Moja osoba nie spodobała się jednak tłumaczowi. Byłem inaczej ubrany i nie pasowałem do tego towarzystwa. Podszedł do mnie i kopnął. Udawałem bowiem, że śpię. – Kto to? – jeszcze raz zapytał babcie. One jeszcze raz zgodnym chórem odpowiedziały – To nasz!
– Chcąc dostać się do Rabki do lekarza Eugeniusza Gorczyńskiego, wsiadłem najpierw w Chełmie do pociągu i pojechałem do Lublina – wspomina ks. Zbigniew Jan Staszkiewicz. – Z niego udałem się zaś do Krakowa. Oczywiście wtedy zupełnie inaczej się podróżowało. Polscy kolejarze od nikogo nie brali pieniędzy, nie sprawdzali biletów, jechało się za darmo. Gdy znalazłem się na peronie w Krakowie, usłyszałem nagle zapowiedź przez megafony, że będą sprawdzane dokumenty. Wpadłem wtedy w popłoch, żadnych dokumentów przecież nie miałem. – Boże Drogi! Co ja teraz zrobię? – pomyślałem. Byłem wtedy obok gmachu dworca wypełnionego ludźmi. Nagle słyszę język ukraiński, który znałem bardzo dobrze. Rozejrzałem się. Dobiegał on z małej poczekalni. Okazało się, że siedzieli w niej Ukraińcy uciekający przed Armią Czerwoną do Niemiec. Na stercie walizek i jakichś tobołów siedziały dzieci, baby i jacyś staruszkowie.
– Od razu uznałem, że muszę się tu schować. Poprosiłem jedną z Ukrainek, której dobrze z oczu patrzyło, żeby w razie kontroli powiedziała, że jadę z nimi. Ona spojrzała na mnie i rzuciła – dobre! – Wtuliłem się w jakąś pierzynę i czekałem, co będzie dalej. Nie byłem pewny, jak się zachowają Ukraińcy w poczekalni. Mogli mnie wydać. W pewnym momencie do poczekalni wszedł żandarm z tłumaczem. Spytał się Ukraińców, kim są i dokąd jadą. Odpowiedzieli, że są Ukraińcami, którzy udają się na roboty do Niemiec. Żandarm upewnił się, czy wszyscy. Ci odpowiedzieli chórem, że tak. Moja osoba nie spodobała się jednak tłumaczowi. Byłem inaczej ubrany i nie pasowałem do tego towarzystwa. Podszedł do mnie i kopnął. Udawałem bowiem, że śpię. – Kto to? – jeszcze raz zapytał babcie. One jeszcze raz zgodnym chórem odpowiedziały – To nasz! Tłumacz uznał, że mówią prawdę i wyszedł z żandarmem. Babcie uratowały mi życie. Oczywiście gdybym nie znał języka ukraińskiego i zwrócił się do nich po polsku, pewnie by mi nie pomogły. Przypomniałem sobie wtedy nauczycieli z sowieckiej szkoły, którzy zachęcali mnie do nauki języka ukraińskiego.
Postanowiłem się go nauczyć, uważałem bowiem, że znajomość każdego języka wzbogaca i nie można marnować szansy nauczenia się go. Moi koledzy dziwili mi się. – Po co ci to? – Okazało się jednak, że to ja miałem rację. Znajomość ukraińskiego uratowała mi życie. Gdy Niemcy wyszli z poczekalni, przez megafon zapowiedziano pociąg do Zakopanego przez Chabówkę. W niej miałem wysiąść, żeby dojść do Rabki. Podziękowałem ukraińskim babciom i pojechałem. Jakoś udało mi się dostać do Rabki i odnaleźć dentystę Gorczyńskiego. Jak mnie zobaczył, to się jednocześnie ucieszył i przeraził. Powiedział, że bardzo chętnie udzieliłby mi schronienia, ale jest to bardzo trudne, bo Niemcy przekształcili całą Rabkę w strefę „Nur fur Deutsche” i zabronili meldować w niej Polaków. Wszystkie domy wczasowe, sanatoria i prewentoria zostały przekształcone w szpitale dla rannych niemieckich żołnierzy, przywożonych z frontu. Bez dokumentów poruszanie się po ulicach Rabki było niebezpieczne. W trakcie rozmowy z panem Gorczyńskim przypomniałem sobie , że moja ukochana mamusia wszyła mi w marynarce złotą carską dziesięciorublówkę. Wydobyłem ją i podałem doktorowi prosząc, żeby dał jakiemuś Niemcowi w zamian za pomoc w wyrobieniu dokumentów i zameldowaniu mnie w Rabce.
– Pracował on w przychodni kolejowej dla Niemców i po chwili zastanowienia obiecał, że spróbuje kogoś znaleźć. Następnego dnia od razu poszedł. Ja zostałem w domu i modliłem się na różańcu, prosząc gorąco Pana Boga, by pomógł doktorowi Gorczyńskiemu znaleźć jakiegoś życzliwego Niemca. Po jakimś czasie pan Gorczyński wrócił uradowany i już od drzwi krzyczy – Zbyszek, załatwione! – Okazało się, że znalazł w swojej przychodni technika dentystycznego, Austriaka katolika, który podjął się pośrednictwa w załatwieniu sprawy. Pan Gorczyński przedstawił mnie mu jako swojego kuzyna, którego trzeba ratować. Austriak ten był też na tyle uczciwy, że oświadczył, że 10 złotych rubli za taką usługę to za dużo i wydał panu Gorczyńskiemu 5 złotych rubli reszty. Zrobiłem szybko zdjęcie, wypełniłem formularze i otrzymałem niezbędne dokumenty. Pan Gorczyński załatwił mi też zatrudnienie w klinice, w której pracował. Zdałem tam nawet egzamin i uzyskałem uprawnienia technika dentystycznego. Żyłem sobie bardzo spokojnie. Tylko, gdy front zaczął się zbliżać, Niemcy wszystkich Polaków wywozili do Mszany, by kopać okopy, w których zamierzali się bronić przed Armią Czerwoną.
Jak w styczniu 1945 r. do Rabki wkroczyli Sowieci, to po paru dniach na ulicy zobaczyłem siostrę zakonną, która była kucharką naszego infułata i też należała do konspiracji. Spytała mnie – Zbyszek, co ty tu robisz? – Powiedziała mi, że moja rodzina żyje, jest w Lublinie i mnie poszukuje i jak najszybciej powinienem się z nią skontaktować. Ja wtedy postanowiłem już, że zostanę księdzem. Mieszkając w Rabce, miałem kontakty z kardynałem Adamem Sapiehą. Przyjeżdżał do Rabki, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Odbywał jeszcze górskie wycieczki. Gdy przedstawiono mnie temu niezłomnemu Księciu Kościoła i powiedziano mu, że chcę zostać kapłanem, często zabierał mnie na swoje wycieczki. Nie mówiło się do niego „Eminencjo”, tylko „proszę Księcia Kardynała”. Sekretarze Sapiehy , którzy razem z nim przyjeżdżali do dziekana w Rabce, od razu mnie o tym poinformowali. Książę Sapieha radził mi, abym wstąpił do krakowskiego seminarium. Powiedział mi – jako uciekinier nie będziesz płacił za naukę, a należność uregulujesz, jak zostaniesz księdzem.- Byłem w rozterce.
Postanowiłem jednak, że ostatecznie wstąpię do Seminarium Duchownego w Lublinie, gdzie była moja rodzina. Pojechałem do Krakowa, by poinformować kardynała o mojej decyzji. Przyjął mnie i pobłogosławił na nową drogę. W Lublinie nie obyło się bez problemów. Musiałem nostryfikować sowiecka maturę. W Kuratorium Oświaty w Lublinie zdawałem egzaminy z pięciu przedmiotów: języka polskiego, łaciny, języka rosyjskiego, religii i historii. Pan Bóg dał jakoś siły i sobie poradziłem. Skończyłem teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i zostałem wyświęcony na kapłana. W skrytości ducha marzyłem, że będę mógł wrócić na Wołyń, który leżał tuż za granicą. Jak wielu Polaków wówczas łudziłem się, że jeszcze wszystko się zmieni i Polska wróci na Kresy. Jeszcze jako kleryk pojechałem do, przebywającego na wygnaniu w Zamku Bierzgłowskim k. Torunia, bpa Adolfa Piotra Szelążka, ordynariusza diecezji łuckiej. Bardzo przeżywał swoją sytuację i tęsknił za Wołyniem. Żył nadzieją, że uda mu się do Łucka wrócić. Ucieszył się, że też marzę o powrocie na Wołyń. Powiedział, że jak tylko zaistnieją odpowiednie warunki, to zabierze mnie ze sobą na Wołyń.
– To jednak nigdy się nie stało. Biskup zmarł w 1950 r. i został pochowany w krypcie grobowej kościoła św. Jakuba w Toruniu. Po wyświęceniu mnie na kapłana, ówczesny bp Piotr Kałwa zadecydował, że muszę jeszcze skończyć filozofię na KUL-u. Gdy to uczyniłem, biskup początkowo skierował mnie do pracy w Seminarium Duchownym. Mnie to jednak nie bardzo odpowiadało. Wolałem działać w duszpasterstwie. Jako wikary posługiwałem w Opolu Lubelskim, Lublinie u św. Michała i w katedrze. Z niej zostałem skierowany do Puław, gdzie mianowano mnie proboszczem. Po trzynastu latach przeniesiono mnie do Lublina, gdzie objąłem stanowisko proboszcza parafii św. Pawła i stąd po 23 latach przeszedłem na emeryturę. Do 1989 r. nie ujawniałem swoich związków z wołyńską konspiracją. Dopiero w 1990 r. wstąpiłem do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej i środowiska żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Szybko mianowano mnie kapelanem tego środowiska. Miałem szczęście święcić wszystkie tablice pamiątkowe, umieszczone w kościołach na Lubelszczyźnie, w których walczyła dywizja, a także inne miejsca pamięci. Jako kapelan zacząłem też jeździć z dawnymi żołnierzami dywizji na Wołyń.
– Gdy ukończyłem osiemdziesiąt lat, poprosiłem księdza arcybiskupa, żeby zwolnił mnie z tej funkcji i obecnie sprawuje je inny młodszy kapłan. Musiałem się wycofać, bo stan zdrowia nie pozwalał mi na dużą aktywność. Nie byłem w stanie jeździć na wszystkie pogrzeby kolegów, przygotowywać kazania, zawierające podstawowe dane z ich życiorysów, które musiałem ściągać od rodzin. Kazania te musiałem sporządzać na piśmie, a następnie po wygłoszeniu przekazać do archiwum Zarządu Głównego środowiska w Warszawie. Niektóre kazania wygłaszane na uroczystościach na Wołyniu musiałem przygotowywać w dwóch językach – po polsku i ukraińsku. Często bowiem, jak np. podczas poświęcenia krzyża na Prypeci, głównymi uczestnikami uroczystości byli Ukraińcy. Biorę udział oczywiście w spotkaniach środowiska w dalszym ciągu, chociaż przychodzi na nie coraz mnie członków, dawni żołnierze dywizji, co jest zrozumiałe, umierają. Dużą radość sprawiło mi odrodzenie parafii rzymskokatolickiej w Kowlu.
– Została ona bowiem stworzona na placu rodziców, gdzie mieliśmy dom. Brałem udział w uroczystości poświęcenia jej kościoła i musiałem na ołtarzu podpisać akt zrzeczenia się gruntu na rzecz parafii. Plac ten zmienił oczywiście swój wygląd i otoczenie. Stawy zostały zasypane, na części placu stanął mieszkalny blok. Plac nie znajduje się też na obrzeżu, ale w centrum miasta. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Kowla z siostrą, funkcjonował na nim warsztat samochodowy. Z boku stał jakiś domek, a przed nim kwietnik wykonany z cegieł, pochodzących z podmurówki naszego domu. Tak stoimy z siostrą, oglądamy nasz dawny plac, a tu z domku wychodzi gospodarz i pyta – a szto wy choczyte? – Ja zaś oświadczyłem, że tutaj się urodziliśmy i tu stał nasz dom. On wtedy powiedział, ze pewnie nam żal na to wszystko patrzeć i serce nas boli. Gdy potwierdziłem, zaprosił nas do domu na wódkę. Sądził, że jej wypicie nas pocieszy.
Proboszczem odradzającej się w Kowlu parafii był wtedy o. Roger Mularczyk, reformata. Mieszkał w bloku, a odprawiał w kaplicy w dawnym pożydowskim sklepie. Wraz z księdzem Ostrowskim odprawialiśmy w niej, jak śmiał się o. Roger, Msze święte prymicyjne, po raz pierwszy w swoim rodzinnym mieście. Merem miasta był wtedy porządny człowiek, który podpowiedział o. Rogerowi, że parafia ma prawo do ubiegania się o plac pod budowę świątyni. Zasugerował, że może być to właśnie plac, z którego zostanie usunięty warsztat samochodowy, czyli ten należący niegdyś do mojej rodziny. Ojciec Mularczyk podjął niezbędne starania i doprowadził do powstania kościoła i klasztoru franciszkanów, którzy w samym Kowlu i okolicy prowadzą duszpasterstwo. Jeżeli jestem w swoim rodzinnym mieście, to tam się zatrzymuję.
Marek A. Koprowski








