Sygnał bezsiły

Jeżeli więc ostatni sygnał Warszawy miałby odnieść jakiś skutek, musiałaby ona sprecyzować co oznacza ten przekaz.

„Wymowne milczenie Warszawy”, „Mocny sygnał Litwie” – takimi tytułami opatrzyły niektóre warszawskie gazety informacje, że polskie władze najpierw zwlekały z odpowiedzią na zaproszenia na obchody dwudziestej rocznicy wydarzeń z 13 stycznia 1991 roku, a potem postanowiły wysłać delegację niższego szczebla niż tego oczekiwano w Wilnie (i niż to było dotąd w zwyczaju).

Sygnał może jest mocny, ale tylko sygnał. Nie licząc oficjalnych spotkań, na których wysyłano pod adresem Litwy różne sygnały (kończąc zapewnieniem o niewzruszonej przyjaźni i strategicznym partnerstwie), poczynając od 1997 roku przekazywaniem tego rodzaju sygnałów zajmuje się kilkunastosobowa grupa posłów – członków polsko-litewskiego zgromadzenia parlamentarnego. Czyni tak dwa razy do roku, przywożąc za każdym razem mniej lub bardziej mętne obietnice załatwienia takich czy innych problemów polskiej mniejszości. Omawiane problemy mogą być różne, w zależności od aktualnej sytuacji: dawniej były to kwestie zwrotu ziemi, polskiego szkolnictwa, ostatnio pisowni nazwisk – nieważne czego, ponieważ skutki tej parlamentarnej turystyki (posłowie odwiedzają się nawzajem to w jednym, to w drugim kraju) są nieodmiennie takie same: strona litewska ignoruje wszelkie ustalenia przyjęte w czasie tych przyjacielskich pogwarek i „robi swoje”. W ten sposób rozwiązany został, na przykład, problem zwrotu ziemi rozdzielonej tymczasem wśród przybyszów z głębi kraju, albo zmienionej w ziemię „przeniesioną” ze Żmudzi. Jest to osobliwa instytucja prawna pozwalająca swobodnie przenosić swoją ziemię, choć raczej w jedną stronę. Tak czy inaczej ziemi do zwrotu wileńskim i podwileńskim Polakom praktycznie już nie ma. I problemu też!

Wszystko wskazuje na to, że zahartowana w odpieraniu postulatów podnoszonych przez rodaków na Wileńszczyźnie i polityków w naszym kraju strona litewska odniesie się do wysłanego sygnału równie standardowo i konsekwentnie, z iście litewskim uporem, jak do tych słabszych.

Gra bowiem toczy się o wielką stawkę: litewskiemu państwu nie chodzi tylko o pozbawieniu Polaków ziemi, polskich szkół, prawa do noszenia własnych nazwisk, chociaż na wszystkich tych frontach toczy zażartą batalię. Są to jednak tylko potyczki w wojnie o historyczne zwycięstwo, o jakim marzy Vytautas Landsbergis: całkowitą lituanizację litewskiej części Wileńszczyzny i możliwie kompletne zatarcie śladów jej „okupacji” przez Polaków.

Jeżeli więc ostatni sygnał Warszawy miałby odnieść jakiś skutek, musiałaby ona sprecyzować co oznacza ten przekaz. Czy chcemy nadal zabiegać o złagodzenie tej konsekwentnej polityki Litwy w takiej czy innej dziedzinie, stępienie jej instrumentów, czy o jej zmianę. Jeżeli tak, to trzeba to jasno powiedzieć.

Niestety, nic nie wskazuje na to, żeby ktoś nad Wisłą się na to odważył. Na pewno odezwie się tu dużo takich, co chętnie dadzą się udobruchać, nie przeszkadzając Litwinom w dopełnieniu ich narodowego dzieła. Znany publicysta Jacek Pawlicki już nawołuje na łamach „Gazety Wyborczej” do zaprzestania polsko-litewskich swarów. Może to popsuć atmosferę we wzajemnych stosunkach. A było tak miło.

Euganiusz Możejko

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz