Prof. Łagowski: Rosjanie przyłączyli Krym tak jak kiedyś Polacy przyłączyli Wilno

Profesor Bogusław Łagowski uważa, że sposób przyłączenia Krymu do Rosji przypomina tę samą metodę, jaką Polacy zastosowali przy odzyskiwaniu Wilna w ramach tzw. buntu Żeligowskiego w 1920.

CZYTAJ TAKŻE: Profesor Łagowski o zagrożeniu ze strony ukraińskiego nacjonalizmu

[…] pozytywne przyjęcie przez Rosjan ponownego przyłączenia Krymu jest odruchem tak naturalnym, jak kiedyś naturalne było polskie pragnienie przyłączenia Lwowa, co zresztą zrobiliśmy za pomocą wojska, jak i przyłączenie Wilna; i nawet – jeśli chodzi o metody w przypadku przyłączania Litwy Środkowej – to były one takie same, jak metoda przyłączenia Krymu. Polacy nie wyobrażali sobie po I wojnie światowej, że Wilno może nie być polskim miastem, a mocarstwa zachodnie przyznały je Litwie. Wobec tego Piłsudski postąpił tak jak Putin: nakazał swojemu gen. Żeligowskiemu, żeby się “zbuntował” – i zajął Wilno. A Żeligowski przeprowadził wszystko w następujący sposób: wziął swoje wojsko i pomaszerował w stronę Wilna, mówiąc napotkanym Litwinom, że nie są żadnym wojskiem, lecz rezerwistami, którzy wracają z wojny w swoje rodzinne strony. W ten sposób doszli do Wilna i opanowali je. Następnie zrobiono referendum, w którym oczywiście Wilno wypowiedziało się za związkami z Polską. Polski Sejm na podstawie tego referendum przyjął tak zwaną Litwę Środkową do Polski. Inaczej sobie Polacy tego nie wyobrażali. Przecież to było tak oczywiste. Mocarstwa zachodnie protestowały, ale z czasem przestały protestować. Dla Rosjan jest natomiast zupełnie oczywiste, bez żadnej propagandy, że Krym to jest kawałek ich ojczyzny, który niejako wrócił do macierzy. Oni tak czują. Nie mówię, że należy usprawiedliwiać zajęcie Krymu, ale trzeba mieć do tego dystans. Jak można z pełnym zaangażowaniem i tak histerycznie reagować na przyłączenie Krymu, mając w swojej historii tych wileńskich “zielonych ludzików”? Nie trzeba żadnej propagandy, nie trzeba ogłupiania Rosjan: oni tego chcieli, tak jak Polacy chcieli Lwowa i Wilna. Europa może się oburzać i Polska również, ale Polska powinna to robić z jakimś dystansem, dlatego że zajęcie Krymu zostało zrobione na wzór polski– twierdzi profesor.

Naukowiec spróbował ocenić także politykę i osobowość prezydenta Rosji Władimira Putina:

Nie mam podstaw do jakiegoś wyraźnego stanowiska w sprawie Putina. Obserwuję tylko od kilkunastu lat działanie czarnego PR-u przeciw Putinowi i ten PR ma jak najbardziej powodzenie i wpływ. Jak słyszałem – robi to firma PR-owska, która przygotowywała wojnę z Serbią, ale to jest drugorzędna kwestia. Putin jest tym politykiem rosyjskim, na którego nie można oddziaływać, tak jak można było oddziaływać na Gorbaczowa czy Jelcyna. Oni byli bardzo otwarci, ulegali wpływom. Putin tego nie robi, jest to tzw. mocny człowiek, w dobrym czy złym sensie – tego nie rozstrzygam. Wydaje się, że usunięcie Putina jest, jeżeli chodzi o czas, pierwszym celem polityki amerykańskiej. Dlatego że on jest rzeczywiście problemem– uważa profesor Łagowski. Uważa on również, że w stosunkach polsko-rosyjskich nie ma realnych powodów do konfliktów:

[…] w stosunkach polsko-rosyjskich nie ma realnych powodów do konfliktów. Nie ma problemów terytorialnych, nie ma problemu zakręcenia kurka. W zasadzie żadnego realnego problemu, który mógłby wzbudzać wrogość, nie ma. Istnieje problem polityki historycznej, bagażu historycznego, który Polacy dźwigają, a który jest antyrosyjski. Istnieje problem współzawodnictwa tego duopolu rządzącego (PO-PiS) o to, kto jest większym patriotą, czyli kto jest bardziej antyrosyjski, co z kolei napędza nastroje antyrosyjskie– mówi profesor.

Putin, to było widać, kilka lat temu podjął decyzję o zasadniczym poprawieniu stosunków z Polską. Czynił nie tylko gesty, przyjeżdżając do Polski, przepraszając itd., ale też przymykał oko na to, co się w Polsce przeciw Rosji mówi czy ewentualnie działa. W Moskwie przyjęto założenie, że z Polską, której znaczenie w UE wzrasta, należy poprawić stosunki i to w tym kierunku szło, ale nie mogło daleko zajść. I wcale katastrofa smoleńska nie jest tu zasadnicza, lecz to, jak na nią zareagowano. Jednym słowem, ze strony rosyjskiej były próby złagodzenia stosunków, rozpoznanie ze strony dyplomacji polskiej było jednak złe. Putin się mylił, sądząc, że sprawa Katynia jest tak dla Polaków ważna, że trzeba ją postawić na pierwszym miejscu i uregulować. Sprawa Katynia, jak widzimy, zeszła na dalszy plan. Zresztą ona nie miała wielkiego znaczenia po 70 latach od tej zbrodni. Rosjanie się więc pomylili. Ich działania nie dały żadnego rezultatu. Przeciwnie – rusofobia zaczęła być nakręcana coraz bardziej. Polacy podpisaniu umowy stowarzyszeniowej UE z Ukrainą nadali charakter jakiejś walki geopolitycznej, maksymalnie je zgeopolityzowali, podkreślając antyrosyjski charakter tego podpisu. Robili wszystko, co tylko mogli, aby stosunki z Rosją popsuć i przy okazji też popsuli swoją sytuację. Spotkałem się z takimi poglądami politologów, mam tutaj na myśli zwłaszcza jednego francuskiego, Emmanuela Todda, który dowodził – moim zdaniem przekonująco – że Polska, dążąc do zwiększenia swojej roli w Europie, mogłaby to najłatwiej i najpewniej osiągnąć, występując jako sprzymierzeniec Rosji, ponieważ tutaj nie ma jakichś realnych problemów i nie zanosi się na żadne konflikty. A występować w takiej roli na Zachodzie to duży atut. Niestety, to jest tak odległe od tego, co Polacy myślą i sobie wyobrażają, że było niewykonalne– dodaje naukowiec. Krytycznie ocenia on również stosunek całej polskiej klasy politycznej do konfliktu ukraińsko-rosyjskiego:

Ukraina ma prawo być państwem niepodległym, ale my nie możemy brać odpowiedzialności za losy Ukrainy; nie powinniśmy się mieszać w jej sprawy, ponieważ nie mamy żadnych atutów i występujemy wyłącznie jako pomocnik Amerykanów. Najlepszą polityką jest polityka obserwatora, niemieszającego się i nietracącego nic ze swojego stanu posiadania politycznego czy militarnego. Nie wolno się zachowywać tak jak polski rząd. Mianowicie – zbroić się na okoliczność, no właśnie, jaką? Wojny? Jeżeli w tej części Europy wojna by jednak wybuchła, to największą ofiarą będzie Polska. Jeżeli już Polska chce być aktywna w tej sprawie, to tylko jako mediator między Ukrainą a Rosją. Oczywiście to jest niemożliwe, bo Polakom to się w głowie nie mieści. To, co jest najbardziej oczywiste, realistyczne i korzystne, im się w głowie nie mieści– mówi profesor Łagowski.

onet.pl/Kresy.pl

forma płatności