Kijami walczyć nie będziemy

Jeden z nich powiedział mi, że przeszli przeszkolenie, w trakcie którego ostrzegano ich przed kontaktami z polskimi partyzantami, bo ci takich jak oni po schwytaniu rozstrzeliwują. Berlingowcy bali się, że ich w nocy wymordujemy…

– W patrolu naszej kompanii, jadącym na wozie, znajdował się m.in. podchorąży „Makina” z komapnii warszawskiej i kapral „Grom”- wspomina Tadeusz Wolak. – Zostali oni wysłani przez „Piotra” (dowodzącego kompanią) do Pawluk, w celu sprawdzenia, co się stało z ich porucznikiem „Białym”, czy da się zabrać jego ciało itp. Gdy powiedzieliśmy im, że „Biały” zginał i został pochowany w Pawlukach, zawrócili i razem pojechaliśmy do oddziału. Stacjonował on w jakiejś ubożuchnej lubelskiej wsi. Tam spotkaliśmy się z „Piotrem”, a także ze spadochroniarzami z Armii Berlinga, którzy wylądowali na Lubelszczyźnie w celach zwiadowczych. Oni spali w stodole na jednym sąsieku, a my na drugim. „Piotr” opowiadał im o toczonych przez dywizję bojach, a „berlingowcy” odnosili się do nas raczej wstrzemięźliwie. Owszem, rozmawiali z nami, ale odnosiliśmy wrażenie, że się boją. Jeden z nich na boku mi powiedział, że zanim zostali zrzuceni na Lubelszczyznę, to przeszli przeszkolenie, w trakcie którego ostrzegano ich przed kontaktami z polskimi partyzantami, bo ci takich jak oni po schwytaniu rozstrzeliwują. Bali się, że ich w nocy wymordujemy… Nieco później idąc do Lasów Parczewskich spotkaliśmy zwiadowców radzieckich, którzy także się nas bali. Pytali się nas, czy jesteśmy „endiukami”- czyli endekami, tych obawiali się najbardziej. Po dojściu do Lasów Parczewskich zakwaterowaliśmy w Ostrowiu Lubelskim razem z ta częścią dywizji, którą dowodził major „Kowal”. Tu przez dwa miesiące w dość dobrych warunkach wypoczywaliśmy i jednocześnie uczestniczyliśmy w zajęciach szkoleniowych.

Co dalej robić?

– Wkrótce jednak zaczęły się niemieckie obławy, których celem była likwidacja wszystkich zgrupowań partyzanckich na zapleczu frontu. Z inicjatywy majora „Kowala”, w leśniczówce w Lasach Parczewskich, odbyło się spotkanie przedstawicieli sztabów różnych oddziałów partyzanckich w nich kwaterujących , mające wypracować wspólne stanowisko, co dalej robić wobec niemieckiego zagrożenia. W Lasach Parczewskich zebrali się bowiem partyzanci wszystkich maści i kolorów. Wśród nich były oprócz dywizji także oddziały partyzantki sowieckiej, członkowie Armii Ludowej, Batalionów Chłopskich itp. Grzegorz Korczyński tam m.in. działał. Przedstawiciele sztabów zastanawiali się, co dalej robić, czy przyjąć walkę, czy przebijać się z okrążenia? Wszyscy opowiedzieli się za walką i obroną Lasów Parczewskich. Major „Kowal” też, był zwolennikiem tej koncepcji. Zauważył jednak, że dywizja nie ma amunicji. Zwrócił się więc do przedstawiciela sztabu partyzantów sowieckich, by ten podzielił się z dywizja swoimi zapasami. Partyzanci sowieccy otrzymywali bowiem zrzuty i mieli jej pod dostatkiem. Przedstawiciel Sowietów odpowiedział wtedy, że ma wyraźny rozkaz, by akowcom amunicji nie dawać… ”Kowal” oświadczył wtedy, że my kijami walczyć nie będziemy. – Nasze zgrupowanie nie wzięło udziału w obronie Lasów Parczewskich, ale przebiło się przez tory kolejowe Parczew Lubartów, ponosząc minimalne straty. O ile pamiętam, to zginęło wtedy dwoje naszych żołnierzy: sanitariuszka i erkaemista. Kilku kolegów zostało też rannych. Kierując się na Lubartów, spotkaliśmy się z grupą dywizji dowodzoną przez „Gzymsa” i razem dostaliśmy do Kozłówki.

Rozbrojenie

– Tu z dowództwem dywizji nawiązali kontakt przedstawiciele Armii Radzieckiej, która przekroczyła Bug i szybko opanowała Lubelszczyznę. Uczynili to ci sami oficerowie, z którymi już wcześniej współdziałaliśmy w rejonie Kowla. Z moich informacji wynika, że dowództwo dywizji otrzymało od Sowietów propozycję przeprowadzenia przez nią w Lubartowie defilady. Dowództwo dywizji zaakceptowało te propozycję. Podobnie żołnierze, którzy zaczęli czyścić uzbrojenie i umundurowanie, każdy jakie miał, paski i sprzączki, żeby ładnie wyglądać. W radosnych nastrojach wyruszyliśmy do Lubartowa, ale w Skrobowie zostaliśmy otoczeni przez oddziały radzieckie i rozbrojeni. Nie zostało to przeprowadzone w jakiś gwałtowny sposób. Nie było jakichś aresztowań, rozstrzeliwań itp. Dowódca sowiecki przekazał naszemu, że ma rozkaz nas zatrzymać, rozbroić i zachęcić do wstępowania do Armii Berlinga. Dowództwo dywizji prowadziło pertraktacje z sowieckim, które traktowało je życzliwie. Jeszcze raz łączyło się z Moskwą, żeby potwierdzić rozkaz naszego rozbrojenia. Ta twardo potwierdziła, ze dywizja ma złożyć broń. Nie było wyjścia, dywizja musiała się podporządkować. Zdawaliśmy broń na wyznaczonych miejscach. W trakcie tej czynności, przez naszą radiostację z ręcznym napędem, która wyła przy działaniu, nadaliśmy już nie szyfrem, ale otwartym tekstem, że Sowieci nas rozbrajają. Było to dla nas straszne przeżycie. Kto sam nie składał broni, którą walczył, ten tego nie zrozumie. Żołnierze dywizji trzymali jednak fason, śpiewali piosenki żołnierskie i partyzanckie. Na drugi dzień dywizja jeszcze w pełnym składzie przenocowała we wsi – uroczysku Tartak. Tam formalnie dywizja została rozwiązana. Dowódca czyli płk Jan Stefan Kotowicz „Twardy” życzył wszystkim, byśmy spotkali się w Warszawie. Powiedziano nam też, że od tej chwili jesteśmy wolni i możemy iść, gdzie chcemy. Kto chce, może wstąpić do Armii Berlinga. Sporo żołnierzy dywizji tak właśnie uczyniło. W jakiejś mierze było to zupełnie naturalne. Co bowiem mieli robić młodzi chłopcy gdzieś np. ze Wschodniego Wołynia, którzy na Lubelszczyźnie nie mieli żadnej rodziny, czy nawet znajomych. W nowym terenie czuli się zupełnie zagubieni. Armia stanowiła dla nich naturalne środowisko. Dawała jakieś szanse. Niektórzy żołnierze dywizji uznali zaś, że trzeba walczyć dalej i poszli do lasu, wiążąc się z oddziałami akowskimi , tworząc później WiN.

Dalej w konspiracji

– Przed rozejściem się dywizji w różne strony, kapitan „Gzyms”, czyli Franciszek Pukacki, przedwojenny „dwójkarz”, zawołał mojego dowódcę plutonu, sierżanta „Bostona”, także przedwojennego pracownika „dwójki”, a także jeszcze jednego chłopaka, pracującego wcześniej w policji w Kiwercach, mnie i taką dziewczynę, proponując wstąpienie do grupy rozpoznawczo-wywiadowczej, uczestniczącej dalej w konspiracji. Wszyscy się zgodzili i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Dziewczynę „Gzyms” dobrał dlatego, że w pracy wywiadowczej kobiety przy wykonywaniu zadań są bardzo przydatne. Pierwszym zadaniem, jakie naszej grupie wyznaczył „Gzyms” było rozpoznanie drogi przerzutowej przez Wisłę między Kazimierzem Dolnym a Janowcem. Po rozpoznaniu terenu mieliśmy zorganizować punkt przerzutowy. Po obu stronach Wisły działały komórki AK-owskie. W Janowcu na jej czele stał zarządca tamtejszego majątku, a po drugiej stronie, czyli po wschodniej obok Kazimierza, była taka wieś Karczmiska, leżąca tuż nad Wisłą. Tu na czele akowskiej konspiracji stał proboszcz miejscowej parafii. Do tych Karczmisk udało się nam dotrzeć po dwóch dniach. Zatrzymaliśmy się w nich, żeby wyrobić sobie w gminie, w której ksiądz miał chody, niemieckie kenkarty. Szliśmy przecież na niemiecki brzeg, na którym twardo rządzili jeszcze Niemcy. Musieliśmy mieć więc jakieś dokumenty, by w razie potrzeby mieć się czym wylegitymować. Pamiętam, że aby wyrobić te kenkarty, jeździliśmy zrobić sobie zdjęcia do Poniatowej. Zanim karty nam wyrobiono, udało nam się przejść z kolegą przez Wisłę do Janowca i nawiązać kontakt z tamtejszą placówką AK i uruchomiliśmy wstępnie punkt przerzutowy dla członków konspiracji, którzy mieli przedostać się za Wisłę. Gdy wróciliśmy na drugą stronę, nocowaliśmy w Karczewicach koło Karczmisk u sołtysa, także AK-owca, mającego okazały dom. Nie dospaliśmy do końca nocy, bo do wsi wjechała jednostka radziecka. Dowodzący nią generał uznał, że w domu sołtysa stanie na kwaterę.

W łapach UB

– Musieliśmy wynosić się z jego domu do stodoły na siano. Sytuacja zaczęła się zagęszczać. Jeszcze raz udało mi się przejść do Janowca, by sprawdzić funkcjonowanie punktu przerzutowego i o następnych przeprawach nie było co marzyć. Po obu stronach Wisły zaczęły formować się fronty sowiecki i niemiecki i o przechodzeniu Wisły nie było mowy. Zostawiłem swoich kolegów w Karczmiskach i sam udałem się do Lublina, żeby złożyć przełożonym meldunek, jaka jest sytuacja. Udało mi się dotrzeć do tego miasta i przekazać informację przełożonym. Konspiracja jeszcze działała, ale wielu jej członków, w tym także dowódców było już aresztowanych. Po ulicach Lublina snuli się też akowcy, w tym żołnierze naszej dywizji, których można było rozpoznać z daleka. Miejscowa konspiracja starała się im pomagać. Organizowała dla nich punkty żywieniowe itp. Spotkałem tam kolegów z dywizji, których wcześniej nie znałem, bo oni byli od „Sokoła”. Wśród nich był m.in. obecny profesor Filar. W jakieś dziesięć osób zanocowaliśmy u takiej pani przy ul. Królowej Jadwigi. Tam zostaliśmy aresztowani.

Nigdzie się nie kręć

– O czwartej nad ranem dom, w którym spaliśmy otoczyło UB. Zostaliśmy wszyscy aresztowani i przewiezieni do siedziby UB przy ul. Krętej. Zamknięto nas wszystkich w piwnicy zamienionej na areszt. Wkrótce zaczęły się przesłuchania. Ja miałem przy sobie dwa dokumenty tożsamości, których nie zdążyłem wyrzucić i bałem się, że jak zostanę zrewidowany, to dopiero zaczną się kłopoty. Miałem m.in. nową wyrobioną niemiecką kenkartę na nazwisko Holder Adolf, urodzony w Bytomiu i drugi starszy dokument na nazwisko Potowski Witold. Oficer, który mnie przesłuchiwał, mimo swego ubowskiego munduru zrobił na mnie dobre wrażenie. Rozmawiał ze mną jak ojciec. Nie traktował mnie jak aresztowanego, z którego należało jak najwięcej wycisnąć. Nie krzyczał , nie groził, poczęstował mnie papierosem i wyszedł. Ja wtedy podarłem błyskawicznie obie kenkarty i wrzuciłem do kosza. Ubowiec po powrocie do pokoju kontynuował rozmowę ze mną w ojcowskim tonie. Mówił do mnie per ty.

Nigdzie się nie kręć – radził spokojnie. – Skieruję cię z kolegami do wojska, na Majdanek do 3 zapasowego pułku piechoty i unikniecie wszystkich kłopotów. Wiele razy później zastanawiałem się, dlaczego ten funkcjonariusz UB tak do mnie podszedł. Mógł nas przecież bez trudu zgnoić, a mimo to tego nie zrobił. Najprawdopodobniej też pochodził z Wołynia. Ze mną rozmawiał bowiem z ogromną znajomością tamtejszych realiów. Może mieszkał gdzieś w sąsiedniej kolonii, może znał mojego ojca. Nie wiem. W każdym bądź razie nie był to „prawdziwy ubowiec”.

Marek A. Koprowski

forma płatności