób stricte polityczny, uwydatnia często powtarzany argument o braku braterstwa między naszymi narodami. Tymczasem braterstwo to kategoria przynależąca do sfery czysto emocjonalnej, a nie politycznej. Zła wiadomość jest taka, że Rosjanie są naszymi braćmi o tyle, o ile łączy nas wspólne pochodzenie i językowe pokrewieństwo – wbrew wyjętym żywcem z Marksa teoriom o azjatyckim usposobieniu Rosjan, mających na celu odczłowieczenie tego narodu i głupio dyskredytujących samych Azjatów. Dokładnie w takim samym znaczeniu naszymi braćmi są Ukraińcy i to nawet bardziej niż, co zabrzmi może jak bluźnierstwo, mający nad Wisłą dobry PR Węgrzy, którzy nie są Słowianami, mają inną mentalność, nie mówiąc już o języku. Profesor Koneczny wysnuł nawet teorię, że braterstwo polsko-węgierskie wywodzi się z kontaktów Polaków z historycznymi Górnymi Węgrami, czyli dzisiejszą Słowacją, zamieszkiwaną przez bliski nam, choć nie mający wówczas jeszcze ukształtowanej świadomości, słowiański naród. Z Węgrami łączą nas za to interesy i to bez związku z naszym, istniejącym czy też nie, braterstwem z Madziarami. Jeżeli zaś braterstwo miałoby oznaczać utożsamianie się innego narodu z naszym interesem politycznym, to nawet w przypadku Węgrów możemy się okazjonalnie rozczarować. Utożsamianie się z interesami innych państw to niestety choroba typowo polska i inne nacje niespecjalnie mają ochotę się nią od nas zarażać, nawet jeśli są to bracia Ukraińcy, którym na wiele sposobów uchylamy nieba własnym kosztem. Z samą Ukrainą dzieli nas nawet nie kwestia Wołynia – bo tu nasza agenda powinna być jednoznaczna bez względu na to, co sobie o tym pomyślą w Kijowie, zresztą z niewytłumaczalnych względów wobec wielkiej Rosji jesteśmy w stanie domagać się implementacji naszego spojrzenia na Katyń, a wobec słabej Ukrainy nie chcemy nawet wyegzekwować uwzględnienia naszego punktu widzenia na Wołyń. Te podwójne standardy rodzą podejrzenia, że w sprawie Katynia chodzi o coś więcej, niż oddanie sprawiedliwości ofiarom i to o coś, co właśnie tym ofiarom urąga i co ma służyć uzasadnieniu bieżących decyzji w polityce międzynarodowej. Natomiast w naszym miejscu Europy nie mogą istnieć dwa silne państwa jednocześnie. Nie ma silnej Polski bez słabej Ukrainy i nie ma silnej Ukrainy bez słabej Polski – i Wołyń nie ma tu nic do rzeczy.

Jak długo będziemy kierować się zasadą, że „Rosjan ma się albo pod butem, albo na gardle”, tak długo będziemy bezsilni w realizowaniu naszych interesów w otoczeniu międzynarodowym. Rzeczywistość wykazuje, że stosunki z Rosją nie są zerojedynkowe. Czas, by wreszcie załapać z tą rzeczywistością kontakt na wzór samej Rosji. Gdyby ta bowiem kierowała się tymi samymi przesłankami, co elity warszawskie, to Polski rzeczywiście dawno by już za sprawą Federacji Rosyjskiej na mapie Europy nie było. Widocznie na Kremlu wychodzą z założenia, że jednak Polska i Rosja mogą istnieć jednocześnie.

Jeśli nawet założymy, że Rosja zamierza zlikwidować państwowość polską – bo przecież od 300 lat nas nieustannie i w sposób wyjątkowy na tle innych państw niszczy (to sarkazm) – to i tak nie zmienia to faktu, że rosyjskie elity polityczne są racjonalne. Rosja nie tylko nie ma żadnego interesu w atakowaniu nas, ale nie ma przede wszystkim na to środków ani siły. Nawet jeśli Putin nie śni o niczym innym niż zajęcie Warszawy, to pozostanie to w sferze jego marzeń. Lokator Kremla i jego otoczenie czynią wyraźne rozróżnienie między tym, co się chce, a tym co się może.

Warto przynajmniej pod tym względem uczyć się od Rosjan. Inaczej wciąż będziemy przegrywać. Jeśli nie zniszczą nas Rosjanie, to zrobimy to w końcu sami na własne życzenie, choć może wreszcie, ku własnej uciesze, rękami przeklętych Moskali.

Marcin Skalski

forma płatności