Lwowskie spotkanie z profesorem Tadeuszem Riedlem

Nie było w przedwojennym Lwowie człowieka, który by nie wiedział o istnieniu firmy „Edmund Riedel”. Jej główna siedziba znajdowała się przy ul. Rutowskiego 3. Riedlowie prowadzili handel herbatą, kawa, nasionami, alkoholem, narzędziami rolniczymi i nawet porcelaną japońska.

Tysiące współczesnych turystów, którzy przyjeżdżają do Lwowa, zwraca uwagę na nazwisko Riedlów całkiem z innego powodu. Otóż w ich grobowcu rodzinnym obok grobu Marii Konopnickiej w 1945 roku pochowany został wybitny matematyk polski Stefan Banach. Chcę jednak najpierw oddać głos ś.p. Jerzemu Janickiemu i zacytować fragmenty jego eseju o rodzinie Riedlów, dlatego, że jak mało kto umiał napisać o ludziach Lwowa z takim pietyzmem, humorem i znawstwem, jak Janicki. Kiedyś na moje pytanie skąd właściwie taki styl, taki dowcip, takie nieraz niesamowite chwyty literackie, pan Jerzy odpowiedział: „Bo we mnie płynie krew ormiańska, dlatego mam taki nos i taki humor i takie chwyty. Jedynie tylko handlem nigdy się nie zajmowałem”.



Otóż w książce „Towarzystwo Weteranów… Alfabet lwowski – 2”. Janicki pisze: Nie masz w tej całej książce takiego, którego by antenaci chociaż raz nie nabyli nasion lub chociaż raz nie odurzyli się aromatem chińskiej herbaty ze składu „Edmund Riedel, Lwów, UL. Rutowskiego 3”

Edmund Riedel w 1880 roku założył firmą handlowa z artykułami kolonialnymi i nasionami, która to w lot zdobyła sobie kolosalna renomę. Już po dziewiętnastu latach znak firmy zdobił wianuszek 19 medali, łącznie z dwoma uświetnionymi wizerunkami samego cesarza Franciszka Józefa I.

Zestaw towarów na składzie firmy przyprawić może o istotny zawrót głowy. Tu zaś tylko skromnie powiedzmy, że były tam wódki zdrowotne z fabryki arcyksięcia Rainiera, przedtem księcia Maurycego Monlearta Sax e Curlande w Izdebniku, rosolisy gdańskie, jak kümel, Guille Goldwaser, Persico, curacao i tuzin innych, koniaki z fabryki Royer, guilletand Comp, likier mandarynowy opactwa Fecambz Francji, likwory holenderskie „Wymand Foking” w Amstrdamie, likiery gdańskie z najstarszej fabryki założonej w roku 1598 typu Maraschino de Zara, etc, etc… Prócz centrali na Rutowskiego 3, były więc sklepy filialne przy Gródeckiej 74, Potockiego 38, Łyczakowskiej 40, placu Unii Brzeskiej 5. Już zamierzali Riedlowie otworzyć sklepy firmowe w Mielcu, Stalowej Woli i Tarnobrzegu, kiedy wybuchła wojna…”

Z wnukiem Edmunda Riedla, profesorem dr. hab. Tadeuszem Riedelem z Gdańska rozmawiamy we Lwowie w kawiarni „Wiedeńskiej” przy Wałach Hetmańskich.

– Do Lwowa przyjeżdżam dwa razy na rok. Pochodzę po starych uliczkach, odwiedzam kawiarnie, lubię „Wiedeńską”. To kawiarnia z historią, założona w 1810 roku. W XIX wieku zbierali się tu oficerowie cesarsko-królewskiej Austrii. Teraz siedzimy my i pijemy kawę i koniak, rozmawiamy o dobrych czasach, kiedy przyszły profesor jako dziecko mieszkał z rodzicami we Lwowie przy ul. Dwernickiego 12.

Mój pradziadek Joseph Riedel urodził się około 1825 roku. Przyjechał do Lwowa w połowie XIX wieku z Austrii. Nie wiadomo co robił we Lwowie, ale bardzo szybko spolonizował się, chociaż za żonę pojął też Austriaczkę Annę Breimayer, która była córką baronówny von Küchenthal. Dlatego ich syn, a mój dziadek Edmund Riedel już w roku 1876 był współzałożycielem Konfederacji Narodu Polskiego. Zadaniem tej organizacji było wywołanie wojny rosyjsko-tureckiej i przygotowanie powstania w Polsce. Były ożywione kontakty ze Stambułem. Ale nic z tego nie wyszło. Członkami konfederacji byli znani ludzie, np. książę Sapieha, Tadeusz Romanowicz, imieniem którego nazwano ulicę we Lwowie. Dziadka wybrano również do Rady Miejskiej Lwowa i posłem na Sejm Galicyjski, gdzie walczył o swobody i prawa Polaków. Firma handlowa „Edmund Riedel” mieściła się najpierw w nieistniejącym już budynku przy placu Mariackim 10, tam, gdzie była tez słynna firma „Lewicki”. Później dziadek wybudował nowa kamienicę przy ul Rutowskiego 3. Tam była centrala firmy mająca dwa sklepy. Jeden z kawą i chińską herbatą, koniakami i winami, natomiast drugi był to sklep z nasionami. Edmund Riedel podzielił swój biznes między trzech synów. Mój ojciec najpierw wyłamał się z rodzinnego interesu, studiował prawo, ale później wrócił, zrobił doktorat i był radcą prawnym całej firmy. Po ciężkich przeżyciach II wojny światowej opuściliśmy Lwow 19 grudnia 1945 roku. Zajechaliśmy bardzo szybko, jak na owe czasy, bo w ciągu trzech dni do Krakowa. Tam rodzice pół roku szukali mieszkania, ale nie mogli go znaleźć. Wtedy przenieśliśmy się do Bielska-Białej. Ja w 1950 roku pojechałem do starszego brata do Warszawy. Tam zdałem maturę, a od roku 1953 studiowałem we Wrocławiu. Zakończyłem studia biologiczne. We Wrocławiu też pracowałem i zdobywałem stopnie naukowe. Ożeniłem się z Cecylia Sowińską. Jej ojciec był więźniem Ostaszkowa, zamordowany w Miednoje. Żona teraz pracuje Zarządzie Związku Sybiraków w Gdańsku. Właśnie od 1986 roku przeprowadziliśmy się z Wrocławia do Gdańska. Do przejścia na emeryturę pracowałem w Akademii Wychowania Fizycznego. Przez trzy lata byłem rektorem tej uczelni. Co ja mam do wychowania fizycznego? Otóż jestem entomologiem. Ale swego czasu napisałem rozprawę p.t.”Historia tenisa w Polsce” Tenis to moja pierwsza miłość sportowa, jeszcze z lat 50. Było w tym opracowaniu aż 64 strony. Starczyło jednak tego, żeby Akademia Wychowania Fizycznego uznała mnie za swego.

– W jaki sposób rodzina Riedlów związała się ze Stefanem Banachem?

– O Banachu napisano setki rozpraw i artykułów. Wyszło też drukiem duże dzieło zbiorowe wydane przez Uniwersytet Gdański. Wszystko jest już tam opisane. Banach był z moim ojcem zaprzyjaźniony, ale nie był krewnym naszej rodziny. Mój ojciec i Stefan Banach regularnie spotykali się w okresie okupacji niemieckiej. Takie spotkania grupy zaprzyjaźnionych ze sobą osób, odbywały się w mieszkaniach ówczesnego nauczyciela fizyki VIII gimnazjum Michała Halannbrennera przy ul. Tarnowskiego. Później został on profesorem na Politechnice Krakowskiej. Były trudne czasy. Ludzie po prostu siedzieli przy małej wódce i rozmawiali o tym i owym. Kiedy w 1944 roku Banach został pozbawiony swego mieszkania przy ul. Zyblikiewicza, mój ojciec zaproponował mu by przeprowadził się do naszej willi, ale to był już koniec jego życia. Rok później Stefan Banach zmarł. Doskonale pamiętam jego zgon. Moja matka była przy jego śmierci, przyczyną której był rak płuc. Nie jest prawdą, że on często bywał pijany. Niektórzy współcześni lubią o tym mówić lub pisać. Tak, od czasu do czasu lubił wypić kieliszek koniaku, ale to normalna sprawa dla mężczyzny.

– Pana przewodniki po Lwowie wyróżniają się oryginalnością podania materiału historycznego, dokładnym opisem zabytków i wydobyciem faktów, o których nikt nigdy nie pisał. Na przykład, Pan napisał cały rozdział zatytułowany ”O dziesięciu przedstawicielach fauny Lwowa”. Wśród tych dziesięciu unikatowy jest motyl, którego można spotkać tylko we Lwowie i jego okolicach.

– Gatunek opisanych przeze mnie chrząszczy i motyli dzięki atrakcyjnemu ubarwieniu często dużymi rozmiarami stanowią ozdobę fauny i są z reguły uważane jako istotne walory krajoznawcze. Motyl o którego chodzi nazywa się „Dostojka laodyka”, zamieszkiwał teren od Hołoska po Lesienice i Winniki, a na południu Lwowa – Zubrzę. Pierwszy o nim, jako najbardziej charakterystycznym dla fauny Lwowa napisał Stanisław Wasylewski w swoim przewodniku „Lwów” w 1931 roku, a następnie powtórzył Witold Szolginia w 1991 roku. Ja później dokładnie opisałem tego motyla, jako specjalista i określiłem o jakiego motyla chodzi, bo tych „dostojek” znanych w Polsce jest 16 gatunków.

– Jakie dalsze plany dotyczące tematyki lwowskiej? Czy są w przygotowaniu nowe książki, rozprawy monografie?

– Przygotowuję kolejną książkę o Lwowie, książkę moich wspomnień. Planuję wydać w wydawnictwie „Bernardinum” w Pelpinie. Piśmiennictwo Lwowskie będzie następną pozycją. Natomiast jest taka sprawa, że dwa lata temu ukazała się pozycja „Lwowianie w nauce i kulturze Poznania”, jest też monografia o lwowiakach w kulturze i nauce Lublina. I mnie teraz proponują, żebym ja zajął się lwowiakami w kulturze i nauce Gdańska. Na jeden temat do tej książki wpadłem dzięki uprzejmości Wiesława Gruszkowskiego, byłego dziekana wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej. To już dość wiekowy człowiek, chyba z 1918 roku, ale jak pokazał mi listę, ile lwowskich architektów pracowało po wojnie w Gdańsku, to zrozumiałem, że o nich koniecznie trzeba napisać. Około 25 profesorów, architektów, na czele ze słynnym Witoldem Minkiewiczem. Na wybrzeżu gdańskim jeszcze więcej, ale na razie zbieram materiały o tych, kto przyjechał po wojnie. A w Gdyni, na przykład, dużo lwowian pracowało jeszcze przed wojną. Budowali to miasto. Dodam, że Wiesław Gruszkowski chodził z moim bratem stryjecznym we Lwowie do Gimnazjum.

– A czy Austriacki pułkownik Riedel, szef wywiadu sztabu generalnego we Wiedniu nie był Pana krewnym?

– Nie. Ten pan nie ma nic wspólnego z nasza rodziną. Natomiast, mój stryj był pułkownikiem Wojska Polskiego. Po wojnie został w Anglii, ale później powrócił do Warszawy. Pracował jako wykładowca artylerii w Akademii Sztabu Generalnego. Ale za to, że był w Anglii i Wojsku Polskim na Zachodzie został szybko wyrzucony i dwa lata później pracował już jako portier. Dobrze, że go nie aresztowali. Na tym można by postawić kropkę, ale przypomniałem sobie, że swój esej o rodzinie Riedlów Jerzy Janicki nazwał „Gorzki smak chińskiej herbaty”. Jednak czas leci. Wyrosło już nie jedno pokolenie powojenne. Być może w nowej rzeczywistości niepodległych państw stosunki polsko-ukraińskie będą , raczej już są, lepsze i smak tej herbaty już nie będzie taki gorzki? Czy też dla tych, kto był zmuszony na zawsze wyjechać ze Lwowa, będzie on już gorzkim do końca ich życia?

Jurij Smirnow

Źródło: Kurier Galicyjski nr 11 (135) z 17 – 29 czerwca 2011 r.

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz