Na Netanjahu nie ma mocnych

Izraelski premier Benjamin Netanjahu robił wszystko, aby utrzymać się na stanowisku piastowanym już od prawie jedenastu lat. W tym celu Izraelczycy w ciągu zaledwie roku musieli trzykrotnie pójść do urn wyborczych. Wszystko po to, żeby szef rządu utworzył nowy gabinet z… dotychczasowym liderem opozycji.

W piątek Netanjahu oficjalnie podpisał porozumienie programowe z Bennym Gancem, nowym przewodniczącym Knesetu i liderem centrowej koalicji „Biało-Niebieskich”. Tym samym obaj politycy zakończyli polityczny impas trwający przez ostatnie dwanaście miesięcy, a licząc od rozpadu ostatniej koalicji rządowej w sumie przez półtora roku. W tym czasie Izraelczycy zdążyli trzykrotnie pójść do urn wyborczych, bo kolejne kampanie nie były w stanie zmienić układu sił na tamtejszej scenie politycznej.

Rekordowy rząd

Obaj politycy komentując dojście do porozumienia nie odnosili się jednak do groźby czwartych przedterminowych wyborów parlamentarnych z rzędu. Sugerowali raczej połączenie sił ze względu na konieczność walki z pandemią koronawirusa. Ganc nazwał wręcz nowy gabinet „narodowym rządem nadzwyczajnym”, a po spotkaniu z liderami sojuszniczych partii prawicowych podobne stanowisko zajęła kancelaria Netanjahu. Szef izraelskiego parlamentu jedynie napomknął o „ochronie demokracji” przed kolejnymi wyborami.

Dopiero w najbliższych dniach obaj politycy mają podpisać kolejną umowę. Tym razem ma być to porozumienie z pozostałymi partiami zainteresowanymi dołączeniem do „narodowego rządu nadzwyczajnego”. Chodzi głównie o ugrupowania szeroko pojętej nacjonalistycznej i religijnej prawicy, ale także o ledwo przekraczających próg wyborczy socjaldemokratów z Partii Pracy. Ogółem na nowy gabinet Netanjahu będą składać się 32 ministerstwa, co oznacza rekord we współczesnej historii Izraela. Połowa z nich przypadnie „Biało-Niebieskim”.

Zgodnie z umową koalicyjną, rekord ten już za półtora roku może zostać pobity. Właśnie za osiemnaście miesięcy funkcję szefa rządu po Netanjahu ma przejąć Ganc. Wtedy jego rząd ma powiększyć się do absurdalnej liczby 36 resortów. Za cenę takiego kompromisu były szef sztabu generalnego izraelskiej armii musiał zgodzić się na daleko idące ustępstwa wobec Netanjahu. Lider Likudu dzięki głosom „Biało Niebieskich” ma zwiększyć swój wpływ na sądownictwo, a jest tym żywo zainteresowany z powodu toczących się wobec niego postępowań.

Zdrajca

Ganc swoją krótką, bo trwającą dopiero od półtora roku, karierę polityczną oparł na krytyce Netanjahu. Podstawą ostatnich kilkunastu miesięcy permanentnej kampanii wyborczej stał się właśnie spór dwóch postaci, które obecnie będą tworzyć wspólny gabinet. Wyborcy „Biało Niebieskich” mogą więc czuć się brutalnie oszukani. Nie dość, że organizacja wyborów pochłonęła duże środki, to na dodatek ich ostatnia nadzieja na zmianę izraelskiej polityki sprzymierzyła się z obiektem ich daleko idącej niechęci.

Wolta Ganca spotkała się z krytyką jego dotychczasowych sojuszników. Koalicję „Biało-Niebieskich” poza ugrupowaniem Moc Izraela tworzyły liberalno-sekularystyczna partia Jest Przyszłość prezentera telewizyjnego Jaira Lapida (znanego z ataków na Polskę) oraz centroprawicowe Telem, które już w ubiegłym miesiącu opuściły sojusz. Lapid stwierdził nawet, że jego dotychczasowy sojusznik „ukradł nasze głosy i oddał je Netanjahu”. Nie przekonały go nawet argumenty o konieczności stworzenia rządu jedności narodowej, bo zdaniem byłego dziennikarza „to nie daje prawa do odrzucenia dotychczasowych wartości”.

Podobnego zdania wydają się być dotychczasowi wyborcy Ganca. Według ostatniego sondażu „Biało-Niebiescy” mogliby liczyć na kilkanaście mandatów w Knesecie, podczas gdy w ostatnich wyborach sojusz byłego dowódcy izraelskiej armii uzyskał 33 ze 120 miejsc w parlamencie. Ponadto tamtejsza opinia publiczna nie wierzy, że Ganc rzeczywiście za półtora roku przejmie stery w rządzie. W dotrzymanie umowy przez Netanjahu wierzy tylko 38 proc. respondentów, natomiast przeciwnego zdania jest 45 proc. Dodatkowo wśród wyborców „Biało-Niebieskich” tylko 47 proc. popiera zawarcie umowy koalicyjnej z Likudem.

Sądy, ulica i zagranica

Sprawa umowy koalicyjnej pomiędzy Netanjahu i Gancem wzbudziła nie tylko kontrowersje polityczne, ale także prawne. Dlatego została ona już zaskarżona przed niemal wszystkimi instytucjami izraelskiego wymiaru sprawiedliwości. Jej kwestią ma się zająć między innymi Sąd Najwyższy, Prokurator Generalny, a nawet biuro radcy prawnego Knesetu.

Zastrzeżenia budzą bowiem zapisy umowy przewidujące spore przemeblowanie izraelskiego porządku konstytucyjnego. Poprawki do ustawy zasadniczej proponowane przez Likud i „Biało Niebieskich” są równie kontrowersyjne, co zawiłe. Mają one na celu chociażby stworzenie „przemiennego” rządu, który na dodatek na czas pandemii koronawirusa będzie mógł „zamrozić” wykonywanie aktów prawnych niezwiązanych z COVID-19. Ponadto konstytucja ma umożliwić rozwiązanie parlamentu i przeprowadzenie wyborów po trzydziestu sześciu miesiącach. Sporo wątpliwości budzi też możliwość wygaszenia mandatów parlamentarzystów, którzy będą pełnić funkcje ministrów i wiceministrów. W Knesecie miałyby zastąpić ich nie kolejne osoby z list wyborczych, ale politycy wskazani przez partyjnych liderów. To ma oczywiście zabezpieczyć „Biało-Niebieskich” przed przejmowaniem mandatów przez działaczy Jest Przyszłość i Telem.

Nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Darmowa jest jedynie propaganda.

Przekaż 50 zł

Zwalczaj propagandę.

Umowa koalicyjna jest kwestionowana nie tylko przez prawników nieprzychylnych nowemu obozowi rządzącemu, ale również przez część społeczeństwa. Z zachowaniem odpowiednich zasad ostrożności odbyły się już protesty przeciwko porozumieniu Netanjahu z Gancem. Demonstrujący w Tel Awiwie i Hajfie ostrze swego gniewu skierowali przeciwko liderowi „Biało-Niebieskich”, który ich zdaniem nie powstrzymał szefa Likudu przed uzyskaniem wpływu na wymiar sprawiedliwości. Dzięki umowie koalicyjnej prawica zyskała bowiem większość w Komisji Nominacji Sędziowskich.

Poza granicami Izraela porozumienie przyjęto w dwójnasób. Szeroko pojęta zachodnia opinia publiczna uznała to za dobry prognostyk, bo nareszcie udało się przełamać impas polityczny, w przypadku kolejnych przedterminowych wyborów mogący doprowadzić do destabilizacji izraelskiego państwa. Jako pierwszy gratulacje z powodu zawarcia umowy złożył amerykański ambasador w Izraelu, David Friedman, a w sukurs przyszły mu największe pro-izraelskie grupy lobbystyczne w Stanach Zjednoczonych. Unia Europejska i Organizacja Narodów Zjednoczonych, obawiają się z kolei zapowiedzi dotyczących aneksji Zachodniego Brzegu.

Palestyna łączy

Część krytyków nowej koalicji skupia swoją uwagę na kwestię relacji Izraela z Autonomią Palestyńską. Porozumienie Netanjahu i Ganca oznacza bowiem nie tylko kontynuację dotychczasowej agresywnej polityki wobec Palestyńczyków, ale zakłada aneksję części należących do nich terytoriów. Warto przypomnieć, że obaj politycy przybyli pod koniec stycznia do Białego Domu, aby uczestniczyć w ogłoszeniu przez amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa założeń tak zwanej „umowy stulecia”.

Propozycja USA względem rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego jest korzystna głównie dla Izraela. Zakłada ona między innymi włączenie w jego skład wybranych ziem palestyńskich, co zgodnie z umową ma nastąpić w lipcu bieżącego roku. Jako nielegalne z punktu widzenia prawa międzynarodowego podobne działania uznają właśnie UE i ONZ, a takiego rozwiązania w ramach koalicji nie zamierza też popierać wspomniana Partia Pracy.

Realizacja tak ambitnych planów będzie jednak zależeć w dużej mierze od rezultatów analizy umowy koalicyjnej przez izraelski Sąd Najwyższy. Między innymi z tego powodu porozumienie uważane jest za wyjątkowo kruche i niewielu komentatorów wierzy w możliwość jego przetrwania przez blisko trzy lata. Nie wiadomo też jak po koronawirusie będzie przedstawiać się sytuacja ekonomiczna Izraela. Już kilkanaście dni temu alarmowano o rekordowej stopie bezrobocia w tym kraju, przez co koszt utworzenia koalicji z rekordową liczbą ministerstw może być trudne do przełknięcia nawet dla wyborców Netanjahu.

Marcin Ursyński




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz