Sybir bez nienawiści

„Wy, obywatelu, jesteście chyba pierwszym Polakiem, który przyjechał do nas dobrowolnie, bez eskorty”

Ostatni adiutant Marszałka Józefa Piłsudskiego nie był postacią tak znaną jak jego poprzednik, „lew salonowy” Bronisław Wieniawa-Długoszowski. Major Mieczysław Lepecki nie był bohaterem licznych anegdot, autorem cytowanych powiedzonek, był jednak bardzo płodnym pisarzem posiadającym swoisty styl pisarski. Jego twórczość jest jednak w naszym kraju wciąż słabo znana. Dlatego bardzo dobrze się stało, że Wydawnictwo LTW zdecydowało się na druk dwóch jego „syberyjskich” książek: „Sybir bez przekleństw. Podróż do miejsc zesłania Marszałka Piłsudskiego” i „Sybir wspomnień”. Obie one zostały wydrukowane w jednej publikacji. Nim jednak o nich, skreślę słów kilka o ich autorze.

Urodził się na Lubelszczyźnie, w urokliwie położonej wioseczce Kluczkowice. Otulają ją wzgórza Wyniosłości Urzędowskiej odziane w lasy a dziś chronione w granicach Wrzelowieckiego Parku Krajobrazowego. W położonej „za górą” Chruślinie przed półtorej wiekiem nasi powstańcy dwa razy starli się z Moskalami. Raz w maju pod „Lelewelem” Borelowskim ustąpić musieli w obliczu moskiewskiej nawały, zaś drugi raz w sierpniu, pod „Krukiem” Heydenreichem zrewanżowali się zaborcom ubijając im samych oficerów 14 i zmuszając do odwrotu. 33 lata później w nieodległej wiosce, w chłopskiej rodzinie, przyszedł na świat chłopiec, któremu na chrzcie nadano imiona Mieczysław Bohdan. 17 lat później wstąpił do Legionów, w których bił się o wolną Polskę. Kiedy już powstała służył jej jako wojskowy, brał udział w licznych ekspedycjach mających na celu zbadanie możliwości polskiego osadnictwa w Peru, żydowskiego na Madagaskarze, podróżował po miejscach w których przebywał Marszałek Józef Piłsudski (niekiedy razem z nim), którego był adiutantem w latach 1931-35. Plonem jego licznych wypraw były nie mniej liczne książki. We wrześniu 1939 roku ewakuował się do Rumunii. Jego prace w PRL objęte były cenzurą, stąd i do dziś są bardzo słabo znane. Dlatego też druk, przez Wydawnictwo LTW, dwu jego książek należy przyjąć z wielką wdzięcznością.

Obie one są relacjami z podróży na Syberię do miejsc, w których przebywał na zesłaniu Józef Piłsudski. Z tym, że pierwszą podróż odbył jeszcze „za życia” Marszałka, drugą już po jego śmierci. Podczas obu podróży część miejsc, które odwiedził pokrywała się ze sobą toteż i zasadne było (ze strony Wydawnictwa) obie książki wydrukować jako jedną pozycję.

„Wy, obywatelu, jesteście chyba pierwszym Polakiem, który przyjechał do nas dobrowolnie, bez eskorty” – mówi do Lepeckiego starosta z Kireńska na Syberii. Książka wciąga już niemal od pierwszej strony. Zwłaszcza, że jest w niej wszystko: i humor i patos, i historia i zdrowe wzruszenie, i piękne opisy przyrody, ciekawe wnioski z obserwacji syberyjskiej rzeczywistości. I mimo, że myślą przewodnią tak wypraw jak i publikacji są miejsca związane z pobytem Naczelnika na Sybirze, to ani jego postać, ani opis tych miejsce nie dominują w książce, nie „przytłaczają” czytelnika. Nie, raczej są one płynnie wkomponowane w opisy syberyjskiej rzeczywistości pod dopiero co krzepnącymi rządami bolszewików.

Dwie cechy dominują u autora: wnikliwość obserwacji i barwny, plastyczny i lekki język. To ów język właśnie zachwyca, wciąga, niekiedy nawet hipnotyzuje, ale jest na tyle barwny, że chce się czytać jeszcze i jeszcze. W tym względzie Lepeckiego można śmiało postawić w szeregi tych genialnych pisarzy okresu międzywojennego, z których władza komunistyczna „wykastrowała” naszą literaturę i nasze umysły. Dziś, dzięki takim wydawnictwom jak LTW powoli nam „odrastają”. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że wspominanie wydawnictwo, (czy też jakiekolwiek inne) odświeży i przybliży nam i inne pozycje z bardzo bogatego dorobku tego pisarza.

Wódka w kostkach

Tymże barwnym językiem Lepecki opisuje oryginalną syberyjską rzeczywistość. „Sybir bez przekleństw” – to tytuł pierwszej książki. Istotnie Lepecki nie pomstuje na to więzienie narodów, nie złorzeczy. Tym bardziej, że ówczesna syberyjska rzeczywistość była niekiedy wręcz komiczna. Warto tutaj przytoczyć choćby kilka ciekawych zdarzeń i refleksji autora:

„Pisząc o naczelniku poczty w Kireńsku nie sposób nie wspomnieć o jego miłej, przystojnej zastępczyni. Zawarłem z nią znajomość w urzędzie telegraficznym. Miła ta panienka, odbierając ode mnie tekst depeszy, zapytała niewinnie:

– Powiedzcie mi, towarzyszu, gdzie tu napisaliście nazwisko, a gdzie miejscowość?

Pokazałem palcem.

Panienka ucieszyła się.

– Jak to dobrze – rzekła – że się zapytałam. Byłam pewna, że Warszawa to nazwisko, a Zarychta – miasto.

Pożegnałem czarującą panienkę z miłym uczuciem, że jednak pewne sprawy są na całej kuli ziemskiej jednakowe. W Kireńsku, Pyrach, Zamościu, czy Irkucku – aniołki są te same.”

Innym znów razem możemy w kilku ale jakże plastycznych zdaniach dowiedzieć się wiele o układach damsko-męskich wśród Buriatów: „Kobiety mało różnią się od mężczyzn. Krótkie spódnice, długie buty i krótkie marynarki upodabniają je do płci silnej. … A przy tym wszystkim palą stale fajki. Trudno wprawdzie dopatrzeć się w nich seksapilu, lecz chłopu buriackiemu zależy raczej na pierwszej części tego złożonego słowa… aby była płeć.”

Opis syberyjskiego El Dorado, miejsca, gdzie ludzie mieli tyle złota, że nie wiedzieli co z nim zrobić, Nerczyńska, również wywołuje uśmiech … choć już raczej politowania: „… wśród tych nijakich domków lśnią jak przysłowiowe kwiaty na kożuchu, wspaniałe siedziby, zbudowane w przedrewolucyjnych czasach przez milionowych kupców. Do dzisiaj opowiadają sobie mieszkańcy Nerczyńska legendy o bogactwie i rozrzutności tych ludzi. Nieokrzesani i prości Sybiracy, zbogaceni na dobywaniu złota nie wiedzieli zupełnie jak zużytkować zaklęte w ich kasach możliwości. Budowali więc swe siedziby z orientalnym przepychem. Wspaniałe lustra z Londynu i pianina z Berlina mieszały się w nich z brudnymi walonkami z wojłoku, sosnowymi ławami i drewnianymi łyżkami. Do dzisiaj jeszcze stoją te brzydkie, pretensjonalne budowle, świecąc z daleka bielą marmurowych kolumn, imponując wielkością i solidnością budowli, a jednocześnie zdumiewają zupełnym brakiem ustępów, kanalizacji, łazienek.”

I jeszcze jeden obrazek z syberyjskiej rzeczywistości – o szczególnych właściwościach mrozu: „Mróz ma wiele stron ujemnych, ale również wiele dodatnich. Do tych ostatnich należy zaliczyć jego właściwości ‘utwardniające’. Dzięki nim przechowuje się w Sybirze podczas zimy masło, wodę a nawet wódkę w stanie stałym. Mleko sprzedaje się na cegiełki, wódkę na kostki i tak dalej.” Nic tylko dodać do tego stary dowcip o tym jak wygląda wychodek na Syberii. Otóż są to zaledwie trzy kije: dwa krótkie i jeden długi. Na jednym z krótkich wiesza się kufajkę (przed), tym jedynym długim odpędza się wilki (w trakcie), zaś drugim krótkim… strąca się sopla (po).

Ale rzecz jasna Lepecki opisuje nie tylko to co wesołe na Syberii. Pisze także o skutkach stalinowskiej polityki mieszania narodów, o tym jak na Syberie trafiają Tatarzy kazańscy, którzy co prawda umieją hodować bydło i konie, ale nawet nie znają języka rosyjskiego a już na pewno tutejszych ludów, itp. O prywatnych (!) poszukiwaczach złota, którym pozwala się co prawda pracować, ale odkupuje od nich złoto po zaniżonych cenach przez co nie oni, a państwo się bogaci, bo sprzedaż złota państwu jest obowiązkowa. Wywieźć go z kraju nie można. Czy aby nasz krajowy ZUS nie opanował tego mechanizmu wyciągania gotówki od ludzi w sposób perfekcyjny?

Polskie ślady

Lepecki jest jednak przecież Polakiem stąd interesują go przede wszystkim polskie ślady, a te tak wówczas jak i obecnie odnaleźć można przede wszystkim na starych cmentarzach. I tak jak wówczas tak i teraz po 80-latach ich stan jest opłakany. Mimo to dostarczają one wiele wzruszenia Polakowi, który widzi je, zwłaszcza gdzieś tam daleko, wiele tysięcy kilometrów od Ojczyzny. O krzyżu na cmentarzu w Tunce Lepecki pisze: „Stałem długo nad krzyżem. Dziwną wymowę miały dla mnie te dwa kawałki drewna ułożone w odwieczny znak. Ktoś kiedyś zmawiał się wieczorami, uradzał, jak to będzie z tym krzyżem polskim… Ktoś, kiedyś, myśląc może o jakim Wrzelowcu lub Kluczkowicach, ciosła cedr sybirski… I stanął jednoramienny, polski, i stał dopóty, dopóki nie umarł w tunkijskim ajmaku ostatni zesłaniec polityczny znad Wisły. Spełnił swą rolę i legł. A jeszcze teraz, na pół spróchniały, powalony, wywołał wzruszenie.” Opis zniszczonego polskiego cmentarza w Irkucku jest nie mniej „duszoszczypatielnyj” jak mawiają Rosjanie: „Błądzę wśród tych mogił drżący i przejęty. Z ofiary spoczywających w nich bohaterów, z ich poświęcenia, z ich łaski nieomal, jestem przecież żołnierzem polskim. Chciałbym ich wszystkich, tych najdroższych kolegów pogrzebanych o siedem tysięcy kilometrów od Ojczyzny, przycisnąć do serca, chciałbym im wszystkim powiedzieć, co dla nich czuję, jaką głęboką wdzięczność dla ich czynów żywię. Tu, w tej ziemi, przez półtora wieku w Polsce przeklinanej, chowano przecież najnieszczęśliwszych, tych, którzy najwięcej poświęcili, a których kości, ku zgrozie ich najbliższych musiały spocząć w znienawidzonej ziemi. Stąpam miedzy ich mogiłami ostrożnie, uważnie.” Zaś oglądając cele w dawnym Aleksandrowskim więzieniu pisał: „Na tym skrawku sybirskiej ziemi, w cieniu ponurych, zielonych od pleśni murów tiuremnych, ginęli ci, którzy kierowani rozpaczą albo głębokim namysłem, podnosili protest przeciw ciemiężcy nawet tutaj, w tym ‘martwym” głuchym domu. O mury tego mrocznego podwórza, przypominającego patia feudalnych zamków hiszpańskich, obijało się echo jakże beznadziejnych wówczas okrzyków: ‘Niech żyje Niepodległa Polska!’, ‘Precz z caratem!.’”

Opisując inne miejsca związane z pobytem Polaków posługiwał się też wspomnieniami czy zapiskami innych podróżników czy wojskowych. Pisząc o buncie polskich zesłańców, uczestników powstania styczniowego w okolicach Kułtuku i Mysowoj przytacza wspomnienia księcia Piotra Kropotkin, który jako młody oficer stacjonował wówczas w tych stronach. Kropotkin pisze o naszych rodakach z uznaniem: „Często zdarzało mi się słyszeć, że powstanie to było wysoce nierozsądne, a jednak garstka mężnych powstańców osiągnęła coś niecoś. Egzekucje, okrucieństwa dwóch oficerów, wykryte na rozprawie sądowej, wywołały silne oburzenie w Austrii. Rząd austriacki ujął się za Galicjanami, którzy brali udział w ruchu 1863 roku i zostali zesłani na Syberię, dzięki temu niektórzy z nich wrócili do Ojczyzny. W ogóle – położenie wszystkich zesłańców polskich wkrótce po powstaniu 1866 roku znacznie się polepszyło. A zawdzięczali to oni ‘buntowi’ – tym, którzy chwycili za oręż, i tym pięciu dzielnym ludziom, którzy zostali rozstrzelani w Irkucku”. Niczym w balladzie Młynarskiego o dwóch koniach: „Kto się stawia ten ma z tego mimo wszystko jakiś zysk, a kto słucha i ulega, ten najpierwszy zbiera w pysk.”

Nasuwa się też refleksja, że Polak, to jak ten Indianin, bezpieczny jest dla ciemiężycieli tylko wówczas, kiedy jest martwy. W innym przypadku zawsze knuje, zawsze się buntuje, nawet wtedy, kiedy dopiero co zebrał cięgi. Chyba nie do końca rozumieli tę „prawidłowość” carscy urzędnicy. Sowieci nie popełnili już tego „błędu”…

Bardzo, za bardzo optymistycznie kończy Lepecki swą pierwszą, napisaną w 1934 roku książkę: „Dziś w Sybirze nie ma zesłańców. Z pól, tajg i gór Buriato-Mongolii nie płyną ku krajom Zachodu westchnienie i przekleństwa. Nikt tu już nie tęskni, nikt się stąd nie wydziera, nikt tego kraju nie przeklina. Głęboki oddech wojny i rewolucji odrzucił z płuc Sybiru gniotący go ciężar: katorgę i posielenie. Pobyt w nim przestał być karą, matki i niańki przestały straszyć nim dzieci, poeci zarzucili jego motyw jako tło dla męczeństwa i grozy. Spowszedniał ten kraj, zmalał i „sprościał”. Niedaleki już czas, gdy jego piękne zakątki, których tyle posiada, zaroją się do turystów, a młodzi narzeczeni będą się umawiać: ‘Miesiąc miodowy spędzimy nad Leną’”. O jakże się mylił adiutant Marszałka, jakże okrutnie się mylił. Istotnie „niedaleki” był czas, kiedy … Sybir znów zaroił się zesłańcami (już w 1934 roku ilość ludzi zesłanych do obozów przymusowej pracy wynosiła ponad pół miliona), ludźmi wyrwanymi ze swych domów, rodzin, środowisk, skazanymi na podstawie bezprawnych wyroków, zsyłanymi tu nad Lenę, Kołymę i najdalsze zakątki tej pięknej ziemi po to, aby, jak wyraził się jeden z enkawudzistów „tut padochli”. Nie minęło nawet pół dekady od czasu, kiedy Lepecki napisał te słowa, a na Sybirze bolszewik znów obudził demony.

Syberyjska przyroda

Na jedną jeszcze, szczególnie cenną i bliską sercu każdego przyrodnika „właściwość” książki Lepeckiego chciałbym zwrócić uwagę. To opisy przyrody. Natura, dzika, słabo jeszcze przekształcona przez człowieka nawet dziś na Syberii dominuje, tym bardziej było tak 80 lat temu. Lepecki musiałby być ślepcem by jej nie dostrzec, jednak opisać ją nie jest rzeczą łatwą ani prostą. Opisać tak by nie zabrzmiało to trywialnie, by nie operować stale tym samym skromnym zasobem przymiotników i porównań. Lepecki robi to w sposób mistrzowski. Tak widzi tajgę: „Tajgi nie można porównać z żadną inną puszczą na ziemi. Nie jest to gęsta, ciemna, wilgotna i ponura selwa tropikalna ani poważna, lecz wesoła, nasza Białowieża; nie przypomina też lasów afrykańskich, lasów zimnej Ziemi Ognistej. Tajga jest jedyna, tajga nie posiada krewnych….

W lecie, gdy rozjarzy się nad nią gorące, kontynentalne słońce, gdy zazieleni się podszycie, gdy zaszklą się nową politurą drzewa szpilkowe, gdy rozśpiewają się ptaki, osiąga swój najwyższy stopień piękności. Staje się wtedy wesoła, przystępna i jasna.

Inaczej jest w zimie. Zasypana śniegiem, milcząca i zła, tajga wydaje się groźna i surowa.” A tak syberyjskie stepy: „Step syberyjski zachwycał mnie wszędzie, ale w Zabajkalu wydał mi się jeszcze bardziej godny zachwytu. Tutaj bowiem nie przedstawiał się jako bezbrzeżna, melancholijna równina, lecz przeciwnie, cały był pofałdowany, upstrzony sopkami, pocięty dolinami i strumieniami. Porastała go trawa bujna, sięgająca koniowi do brzucha. A w niej, niczym w sztucznym klombie, kwiaty. Nie wiem czym się to dzieje, ale ilość tych kwiatów jest tam zadziwiająca. Nie tylko moją uwagę one zwróciły. Wspomina o kwiecistych kobiercach stepów sybirskich wielu pamiętnikarzy i pisarzy. Przed moim pierwszym wyjazdem na Sybir, w roku 1933, Marszałek Piłsudski powiedział do mnie między innymi:

– Tam, na Sybirze, zobaczycie stepy, na których jest więcej kwiatów niż trawy.

Jechaliśmy więc tym stepem z sopki na sopkę, z doliny w dolinę, dalej i dalej. Wiatr świstał nam w uszach, słońce paliło barki, a serce zalewała nieusprawiedliwiona niczym radość.”

Zniewalający urok syberyjskiej przyrody mąci to, co zrobił z nią człowiek. Autor daje temu wyraz bardzo dosadnie nie raz w swoich wspomnieniach. Przebywając gdzieś w tajdze nad Bajkałem pisał: „Z zachwytem patrzyłem na lesiste brzegi pokryte modrzewiami i cedrami, na szumiącą wesoło po kamieniach rzekę i na szlachetne, wyniosłe kontury Gór Tunkijskich, majaczących na horyzoncie. Cicho tu było, spokojnie i beztrosko. Niepostrzeżenie spadało na człowieka jakieś zadowolenie i ukojenie. Nerwy rozprężały się, serce poczynało bić równiej. Tu w tajdze, między Bajkałem a Kosogołem, u stóp Tunkijskich Biełek, w sąsiedztwie buriackich jurt i w pobliżu koczowisk mongolskich, życie wydaje się lepsze i pewniejsze. Oczywiście jest to złudzenie. Żądło XX wieku – niepewność, ucisk, gwałt i lęk – panoszą się i tutaj… Dość rzucić okiem na przecinający rzekę Zamurena trakt, aby przypomnieć sobie, że jest dziełem rąk nieszczęśliwców.

Złudzenie to jednak niezła rzecz. Marzę więc sobie o tym, jak szczęśliwi mogliby żyć sobie tutaj ludzie. Przyroda dała temu krajowi urodzajną glebę, zasiała bujne trawy i piękne lasy, rozmnożyła zwierzynę, napełniła rzeki rybami. Wystarczy wyciągnąć rękę i żyć beztrosko. Pomyślałem sobie wtedy, jak mądrzy są leśni mieszkańcy dziewiczych lasów Ameryki Południowej, znad odległych brzegów Amazonki, Ukajali, Urubamby, Madre de Dios. Wprawdzie nie są cywilizowani, wprawdzie nie znają radia, wykwintu i nawet pieniędzy, ale za to mają w sercach spokój. Gwałt, lęk, ucisk, niepewność, są od nich tak dalekie, jak tylko pod słońcem dalekimi być mogą.” Jeszcze bardziej dosadne słowa przeczytamy po wyjściu Lepeckiego z okrutnego carskiego więzienia w Aleksandrowsku: „Opuszczałem Aleksandrowski Centrał, z uczuciem, jakby mi kto serce ujął w obie dłonie i ściskał. Zielone wzgórza pokryte lasem i kwitnącymi łąkami wydawały mi się bezbarwne i nijakie, a błękit nieba – szarą płachtą. Nie widziałem piękności tego kraju, ani jego uroku. Przez chwile głębokiego odczucia niedoli katorżniczej patrzyłem na Sybir oczami zesłańców, oczami niewidzącymi, oczami przeklinającego to wszystko, co dla człowieka było inne, piękne….

Nie! Piękny surowy Sybir tu nic nie winien, nie jego trzeba przeklinać za zło rozgrywające się na jego ziemiach. A może w ogóle nikogo nie trzeba przeklinać? Na pewno tylko trzeba o tym pamiętać.”

Te ważne i głębokie słowa Lepeckiego rozumie każdy, komu zdążyło się być w podobnych miejscach, tam gdzie człowiek swoim okrucieństwem splamił, napiętnował i skalał naturalne, Boże piękno przyrody. Siedemdziesiąt lat temu w Lasach Sobiborskich płonęły na rusztach tysiące trupów zagazowanych Żydów – dziś mogę spokojnie pasjonować się rzadkimi gatunkami ptaków czy gadów, które tam w tych pięknych lasach żyją. Żyły zresztą i wówczas, kiedy realizowano wielki plan „ulepszania” świata. Dziś w przepastnych borach Puszczy Nalibockiej mogę podchodzić żubry ekscytując się ich widokiem na wolności – 70 lat temu polski partyzant w moim wieku chował się jak zaszczuty dziki zwierz, tropiony przez partyzantów sowieckich. Po lasach okolic Łucka czy Kowla na Wołyniu przebijam się nocą z przyjacielem Ukraińcem przy boku w poszukiwaniu sów i innych rzadkich ptaków. A czym były te lasy dla Polaków z Wołynia w 1943-44 roku? Czy mieli czas i ochotę podziwiać ich piękno?

Tak przyroda jest zawsze jednakowo piękna, po prostu jest, a … człowiek, człowiek! To brzmi … nie, nie dumnie, strasznie – niekiedy.

Dziś na Sybirze nie ma już GUŁAG-u, nie ma łagrów, katorgi, zesłania itp. Dziś istotnie można w spokoju spędzać nawet miesiąc miodowy nad Leną, bez obawy, że będzie to jednocześnie ostatni miesiąc na wolności (albo i w życiu). Dziś nawet nad Bajkał, na Kołymę czy na Magadan jeżdżą Polacy dobrowolnie (patrz: ostatnia bardzo ciekawa książka Jacka Hugo-Badera). Nie mamy niestety pewności, że tym razem już na pewno, tak zostanie na zawsze…

Krzysztof Wojciechowski

Mieczysław Lepecki, Sybir bez przekleństw. Podróż do miejsc zesłania Marszałka Piłsudskiego, Sybir wspomnień, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2012, ss. 300.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz