Data 12 maja łączy się z dwiema przełomowymi chwilami w historii Polski XX wieku – początkiem zamachu majowego w 1926 roku oraz śmiercią marszałka Józefa Piłsudskiego w 1935 roku.
Zamach majowy 1926 roku
Między 12 a 15 maja 1926 roku Józef Piłsudski wystąpił zbrojnie przeciwko legalnym władzom Rzeczypospolitej. Bezpośrednim pretekstem stało się powołanie 10 maja nowego rządu Wincentego Witosa. Dla Piłsudskiego był to powrót układu politycznego kojarzonego z tzw. Chjeno-Piastem, czyli koalicją chadecji, części endecji i PSL „Piast”, źle zapamiętaną przez część opinii publicznej po kryzysie gospodarczym, hiperinflacji i krwawym stłumieniu zamieszek w Krakowie w 1923 roku.
Piłsudski, przebywający od kilku lat w Sulejówku, obserwował funkcjonowanie państwa i doszedł do wniosku, że system parlamentarny nie zapewnia ani stabilności rządów, ani sprawności działania, ani – co najważniejsze – nie gwarantuje zachowania niepodległości.
Zapowiedź konfrontacji padła w wywiadzie, którego Piłsudski udzielił 10 maja 1926 roku sprzyjającemu mu „Kurierowi Porannemu”. „Staję do walki, tak jak i poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partii i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści” – mówił. Dzień wcześniej, w wywiadzie dla „Nowego Kuriera Porannego”, ostro wypowiadał się Witos: „Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, to niech bierze władzę siłą […] ja bym nie wahał się tego zrobić; jeśli Piłsudski nie zrobi tego, to, zdaje się, nie ma jednak tych sił za sobą”.
12 maja Piłsudski wkroczył do Warszawy na czele wiernych mu oddziałów. Siłami zamachowców dowodził gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, a szefem jego sztabu był płk Józef Beck, późniejszy minister spraw zagranicznych. Pierwszego dnia walk strona rządowa dysponowała około 1700 żołnierzami, podczas gdy piłsudczycy mieli siły mniej więcej dwukrotnie większe, wsparte także przez członków Związku Strzeleckiego. Zamachowcom sprzyjała również część mieszkańców stolicy oraz środowiska lewicowe.
Kluczowym momentem pierwszego dnia był przyjazd Piłsudskiego około godz. 16:00 na most Poniatowskiego, gdzie czekał na niego prezydent Stanisław Wojciechowski. Marszałek liczył, że skłoni głowę państwa do zdymisjonowania rządu Witosa i uniknie otwartej walki. Wojciechowski odmówił ustępstw i wezwał go do powrotu na drogę legalną. Rozmowa zakończyła się fiaskiem, a wkrótce potem w Warszawie padły pierwsze strzały.
Wieczorem Piłsudski próbował jeszcze mediacji za pośrednictwem marszałka Sejmu Macieja Rataja. Oświadczył mu, że dysponuje przewagą sił, która będzie rosnąć z każdą godziną. Rataj udał się następnie do Belwederu, jednak prezydent Wojciechowski uznał, że w zaistniałych okolicznościach nie może być mowy o pertraktacjach. Prezydent i rząd liczyli, że sytuację uda się opanować dzięki oddziałom ściąganym do Warszawy.
W nocy z 12 na 13 maja Wojciechowski wydał odezwę do armii, w której pisał: „Stała się rzecz potworna – znaleźli się szaleńcy, którzy targnęli się na majestat Ojczyzny, podnosząc jawny bunt fałszywymi hasłami uwiedli czystą duszę żołnierza polskiego i dali pierwsi rozkaz do rozlewu krwi bratniej”.
Walki trwały. 13 maja, mimo nadejścia pierwszych posiłków dla strony rządowej, większość Warszawy pozostawała w rękach piłsudczyków. Wojska rządowe użyły przeciwko nim lotnictwa, bombardując ich pozycje na Placu Saskim.
Piłsudskiego poparły ugrupowania lewicowe, w tym PPS, Stronnictwo Chłopskie i PSL „Wyzwolenie”, a także Komunistyczna Partia Polski. Centralny Komitet Wykonawczy PPS ogłosił strajk generalny, a kolejarze zatrzymywali transporty wojsk rządowych z Wielkopolski i Pomorza jadących do stolicy.
14 maja oddziały Piłsudskiego, liczące już około 8,5 tysiąca żołnierzy, uderzyły na Belweder i lotnisko na Polu Mokotowskim. Siły rządowe miały do dyspozycji ponad 2 tysiące żołnierzy i liczyły na wsparcie pułków poznańskich, których marsz na Warszawę był jednak opóźniany przez piłsudczyków. Po południu prezydent i rząd opuścili zagrożony Belweder i przenieśli się do Wilanowa. Tam zapadły decyzje o przerwaniu walk, dymisji gabinetu Witosa i ustąpieniu prezydenta Wojciechowskiego, podjęte wbrew części generałów, którzy chcieli kontynuować opór.
W nocy z 14 na 15 maja władzę w państwie, zgodnie z konstytucją, przejął marszałek Sejmu Maciej Rataj. W porozumieniu z Piłsudskim nakazał natychmiastowe zawieszenie broni. 15 maja Rataj powołał nowy rząd z Kazimierzem Bartlem na czele, a Piłsudski objął w nim tekę ministra spraw wojskowych.
W wyniku trzydniowych walk zginęło 379 osób, w tym 164 cywilów, a ponad 900 zostało rannych. Prof. Andrzej Garlicki zwracał uwagę, że tak duża liczba ofiar wśród ludności cywilnej nie wynikała z okrucieństwa walczących stron. „Nic takiego nie miało miejsca. Oddziały wojskowe zachowywały się bez zarzutu. Cywile ginęli, gdyż nie umieli zachować się w czasie walk w mieście. Przyglądano się starciom stojąc na ulicy, z balkonów i okien, nie zdając sobie sprawy, jak łatwo zginąć od przypadkowej kuli” – pisał historyk.
Dla wielu wojskowych zamach majowy był dramatem także z powodu złożonej przysięgi. Gen. Kazimierz Sosnkowski, dowódca Okręgu Korpusu VII w Poznaniu i jeden z najbliższych współpracowników Piłsudskiego, próbował popełnić samobójstwo. Władysław Sikorski, dowodzący Korpusem we Lwowie, nie wysłał wojsk na pomoc rządowi, tłumacząc to zagrożeniem bezpieczeństwa wschodnich granic. Po stronie legalnych władz stanęli jednak m.in. Tadeusz Rozwadowski, Władysław Anders, Stanisław Haller, Juliusz Malczewski, Marian Kukiel i Włodzimierz Zagórski.
Zdaniem części historyków Piłsudski początkowo nie planował pełnego przejęcia władzy, lecz chciał wymusić na prezydencie dymisję rządu Witosa. Prof. Andrzej Chwalba mówił PAP, że „nie była to rewolucja w sensie ścisłym”, bo ta, jak podkreślił, wymaga aktywnego podmiotu społecznego – zorganizowanego, uzbrojonego i zdolnego do przejęcia władzy. „Tymczasem ludność cywilna w Warszawie była raczej uczestnikiem biernym: obecnym, emocjonalnie zaangażowanym, często sprzyjającym Piłsudskiemu, ale nieprowadzącym walki. Były to starcia wojska z wojskiem, ograniczone do centralnych dzielnic miasta – rejonu mostów, Belwederu i Śródmieścia – bez objęcia choćby prawobrzeżnej części Warszawy” – wskazywał historyk. Zastrzegał jednocześnie, że trudno mówić także o klasycznym zamachu stanu, ponieważ zabrakło przygotowanego planu operacyjnego, rozpoznania i sprawnego łańcucha dowodzenia. „Dlatego najbliżej prawdy jest stwierdzenie, że był to bunt części wojska, który ostatecznie – i wbrew intencjom Piłsudskiego – przybrał charakter zamachu stanu” – ocenił.
31 maja 1926 roku Zgromadzenie Narodowe wybrało Piłsudskiego na prezydenta, lecz marszałek wyboru nie przyjął. Uznał jednak głosowanie za prawne usankcjonowanie dokonanego zamachu. Następnego dnia prezydentem został wskazany przez niego Ignacy Mościcki.
2 sierpnia 1926 roku Sejm uchwalił tzw. nowelę sierpniową, która wzmocniła władzę wykonawczą i otworzyła drogę do rządów sanacji.
Śmierć marszałka
Dokładnie dziewięć lat później, 12 maja 1935 roku, Józef Piłsudski zmarł w Belwederze po długiej, starannie ukrywanej chorobie nowotworowej. Miał 67 lat. Jego śmierć oznaczała koniec epoki – odszedł jeden z głównych twórców niepodległej Polski i człowiek, który przez niemal dwie dekady wywierał decydujący wpływ na jej życie polityczne.
Piłsudski już za życia stał się legendą: zesłaniec, działacz PPS, twórca Legionów Polskich, Naczelnik Państwa i jeden z głównych architektów zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku. Był jednak także politykiem, który po 1926 roku ograniczał rolę parlamentu, marginalizował opozycję i firmował system represji politycznych. Symbolami tej strony sanacji stały się proces brzeski oraz Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Do więzień trafili m.in. trzykrotny premier Wincenty Witos oraz Wojciech Korfanty, dyktator III powstania śląskiego.
Po jego śmierci obóz sanacji pogrążył się w sporach. Sam marszałek miał niskie mniemanie o swoich współpracownikach. „Jesteście jak dzieci” – mówił do nich. O przeciwnikach wypowiadał się jeszcze ostrzej. O posłach opozycji powiedział kiedyś: „Ja tego, proszę pana, nie nazywam Konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty”.
Piłsudskiego żegnały tłumy. Uroczystości pogrzebowe miały charakter państwowej manifestacji żałoby. Jego ciało spoczęło na Wawelu, a serce – zgodnie z wolą marszałka – zostało przewiezione do Wilna i złożone przy grobie matki na cmentarzu Na Rossie. Tak zakończyło się życie jednego z największych, ale i najbardziej niejednoznacznych przywódców w historii Polski.
Czytaj też:
Co było w pożegnalnych listach premiera? Samobójstwo Walerego Sławka
Kresy.pl / Dzieje.pl / Polskie Radio









