Plac George’a Floyda oazą dla przestępców

Minneapolis wciąż nie podniosło się po ubiegłorocznych zamieszkach po śmierci George’a Floyda. Utworzony w miejscu śmierci Floyda plac jego imienia stał się „autonomiczną strefą”, czyli w praktyce obszarem opanowanym przez miejscowych przestępców. To pokazuje w jakim kierunku mogą pójść kolejne miasta pod rządami Partii Demokratycznej– pisze magazyn „The American Conservative[1].

Wyrok w sprawie byłego policjanta Dereka Chauvina, który miał przyczynić się do śmierci Floyda, praktycznie od początku był przesądzony. Zastanawiano się jedynie, czy potwierdzone zostaną wszystkie trzy stawiane mu zarzuty. Przy okazji procesu społeczność Minneapolis mogła przekonać się ponadto, jak bardzo prowincjonalne i mało profesjonalne są lokalne media, które próbowały relacjonować jego przebieg. Zwolennicy prawicy żartowali nawet, że o sytuacji w ich własnym mieście dowiedzą się więcej z brytyjskiego „Daily Mail”, niż od miejscowych dziennikarzy.

Największym zaskoczeniem ostatnich miesięcy był więc nie wyrok dla Chauvina, lecz brak zamieszek po jego ogłoszeniu. Spokój w Minneapolis po tym wydarzeniu był jednak pozorny i nie odzwierciedlał prawdziwej sytuacji panującej w mieście po 25 maja ubiegłego roku, gdy pod miejscowym sklepem zmarł Floyd. Miejscowość wciąż bowiem nie podniosła się po ogromnych zniszczeniach spowodowanych ówczesnymi zamieszkami. Zresztą jeszcze przed śmiercią wielokrotnie notowanego czarnoskórego przestępcy Minneapolis wyraźnie podupadało.

Ponure miejsce

„The American Conservative” zauważa, że naocznie o rzeczywistości Minneapolis można przekonać się jedynie nad ranem. To bowiem najbezpieczniejsza pora na przechadzkę po niektórych częściach miasta, a zwłaszcza po okolicy w której doszło do głośnych wydarzeń z maja ubiegłego roku. Od tamtego czasu przestępczość w tym miejscu gwałtownie wzrosła, dlatego spokoju można doświadczyć właściwie tylko wczesnym porankiem.

Publicysta konserwatywnego magazynu nie waha się przed używaniem mocnych porównań, gdy opisuje okolice śmierci Floyda. John Gilmore nazywa je wprost „fawelą trzeciego świata”, przypominając o zamkniętym charakterze strefy utworzonej już prawie rok temu. Jego uwagę zwracają zwłaszcza liczne napisy skierowane do odwiedzających te miejsce białych ludzi. Są oni wzywani do czerpania nauki z tamtych wydarzeń oraz do „przekazywania tej przestrzeni swojej energii, a nie czerpania z niej”.

Jedynym minusem porannego spaceru po samozwańczym „Placu George’a Floyda” są puste ulice, na których trudno spotkać kogokolwiek. Jednocześnie nie ma pewności, czy napotkane w tym miejscu osoby w ogóle chciałyby się wypowiedzieć na temat sytuacji w Minneapolis. Niechętni rozmowom są zwłaszcza właściciele okolicznych sklepów, których spora część już upadła. Jedna z osób napotkanych przez Gilmore’a, odpowiadając na pytanie o ewentualną poprawę sytuacji w tym miejscu, użyła jedynie określenia „niezupełnie”.

Strefa przestępczości

Lokalne media coraz częściej zwracają zresztą uwagę na niepokojące zjawiska mające miejsce w tej okolicy. Publicystka liberalnego pisma „Star Tribune” została nawet upoważniona przez okolicznych mieszkańców do wyrażenia ich opinii na ten temat. Podsumowała ona więc jedynie wydarzenia z ostatnich 10 dni przed swoją publikacją. Z jej opisu wynika, że strzelaniny po zachodzie słońca stały się w tym miejscu normą, na dachach domów widać mężczyzn z karabinami, a postrzelone osoby nie mogą liczyć na pomoc medyczną na miejscu.

Karetki pogotowia nie mogą bowiem wjechać na teren „strefy autonomicznej George’a Floyda”. Posiada ona zresztą swoich własnych „lekarzy strefowych”, którzy w podobnych przypadkach nie są w stanie zrobić zbyt wiele i rannych po prostu trzeba na własną rękę transportować do szpitali.

Zobacz także: Proces w sprawie Floyda nie był sprawiedliwy

Przede wszystkim okolica śmierci Floyda doczekała się swoich własnych „służb bezpieczeństwa”. Nikt nie chce nazwać ich lokalną milicją, jednak zaufana grupa mieszkańców Minneapolis po prostu pełni funkcje porządkowe. Oczywiście nie wszyscy muszą się z nią liczyć, dlatego „strefa autonomiczna” jest miejscem kryjówki wielu przestępców uciekających przed policją. Funkcjonariusze tylko czasami próbują ich zlokalizować przy pomocy śmigłowców. Tym samym okoliczni mieszkańcy są cały czas narażeni na przemoc i wszelkiego rodzaju aspołeczne zachowania.

To czeka Amerykę?

„The American Conservative” nie ma żadnych złudzeń. Sytuacja w Minneapolis jest doskonałym zobrazowaniem tego, co czeka Stany Zjednoczone pod rządami Partii Demokratycznej. Ostatni burmistrz Minneapolis z Partii Republikańskiej zakończył urzędowanie w 1961 roku, a od tamtego czasu dokonano całkowitego zniszczenia niegdyś jednego z najpiękniejszych miast w całej Ameryce. Dawniej tętniący życiem ośrodek straszy opustoszałymi ulicami.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Tymczasem Demokraci po wyroku dla Chauvina zapowiedzieli, że dopiero rozpoczynają pracę nad „wprowadzeniem sprawiedliwości”. Na razie o prawdziwych efektach takiej polityki świadczą statystyki przestępczości. W ubiegłym roku w porównaniu do roku wcześniejszego liczba zabójstw wzrosła o 70 proc., strzelanin jest więcej o 105 proc., kradzieży samochodów w trakcie napadu o 301 proc., samych napadów o 47 proc., natomiast liczba zwykłych kradzieży aut wzrosła o astronomiczne 660 proc.

Pojawia się więc pytanie, w jaki sposób Partia Demokratyczna zamierza zrealizować swoje hasła o poprawie bytu mieszkańców Ameryki. Jak na razie jej polityka w Minneapolis spowodowała, że tylko 3 proc. amerykańskich miejscowości uznaje się za mniej bezpieczne od tego miejsca. I nic nie wskazuje na możliwość poprawy statystyk, bo budżet miejscowej policji został obcięty w tym roku o blisko osiem milionów dolarów.

Marcin Ursyński

Czytaj kolejny artykuł
1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz