Wciągająca książka na trudny temat

Każdy kto bierze się za „temat”: Stepan Bandera … sam jest sobie winien. Można być niemal pewnym, że zawsze spotka się z krytyką.

Czy to ze strony niektórych naszych sąsiadów, za to, że oczernia postać wodza nacjonalistów, czy też ze strony rodaków – zwykle za to, że nie był wystarczająco radykalny w swej ocenie. Zatem pisząc na ów drażliwy temat Wiesław Romanowski zapewne miał świadomość tego, czego się podejmuje. Podobnie i ten, który bierze się za pisanie już nie o samym Banderze, a jedynie o książce o nim, także ma taką świadomość, że z jednej czy z drugiej strony oberwie. Ja również ją mam. Co prawda pocieszam się, że może pisanie o książce a nie o samej postaci uchroni mnie od co mocniejszych razów a może nawet w ogóle od krytyki, jednak z drugiej strony znam moich drogich rodaków i wiem, że jak chcą uderzyć „psa”, to kij zawsze znajdą.

Po co zatem pisać o tej książce narażając się na to, że oberwie się „tęgą pałą krytyki”? Przyczyna jest prosta – bo jest bardzo ciekawa i ważna. Przede wszystkim to bodaj czy nie pierwsza próba napisania książki o wodzu nacjonalistów od 8 lat, czyli do czasu ukazania się książki nieżyjącego już prof. Edwarda Prusa pt.: „Stepan Bandera 1900-1959. Symbol zbrodni i okrucieństwa”, Nortom, Wrocław 2004. Kto zna twórczość tego historyka łatwo zgadnie w jakim stylu i duchu została napisana, kto nie zna – domyśli się po samym tytule. W. Romanowski podjął się zatem niełatwego zadnia. Z drugiej jednak strony jako człowiek związany z Ukrainą od przynajmniej kilkunastu lat, autor książek o niej a nawet filmów, jak mało kto predestynowany był do napisania takiej właśnie książki. Choć przyznam szczerze siadałem do czytania tej książki z wielką niechęcią. Zwłaszcza mając doświadczenie twórczości wspominanego prof. Edwarda Prusa, poza tym i sam tytuł, w zasadzie mówił wszystko. Nie chciało mi się już czytać kolejnych faktów, które pewnie znam, pisanych stylem, którego się domyślam. Spotkało mnie jednak miłe zaskoczenie, zwłaszcza w kwestii językowej właśnie. Autor snuje swą opowieść o wodzu nacjonalistów językiem, który ja określam jako „nowoczesny”. Tak piszą niektórzy historycy-popularyzatorzy, dziennikarze angielscy, amerykańscy, francuscy. Szczerze mówiąc język ten w założeniu ma być bardziej reporterski, w gruncie rzeczy dla człowieka który postrzega historię bardziej systematycznie jest ciężkostrawny. Przyznam szczerze i „bez bicia”, że nie doczytałem do końca ani „Czarnych myśliwych” Christiana Ingrao, ani „Krwawego białego barona” Jamesa Palmera, ani szeregu podobnych książek. Po pewnym czasie nudzą bowiem dygresje, przeskakujące wątki. Być może dla znających historię lepiej ode mnie nie ma to aż tak wielkiego znaczenia, ja jednak po pewnym czasie … sam gubię wątek i zaczynam się zastanawiać co tak naprawdę przysłowiowy poeta ma na myśli. Zaś wplatanie wątków osobistych (w stylu „moja japońska dziewczyna”), to wg mnie już w ogóle nieporozumienie. Oczywiście takich „momentów” w omawianej biografii nie ma, jednak trudno powiedzieć by ściśle trzymała się chronologii zdarzeń. Nie mniej jednak czy to „atrakcyjność tematu”, czy to po prostu, że postacią Bandery, siłą rzeczy, jako miłośnik Kresów w jakimś sposób jestem zainteresowany, brak zachowania owej historycznej chronologii wydarzeń zupełnie nie przeszkadza. Wydaje się nawet, że jest jednym z kluczowych składowych owego wciągającego języka. Sprawia, że kiedy człowiek zacznie czytać tę książkę, to naprawdę trudno mu się od niej oderwać. Ważne jest to, że poszczególne rozdziały nie są długie, nie zawierają rozbudowanych opisów „tła historycznego”, analizy uwarunkowań itp. Są po prostu bardzo konkretne i „skondensowane”.

Kolejnym niezaprzeczalnym plusem opisywanej publikacji jest to, że zawiera ona wiele interesujących faktów, słabo, albo wręcz nie znanych znacznej części Polaków. To nie tylko losy rodziny Stepana Bandery (okrutne i tragiczne), ale także opisy ounowskich zamachów okresu międzywojennego, procesów sądowych przywódców OUN w Warszawie i Lwowie, solidna porcja informacji i działalności Bandery na emigracji po II wojnie światowej. Uzupełnieniem treści są również mało znane u nas fotografie: rodziców Bandery, jego samego czy innych przywódców ukraińskich nacjonalistów, a pochodzące z archiwum Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego.

Szkoda natomiast, że temat współczesnego odbioru Bandery zwłaszcza w kraju nad Dnieprem i Dniestrem został tylko „liźnięty” przez Autora. Wiem, że nie jest to tematem głównym książki, nie mniej jednak W. Romanowski jako autor kilku książek o współczesnej Ukrainie wydaje się być szczególnie predestynowany do takich właśnie pogłębionych analiz. Ich próbka, którą zawiera opisywana książka daje przedsmak tego, że mogłyby one być bardzo interesujące.

Problem nastręcza też „zakwalifikowanie” publikacji. Nie wiadomo jak ją traktować. Duża ilość cytowanej literatury (co ważne, w różnych językach), każe podchodzić do niej jako do opracowania naukowego, jednak emocjonalne wstawki a’la Edward Prus czy Eugeniusz Tuzow-Lubański wskazują raczej na publikację popularną, w najlepszym wypadku popularnonaukową. Pokazują też, że Polak nie może jednak spokojnie pisać o takim człowieku jak Stepan Bandera.

Mimo bardzo ciekawej treści, książka zawiera jednak sporo tez, z którymi niekiedy bardzo trudno się zgodzić. Jedną z nich, która przewija się wprost czy nie wprost przez całą publikację, jest próba udowodnienia, że Bandera tak naprawdę przegrał, że to tacy „demokraci” jak Boroweć czy nawet Melnyk zwyciężyli, również poprzez to, że w porę się zorientowali, że trzeba choćby werbalnie wyrzec się przemocy i nieco „zdemokratyzować i zhumanizować” nacjonalistyczne idee. Można się z tym zgodzić jedynie połowicznie. Bo istotnie, dzięki Bogu, idee politycznych zabójstw czy terroru, które bez wątpienia Bandera akceptował, nie zostały przejęte przez jego współczesnych stronników (choć wielu stara się udowodnić, że tak nie jest, zawsze wtedy proszę o wskazanie ofiar „terroru” współczesnych neobanderowców, bo machanie jego portretem, nocne marsze z pochodniami czy nawet słynne gesty faszystowskiego pozdrowienia to jeszcze nie ofiary). Z drugiej jednak strony, to nie Melnykowi czy Borowcowi (czy w ogóle ktoś go pamięta dziś na Ukrainie?) stawia się dziś pomniki, nie ich pokazuje się na pochodach czy transparentach, a właśnie księżego syna rodem z Uhrynowa Starego. To nie z Melnykiem na sztandarach idzie do boju o miejsca w Radzie Najwyższej Ukrainy WO „Swoboda”.

Inną tezą jaką autor stawia jest ta, że zabójstwo Bandery było jedynie osobistą zemstą Chruszczowa, bo sam Bandera nic już w ruchu nacjonalistycznym na zachodzie nie znaczył. Jak to w pewnym miejscu określił, był wybierany na przewodniczącego coraz to mniejszych kręgów swoich wyznawców. I w ogóle gdyby nie ten zamach, który zrobił z niego męczennika za sprawę to umarłby gdzieś w Niemczech czy Stanach w zapomnieniu. Cóż, może nie bez przyczyny Włodzimierz Wysocki nazywał Chruszczowa w swoich pieśniach „duraczyną” i „kozłem”. Wydaje się jednak trochę dziwne by sowiecki wywiad zadał sobie tyle trudu by usunąć mało znaczącego nacjonalistę a zostawiając sobie na potem o wiele bardziej wpływowego (zdaniem Autora) Melnyka. Poza tym historia wcześniejszych zabójstw innych ukraińskich działaczy (o których Autor także wspomina) wskazuje na to, że likwidowano przede wszystkim tych najbardziej wpływowych (co jest zupełnie zrozumiałe), i to jeszcze w bardzo konkretnych momentach. Petlurę – bo był w komitywie z Piłsudskim, który właśnie zrobił przewrót majowy, Konowalca – bo „zwąchał się” z rosnącym coraz bardziej w siłę Hitlerem. Przeczy tej tezie także i to, że i Petlura i Konowalec i Rebet zostali także zamordowani przez sowieckich agentów, żaden z nich jednak nie zdobył po swojej śmierci takiej popularności jak Bandera.

Na koniec bardzo wymownie Autor zestawia ze sobą portrety Bandery i Dzierżyńskiego pokazując ich jako przykłady dwóch krwawych utopistów, „ikony politycznych złudzeń XX wieku”. Porównuje muzea ich pamięci (Dzierżyńskiego na Białorusi i Bandery na Ukrainie), pisząc, że podobnie w nich sztucznie i zakłamanie. Co do muzeów nie wypowiadam się, bo kiedy jestem w jednym czy drugim kraju mam dużo o wiele bardziej ciekawych i miłych obiektów do oglądania. Samo zestawienie budzi jednak sprzeciw. Mimo wszystko, mimo całej niechęci do Bandery i świadomości zbrodni banderowców, jego idee a nawet wdrażanie ich w życie kosztowały życie bez porównania mniej ludzi niż te, którym hołdował Feliks Edmundowicz, sam Bandera zabił również mniej ludzi (w zasadzie trudno określić choćby w przybliżeniu ile osób własnoręcznie zamordował), niż twórca CzeKa, a i od najczarniejszych szowinistycznych idei nacjonaliści ukraińscy odżegnali się znacznie szybciej i w słowie i w czynie, niż to zrobili bardziej wschodni towarzysze od idei FED-a. Zaryzykuję stwierdzenie, że duch krwawego Fela do dziś nie wywietrzał z korytarzy, biur i niektórych głów rosyjskich czy białoruskich decydentów. Można zatem uznać syna księdza z Uhrynowa Starego, za (jak to pisze autor w ostatnich słowach swojej książki) „terrorystę z Galicji, politycznego przestępcę, antyukraińskiego polityka, który z pistoletem pod pachą, wytrychem w kieszeni i łomem pod siedzeniem samochodu zamierzał znaleźć swoje miejsce w historii”, ale do osiągnięć „polskiego” szlachcica spod Mińska daleko mu było, bardzo daleko.

Reasumując, „Bandera terrorysta z Galicji” to książka ważna, na naszym rynku księgarskim i warta przeczytania, nie mniej jednak na pełną, solidną, naukową i co najważniejsze napisaną bez emocji monografię wodza ukraińskich nacjonalistów przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Krzysztof Wojciechowski

Wiesław Romanowski, Bandera terrorysta z Galicji, DEMART, Warszawa 2012, ss. 224

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz