Ksiądz Józef Obrębski

Najstarszy Polak żyjący na Wileńszczyźnie, stanowiący żywą historię tej ziemi, zwany Patriarchą Wileńszczyzny. Przez wiele lat w czasach sowieckich był ostoją żyjących na Litwie Polaków i jednym z filarów Kościoła katolickiego na Wileńszczyźnie. Urodził się na ziemi łomżyńskiej w 1906 r., z Wileńszczyzną związał się w roku 1926, kiedy rozpoczął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego, po których w 1932 r. przyjął święcenia kapłańskie.

Swoją pracę zaczynał w Turgielach jako wikary, parafii bardzo mocno zapóźnionej, na terenie której mieszkał jednakże m.in. gen. Lucjan Żeligowski. Jego ówczesnym mistrzem był ks. dziekan Paweł Szepecki, kapłan społecznik, kapłan niezwykle ofiarny i bezinteresowny. Na jego plebani zawsze było pełno żebraków. Jak wspomina ks. Obrębski bywało, że do stołu na plebani zasiadało po kilkadziesiąt osób. Ks. Szepecki nie dbał o żadne materialne korzyści. Wszystko, co miał rozdawał innym. Kiedy na plebani zarżnięto prosiaka, gospodyni musiała chować mięso aż na strych, żeby wszystkiego nie oddał biednym. Pracując pod opieką takiego proboszcza, ks. Obrębski wyrastał na wielkiego kapłana – społecznika. Miał tyle pracy, jak sam wspomina, że nawet domownicy chcąc z nim porozmawiać, ” musieli się zapisywać do kolejki”. Oprócz pracy parafialnej, zajmował się także młodzież – tworzeniem różnorakich klubów, domów ludowych, organizował młodych turgielan do typowej pracy organicznej, mającej dźwigać parafię i gminę z gospodarczego upadku. Zakłada kółka rolnicze, wchodzi w pracę spółdzielczą, inicjuje kursy kroju i szycia, podejmuje się budowy domu parafialnego. Koordynował działalność Akcji Katolickiej w całym dekanacie. Jednocześnie był znany z ogromnego szacunku do wszystkich ludzi: Polaków, Żydów i Białorusinów.

Za pierwszego bolszewika

Gdy w 1939 r. do Turgiel po raz pierwszy wkroczyli bolszewicy, nie uciekł z parafii. Znajomy policjant wytłumaczył mu, że w Turgielach nie ma żadnego wroga. Po krótkim pobycie bolszewików wkroczyli Litwini i ksiądz Obrębski był przymusowym świadkiem przyspieszonego kształtowania w parafii świadomości narodowej Polaków. Wspomina to m.in. tak:

„Tu, w tej stronie w 39. – 40. roku, Litwini działali przeciwko sobie samym. W Turgielach, jak bolszewicy wyszli, a przybyli oni, wszyscy ludzie witali ich chlebem i solą: bracia katolicy przyszli! Ale jak zaczęli gwałtowanie zmieniać nazwiska, nawracać na litewskość, nieraz w sposób bardzo ordynarny – ta nasza radość szybko wygasła. Obcinanie dzieciom z mundurków guzików z orzełkami, szykany w szkołach, awantury w kościołach – to ich postępowanie sprawiło, że kiedy w 1940 roku przyszli znowu bolszewicy, ludzie po prosu odetchnęli z ulgą! Z drugiej strony, takie postępowanie Litwinów miało skutek odwrotny od zamierzonego: umacniało polskość! Kiedy, już za bolszewików, wydawano nowe paszporty, pewna Litwineczka w urzędzie bardzo się dziwiła: co to jest, w całej gminie tylko kilkunastu nie jest Polakami?! Sąsiad, doktor Pietuchow, Rosjanin, mówił do mnie: Widzisz, księże, tyś za kilka lat na tym terenie nie zbudował tyle polskości, ile Litwini za kilka miesięcy”.

Uratował go niemiecki oficer

Po zajęciu Turgiel przez Niemców ks. Obrębski związał się z AK, czego omal nie przypłacił życiem. Od śmierci uratował go niemiecki oficer, którego gościł wcześniej na plebani. W 1944 r. był świadkiem objęcia władzy w Turgielach przez AK. Przewodniczył nabożeństwu, w którym udział wzięli „Wilk”, „Łupaszko” i „Szczerbiec”. Widział defiladę na rynku przyjmowaną przez „Wilka”, a także jak dowódca okręgu wręczał żołnierzom AK odznaczenia.

Po zakończeniu wojny i zajęciu Litwy przez Armię Czerwoną oraz wcieleniu jej do ZSRS ks. Józef uznał, że do Polski nie pojedzie; pozostanie z parafianami, którzy porzucać rodzinnej Ziemi nie zamierzali. Pracy mu przybyło, władze sowieckie usuwały szereg księży z parafii i oprócz Turgiel miał jeszcze do obsługi Kamionkę, Taboryszki, Onażdów, Rukojnie, Miedniki i Małe Soleczniki. Zimą jeździł saniami, a w pozostałe pory roku korzystał z 15-20 wozów rozstawionych po wsiach. Kiedy odwiedzał chorych kończył pracę o drugiej w nocy.

Samogonowa dyplomacja

Władze sowieckie początkowo traktowały go z szacunkiem. Usiłowały wykorzystać jego osobę do namawiania ludzi, aby wstępowali do kołchozów. Gdy na to nie poszedł, w 1950 r. władze sowieckie zajęły plebanię i w ciągu 24 godzin kazały mu się wynosić. Mógł jechać gdzie chciał, byle dalej od Turgiel. Ostrzegły go też, że jeżeli tego nie uczyni to pojedzie na białe niedźwiedzie. Władze kościelne skierowały go do Mejszagoły, a litewski pełnomocnik d.s. kultu zatwierdził. …,,Kiedy przyjechałem do Mejszagoły w 50. roku, to może tylko jednego człowieka spotkałem mówiącego po litewsku. A na bramie kościelnej zobaczyłem napis sprzed około 250 lat po polsku: ,,Kto tę kaplicę omija niech zmówi Zdrowaś Maria”. Nazwiska z archiwum kościelnego sprzed ponad 300 lat są te same, które teraz mają moi parafianie – są nadal polskie”.

Sytuacja księdza Józefa w Mejszagole również nie była łatwa. W budynku plebani urządzono klub kultury, służący przede wszystkim do pracy propagandowej. Musiał zamieszkać w starej organistówce, którą ochrzcił mianem „pałacyku”. Na placówce tej dał się poznać jako zręczny dyplomata potrafiący omijać sowieckie restrykcje i zakazy. Starał się znajdować z nimi jakąś płaszczyznę porozumienia, by wilk był syty i owca cała. Często stosował metodę wypróbowaną w Turgielach. Tak wspomina o tym po latach:” Jak władze miały do mnie interes, a miewały jakoś często, to nie mogło obejść się bez wódki. Gospodyni była nauczona, że jak tylko naczalstwo się pojawia, na stół wędruje samowar i samogon. I to pierwszak, nie jakaś tam zwykła wódka, bo tę piją i piją, a znaku żadnego. Obok stała butelczyna dla mnie z wodą. Wychylałem więc, chuchałem w kułak, a naczalstwo mnie chwaliło:” wot eto ksiondz. Z takim dieła rieszat – odno udowolstwije!”

„Pałacyk” i przytułek

Nie zawsze jednak „samogonowa dyplomacja” zdawała egzamin. Tylko sam ks. Józef wie, ile pod swoim adresem musiał wysłuchać obraźliwych słów, pouczeń, a czasem całych wykładów naukowego ateizmu. Proboszczując parafii ks. Józef zawsze starał się pomagać innym. Jego „pałacyk” stał się przytułkiem dla wielu potrzebujących. Mieszkali w nim wszyscy księża usunięci z parafii z zakazem wykonywania funkcji kapłańskich. Byli to ks. prof. Stefan Gulbinowicz, ks. Leon Ławcewicz, ks. prof. Bronisław Jeleński, ks. dr Sylwester Małachowski, ks. prałat Lucjan Chalecki, ks. prałat Leon Żebrowski. Nie byli to jedyni lokatorzy „pałacyku”. Wszyscy oni mieszkali w jednym jej końcu, w drugiej części swój przytułek miało kilka okolicznych żebraczek. Aktywność księdza Obrębskiego nie ograniczała się tylko do Mejszagoły. Starał się on też być rzecznikiem polskich księży, nie tylko wobec sowieckich władz litewskich, ale i oficjalnego Kościoła litewskiego mocno infiltrowanego przez KGB, który swoją kolaborację starał sobie rekompensować antypolskimi działaniami. Polskich księży, którzy kończyli oficjalne seminarium wikariusze kapitulni diecezji wileńskiej kierowali do parafii czysto litewskich, a na Wileńszczyznę, którą chcieli zlituanizować, księży litewskich nie znających języka polskiego. Przykładem ich intencji był list pasterski z 1.12.1969 r. wikariusza kapitulnego archidiecezji wileńskiej ks. Czeslowasa Kriwaitisa – do księży proboszczów. Stwierdzał w nim, że księża Polacy są albo przybyszami z Polski, albo miejscowymi wynarodowionymi kapłanami, niedoceniającymi języka ludu miejscowego. Wszyscy oni wraz z rozszerzaniem się chrześcijaństwa na Litwie, narzucili swój język ludowi. W dalszym partiach swojego elaboratu ks. Kriwaitis ubolewał, że w około czterdziestu parafiach diecezji wierni nadal: ,,nie słyszą ani słowa po litewsku”, co jest „przyczyną upadku wiary”.

Cmentarzyk legionistów

Ks. Józef utrzymywał też kontakty z internowanymi hierarchami litewskiego kościoła. Uczestniczył często jako świadek w dokonywanych przez nich potajemnych święceniach kapłanów, którzy po ukończeniu podziemnego seminarium mieli pracować w różnych częściach Związku Sowieckiego. Dbał on też jak mógł o wygląd i wystrój miejszagolskiej świątyni, a zwłaszcza o uświetnienie kościelnych uroczystości.

W końcu lat 80-tych, gdy ZSRS trzeszczał w szwach staraniem ks. Józefa został odbudowany w Mejszagole cmentarzyk legionistów. W 1989 r. zorganizował on też pielgrzymkę do Katynia. Jej uczestnicy przywieźli ziemię z grobów polskich oficerów, którą złożono w symbolicznym „Grobie Katyńskim” na cmentarzyku legionistów.

W latach 90-tych po obchodach 60-lecia swego kapłaństwa ks. Józef odszedł na zasłużoną emeryturę. Dalej mieszka jednak w swoim „pałacyku”, pozostając jako rezydent pod opieka kolejnych proboszczów. Dla wielu pątników po Ostrej Bramie Mejszagoła jest celem następnym. Chcą chociaż oprzeć się o próg „pałacyku” Patriarchy Wileńszczyzny i otrzymać nawet przez okno jego błogosławieństwo. Stan zdrowia nie pozwala już niestety ks. Józefowi na przyjmowanie wszystkich gości. Ci, którzy mieli to szczęście, będą spotkanie z nim wspominać do końca życia. Wielka mądrość sędziwego kapłana, urok osobisty, dowcip, fenomenalna pamięć, a przede wszystkim umiejętność przedstawiania rzeczy najbardziej doniosłych i złożonych w słowach najprostszych czyni spotkanie z nim ucztą duchową.

O skuteczną politykę

Choć władze RP obsypały go wieloma zaszczytami wolałby, by bardziej słuchały jego rad i ocen, które dla nich mogą być gorzkie. O ich stosunku do Polaków z Wileńszczyzny mówi bez ogródek: „Tutejsi ludzie mówią czasem, że mężowie stanu z Rzeczypospolitej, niezależnie od ich koloru, wykazują za mało troski o rodaków na wschód od Bugu, szczególnie o tych dalszych (…) Nie wchodzę w bieżące sprawy polityczne, patrzę z trochę dalszej perspektywy czasowej, a z tej perspektywy widać, że Polska w swojej polityce zagranicznej jest zbyt ostrożna, zbyt oględna, nazbyt stara się nikogo nie urazić, a w taki sposób nie czyni swej polityki skuteczną”.

Za wieloletnią działalność ks. Józef Obrębski wyróżniony został Złotą Odznaką Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej, medalem Zasłużony dla Kultury Polskiej, a w 1994 roku z rąk prezydenta Lecha Wałęsy otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Władze regionu wileńskiego nadały mu Honorowego Obywatela Rejonu Wileńskiego. 12 czerwca 2008 r. otrzymał uroczyście z rąk ambasadora Janusza Skolimowskiego pierwszą na Litwie „Kartę Polaka”.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz