Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy

„Dziękuję, bardzo dziękuję za wieczne pióro. Cieszę się nim jak dziecko. Doprawdy… Wieczorem myślę, że jak wstanę to będę nim pisał i bardzo podejrzliwie patrzę na każdego, kto na nie spogląda. Więcej mnie cieszy niźli kiedyś broń; nareszcie mogę korzystać z tego, co stanowi cząstkę kultury.”

Nim jednak skreślę słów parę o wydanej właśnie biografii Sergiusza Piaseckiego chciałbym cofnąć się w czasie jakieś dwie dekady. Było to na samym początku lat 90-tych, kiedy skończywszy podstawówkę (Opatrzność uchroniła moje pokolenie od gimnazjum) trafiłem do technikum. Wówczas to chodząc na tzw. kółka historyczne, na których nasz „sor” Andrzej Krukowski (daj mu Panie duuuużo zdrowia i długie życie) zaszczepił w kandydatach na techników meblarzy pasję do „nauczycielki życia”. A zrobił to na tyle skutecznie, że infekcja ta pomyślnie rozwija się u niektórych aż do dziś, mimo, że ich ścieżki życia pobiegły bardziej w lasy i na bagna niż do archiwów i bibliotek. To on właśnie przyniósł nam na jedno ze spotkań coś, co jak się potem dowiedziałem potocznie nazywało się „bibułą” – czyli powielaczowe wydanie książki, której druk był jeszcze mniej wyraźny niż kwity kontraktacyjne u sołtysa. „Bibuła” owa wyświechtana i niedbale zszyta nie posiadała nawet porządnej okładki, a zaczynała się od słów: „Noc była czarna jak sumienie faszysty”. Zacząłem czytać no i już dalej samo się potoczyło. Książka wręcz wessała budząc zainteresowanie a niekiedy dziki rechot, bo humor w niej zawarty bił na głowę wszystko co do tej pory przeczytałem. Innym znów razem budziła refleksję, bo zmarły nie tak dawno dziadziuś, który przeszedł Sybir, niekiedy niemal dokładnie tak samo opisywał niektórych Rosjan zwykle też dodając: „to ciemna swołocz”. Później kiedy sukcesywnie ukazywały się kolejne książki Sergiusza Piaseckiego starałem się nie przegapić żadnej.

I oto w roku bieżącym Wydawnictwo LTW, które jak chyba żadne inne przyczyniło się do „zmartwychwstania” Piaseckiego w postkomunistycznej RP, obdarzyło nas kolejnym rarytetem – jego biografią autorstwa prof. Ryszarda Demela. Książka zaciekawia już od pierwszych stron, choć te akurat nie są poświęcone samemu Piaseckiemu. W przedmowie bowiem Krzysztof Polechoński prezentuje postać… autora monografii. Ryszard Demel, grafik, malarz, witrażysta jest w naszym kraju postacią prawie nieznaną. Tymczasem to on był jednym z ostatnich powierników i przyjaciół Piaseckiego a także wykonawcą jego testamentu. Bez wątpienia dzięki niemu dziś Piaseckiego tłumaczyć może w zasadzie każdy kto wyrazi wolę wydania jego publikacji. Uratowany dwukrotnie przez Piaseckiego Józef Mackiewicz nie miał niestety takiego szczęścia…

Zasadnicza biografia to tak naprawdę jedynie część książki (ponad 70 stron, przy tym gdy cała książka liczy ich ponad 220). Została ona napisana w oparciu o materiały archiwalne a przede wszystkim o długie rozmowy autora z samym Piaseckim w czasie ich 10-letniego sąsiedztwa w Hastings. Autor wykorzystał też listy pisane do niego przez pisarza, kiedy ów pierwszy był już we Włoszech. Prócz powszechnie znanych faktów z życia pisarza pojawia się też kilka wątków mniej wiadomych. Ot choćby kwestia „przyjaźni” z Wańkowiczem, który jak wiadomo wystarał się o wcześniejsze zwolnienie byłego przemytnika i początkującego pisarza z ciężkiego więzienia na św. Krzyżu. Tymczasem okazuje się, że nie był to li tylko altruistyczny uczynek. Wańkowicz nieźle na Piaseckim zarabiał, ściślej – na jego twórczości. Podobną jest kwestia stosunków Piaseckiego z Wydawnictwem Rój, które po wojnie dysponowało prawami autorskimi do jego książek i odsprzedawało prawa do tłumaczenia na obce języki nie informując nawet o tym Autora. Osobliwym jest też przypadek gdy Piasecki znalazłszy takie włoskie wydanie jednej ze swoich powieści wytargował od wydawcy symboliczne honorarium, z którego, po dżentelmeńsku „odpalił” jeszcze „dolę” tłumaczce, za doskonały przekład. Z honorarium niewiele zostało, a Piasecki był w tym czasie „goły” jak święty turecki, ale zachował się jak na prawdziwego dżentelmena-humanistę przystało. Dwie rzeczy utkwiły mi jednak szczególnie w tej części książki. Pierwsza to ubóstwo (pokazane na fotografiach) by nie rzec bieda w jego mieszkanku, w zasadzie kącie, który gdzieś tam wynajmował, w ostatnich latach życia, w Anglii. Same tylko niezbędne sprzęty i książki. Jednak zawsze panował tam wzorowy porządek. Zdaje się – jak można tworzyć w tak ascetycznych warunkach?. Z drugiej jednak strony skoro można było w cuchnącej celi pełnej więźniów, to czemu nie tu. A rzecz druga, to mistyczny wręcz opis tego, jak (będąc jeszcze więźniem) otrzymał od Wańkowicza pierwsze pióro. Pozwolę sobie zacytować go: „’Kupiłem dla niego wieczne pióro i flaszkę atramentu … Napełniam pióro. Patrzy z zachwytem jak wypełnia się przeźroczy rezerwuar. Bierze z nabożeństwem do ręki i próbuje pisać. Za oknami, ujętymi w grube kraty, wielkimi, miękkimi kłakami wolno opada śnieg. I z tego prostego wręczenia narzędzia pracy robi się jakiś obrządek. Pasowanie? Nie, to raczej jakieś dwa bardzo dalekie sobie światy leją wodę na miecze’… Więzień-pisarz wrócił do swej ponurej celi. Wrócił do niej inny. W ręku, jak drogocenny skarb, ściskał nowe wieczne pióro i buteleczkę atramentu….’Dziękuję, bardzo dziękuję za wieczne pióro. Cieszę się nim jak dziecko. Doprawdy… Wieczorem myślę, że jak wstanę to będę nim pisał i bardzo podejrzliwie patrzę na każdego, kto na nie spogląda. Więcej mnie cieszy niźli kiedyś broń; nareszcie mogę korzystać z tego, co stanowi cząstkę kultury’”.

Część druga i trzecia książki zawiera omówienia twórczości Piaseckiego z podziałem na okresy jego twórczego życia. Zawarte tu też zostały opisy jego najbardziej znanych powieści, analizy akcji i postaw bohaterów. W częściach tych zawarto także omówienie materiałów, jakie ukazywały się na temat pisarza w prasie oraz oddano głos i samemu Piaseckiemu umieszczając kilka fragmentów jego artykułów.

Bodaj czy nie najcenniejsza w całej pracy jest jednak przygotowana benedyktyńskim trudem Krzysztofa Polechońskiego „Bibliografia publikacji Sergiusza Piaseckiego i o Sergiuszu Piaseckim”. Została ona podzielona na 7 działów głównych, z których każdy ma jeszcze przynajmniej kilka poddziałów. Działy główne to: Twórczość, Tłumaczenia, Adaptacje filmowe i teatralne, Autor o sobie, Opracowania, Wspomnienia o Sergiuszu Piaseckim i Audycje radiowe i filmy telewizyjne o S. Piaseckim. Ogrom wykonanej pracy jest imponujący. Myślę, że każdy miłośnik a i badacz twórczości Piaseckiego na pewno to doceni. Warto też przeanalizować niektóre działy, by dowiedzieć się np. że „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” był już wydawany w języku polskim 14 razy. Ta sama powieść została przetłumaczona na 13 języków (w tym tak oryginalne jak kataloński, norweski czy estoński) i wydana drukiem. Zaś na dalszych 5 powieść została przetłumaczona, jednak jej wydaniu przeszkodziła wojna. W tym zestawie też nie brak oryginalnych, np. jidysz czy łotewski. Rekordową ilość wydań „Kochanek…” miał w słonecznej Italii – w sumie 24!. W latach 1942-1986 był wydawany co kilka lat, przy czym były i takie lat, gdy wydawany był kilkakrotnie: 1942 r. – 3 wydania, 1948 r. – 2 wydania, 1970 r. – 2 wydania. Itd. Itp. Lektura tej bibliografii jest naprawdę wciągająca nie mniej niż sama biografia Piaseckiego.

Wszystko to sprawia, że opisywana biografia, wespół z „Autodenuncjacją” napisaną przez samego pisarza i „Gwiazdami Wielkiej Niedźwiedzicy” napisanymi przez jego wnuczkę Ewę Tomaszewicz, stanowi swego rodzaju trylogię wiedzy o Piaseckim. Choć biorąc pod uwagę wschodnie pochodzenie pisarza należałoby raczej powiedzieć „trojcu”, którą jak wiadomo „Boh lubit’”.

Gorąco ją zatem polecam wszystkim czytelnikom naszego portalu (podobnie zresztą jak i dwie wspomniane pozycje) chociaż wiem, że ludziom, którzy czytali już kiedyś choć jedną książkę Piaseckiego w zasadzie nie trzeba zachwalać ani jego biografii, ani tym bardziej twórczości. Ci zaś, którzy dopuścili się tak karygodnego zaniedbania i nic jeszcze jego/o nim nie przeczytali powinni jak najszybciej nadrobić te braki – dla własnego dobra.

Ryszard Demel, SergiuszPiasecki 1901-1964, Życie i twórczość, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2012

***

„Piaseckie” refleksje

Czytanie Piaseckiego, przebywanie w miejscach, gdzie i on był (nie mam tu na myśli więzienia na św. Krzyżu) wpływa zapładniająco na najbardziej oporny nawet umysł. Kilka poniższych refleksji zrodziło się na kanwie lektur Piaseckiego pod gwiaździstym poleskim niebem oraz w czasie „nocnych czytań” na lubelskim poddaszu.

Tacy sami

Prof. Jazep Januszkiewicz, filolog, tłumacz twórczości Piaseckiego na język jego matki, czyli białoruski, powiedział kiedyś „W całym stuleciu nie było lepszej literatury o naszej ziemi, a czytając ją jakbyś bracie sam chodził po tych samych ścieżkach i rozmawiał z tymi ludźmi, którzy nie zmienili się od stuleci.” I coś w tym jest. Jeżdżąc po poleskich wsiach naprawdę nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni by „imaginować” sobie jak one wyglądały za czasów kiedy kwaterował tu lub przemykał chyłkiem wywiadowca-kontrabandysta. Trzeba tylko „zamienić” eternit na strzechy lub gonty, żwirową „grawiejkę” na błotnisty szlak wyłożony łoziną i dylami oraz tu i tam zamienić „betonowo-barokowy” płot na ten pleciony z gałęzi i witek wierzbowych. Ot i wszystko. Drewniane chaty stoją te same i pięknie zdobione okiennice w nich również. Nawet cerkwie ocalały. A ludzie?. Bez wątpienia komunizm „przeorał” ich. Ale czy do cna? Wątpię. Spokój, opanowanie czasem wręcz jakaś dziwna bezwładność zapewne nie pozwalają Białorusinom na bunt, przewrót czy rewolucję, ale te właśnie cechy sprawiają też, że są także mniej podatni na wpływy świata, wielkiej polityki, wielkich systemów, budów, słowem – wielkich zmian. Kiedyś opowiadali mi, że gdy przyszedł do jakieś zapadłej poleskiej wsi sowiecki agitator, to Poleszucy nakarmili go, napoili „spirtem hnanym z muchomora”, przyjęli, a na koniec ożenili z jakąś miejscową kobietą. Zaś gdy pojawili się we wsi zajadli antykomuniści perswadując im i dziwiąc się czemu go nie zabili i nie utopili w bagnie, bo przecież on może rozwalić ich odwieczny porządek, to dobroduszni Poleszucy odrzekli. „A po co było go zabijać, my go przyjęli i teraz on już nasz i nic nam nie zaszkodzi, jakby my go zabili to i tak bolszewiki przysłaliby drugiego, może gorszego, to po co nam kłopot, my już wolim tego”.

Rozmawiając ze starymi babuszkami siedzącymi na ławkach przy domach człowiek istotnie ma wrażenie, jakby tu nic się nie zmieniło, gdyby nie wszędobylskie Leniny to można by nawet odnieść wrażenie, że i komuny tu nie było. Choć i one stoją na zasadzie: „a stoi niech se stoi póki nikomu nie przeszkadza”.

A do chaty i tak przyjmą, nakarmią, napoją i pogawędzą. Pewnie jak za czasów Piaseckiego.

Tylko kiedy patrzę na tych sinych, wiecznie pijanych kołchoźników snujących się po wsiach, mam poważne wątpliwości czy i dalej tak pozostanie…

Lachowicze, Lachowicze…

Mijamy je obwodnicą. Lachowicze… a był tam jakiś zamek, ale co jeszcze? Co jeszcze?. Z intensywnego myślenia wyrywają mnie milicjanci, którzy zatrzymują nasz samochód. Prowadzi na szczęście kolega Białorusin. Przekroczenie szybkości (nie zauważyliśmy że na obwodnicy też stał znak terenu zabudowanego) i coś tam jeszcze znaleźli. ”Nu szto Wiktorowicz piat’ bazowych eto mnogowato budiet s prazdnikom”. Uratował nas „praznik” bo był właśnie 8 maja – wigilia wielkiej „pobiedy”. Skończyło się na dwóch „bazowych” – niewielki mandat. I dopiero kiedy odjechaliśmy kawałek od Lachowicz i ochłonęli po nagłym spotkaniu z „prewencją” przypomniałem sobie. No tak przecież to tu urodził się Piasecki, a w kościele jest podobno tablica jemu poświęcona. Cóż … nie wracamy już by to sprawdzić, jest ciemno…

Magiczne pióro

Kto dziś pisze piórem? Kto dziś pisze choćby długopisem, skoro nawet podpis może być elektroniczny. Ale pióro to atrybut twórczości, choćbyś napisał setki stron na komputerze nigdy nie poczujesz tego zadowolenia, tej wewnętrznej satysfakcji, że to dzieło twego umysłu i ręki, nigdy nie zobaczysz swego „dziennego urobku”. Zawsze to będzie jasna strona w Wordzie posypana makiem literek. To jedynie dzieło Twoich zwinnych palców, które szybciej lub wolniej, w zależności od wprawy, przebierają po klawiaturze. Ten arkusz jest taki sam. Usiany tymi samymi znakami bez względu czy pisze go profesor czy gimnazjalista. Musisz dopiero wczytać się w treść by zobaczyć różnicę. Każdy rękopis jest inny. To charakter pisma każdego z nas decyduje o oryginalności, niepowtarzalny charakter jak i każdy człowiek jest niepowtarzalny. A tę oryginalność można uzyskać tylko pisząc piórem na papierze.

Nieraz dane mi było oglądać rękopisy różnych powieści, wierszy pisanych przez znanych twórców. Patrząc na nie masz wrażenie, że to jest rzeczywiście owoc myśli, wysiłku intelektualnego i ręki owego mistrza. Patrząc na zadrukowane „printerem” kartki nigdy nie miałem takiego odczucia.

Scena darowania Piaseckiemu pióra przez Wańkowicza pogłębiła jeszcze tylko te moje odczucia. Oczami wyobraźni widzę więźnia odzianego w jakiś łachmanowaty więzienny uniform wśród podobnie odzianych ale mających zupełnie inne życiowe ambicje więźniów, gdzieś w zatęchłej celi starego klasztory w paśmie Łysicy. Oni leżą, gnuśnieją, by nie rzec gniją, on pisze gdzieś w zimnym kącie, zapewne przy oknie by było trochę światła. A w zgrabiałych i zgrubiałych palcach trzyma pióro, które jest tutaj w tej rzeczywistości i dla tego człowieka jak talizman, jak święty medalion, bo autentycznie ratuje jego duszę. I tworzy, tworzy to co zachwycać będzie miliony. Pisze, a to pisanie w tych warunkach jest jak wyrastanie lotosu ze śmierdzącego bagna…

Nędzarz(e) z maszyną do pisania

Mieszkanko, a ściślej miejsce, w którym żył Piasecki w Hastings zmusza do refleksji. Piasecki tułał się. Będąc, może jeszcze nie bardzo starym, ale schorowanym i doświadczonym przez życie człowiekiem nie miał własnego kąta. Wynajmował pokoje, poddasza, jak to się mawiało „mieszkał kątem”. Wyposażenie owego kąta siłą rzeczy było skromniutkie: czajnik, miska, przybory do golenia, książki i maszyna do pisania. W takich warunkach żył i tworzył człowiek, którego powieściami dziś się zaczytujemy i zachwycamy. To dowód na to, że prawdziwemu pisarzowi nie potrzeba wygód, olbrzymich bibliotek, tzw. „warunków” do tworzenia. Przypomina mi się życie Roberta Sztilmarka, rosyjskiego pisarza, (ojca Feliksa Sztilmarka – jednego z nestorów ochrony przyrody w Związku Radzieckim i Rosji), który za swe niemieckie nazwisko został osadzony w łagrze. Komendant owego łagru miał „ambicję” by napisać powieść przygodową. Poza ambicją niestety nie miał nic, ani wiedzy, ani talentu, ani nawet pracowitości. Ale za to miał wśród swych licznych „poddanych” zeka Sztilmarka. To jemu właśnie rozkazał by napisał powieść dając mu tylko ołówek i stare papiery pakunkowe. I Sztilmark siedząc na jakimś poddaszu, w chłodzie i nie mając dostępu do żadnych materiałów napisał powieść przygodową, której akcja rozgrywa się na kilku kontynentach. Została wydana również w Polsce, nosi tytuł „Spadkobiercy z Kalkuty”. W takich warunkach powstawały książki, które przetrwają dziesięciolecia a może i wieki. I tak naprawdę poza nimi, niewiele materialnego zostało po ich twórcach. To dziwna prawidłowość. Po Piaseckim zostały „papiery” rzeczy osobiste i przybory do pisania, po Ferdynandzie Goetlu – maszyna do pisania, Józef Mackiewicz również żył i umarł w biedzie.

I czasem się zastanawiam: czy to bezradność życiowa?, czy wierność zasadom i niezłomność postawy?. I nijak nie wychodzi mi, żeby twierdząco odpowiedzieć na to pierwsze pytanie. Bo wszak gdyby chcieli mogliby dogadać się z kim trzeba i urządzić ciepło i zasobnie, czy to na emigracji (jak Miłosz) czy w ludowej ojczyźnie (jak Mackiewicz – ten drugi). Myślę, że nawiązanie kontaktów z „właściwymi” osobami czy to z emigracji czy też z przedstawicielami „ludowej demokracji” nawet w Anglii nie nastręczało kłopotów. Oni jednak tego nie szukali, a siedzieli na swoich poddaszach i niezmordowanie stukali w „klawisze” maszyny. I tylko ona po nich została…

A my dziś narzekamy, że nie ma mieszkania, że kredyty, że procenty, że hipoteki. A tu jeszcze samochód, a tu żona również ma potrzeby. Trudny wybór, odwieczny dylemat, bo wszak „żyć jak człowiek” też trzeba. A wtedy i zostanie po nas pewnie więcej niż maszyna do pisania, tylko czy to „więcej” jest istotnie więcej warte niż książki i maszyny takich ludzi jak Piasecki, Goetel czy Mackiewicz?

Gwiazdy nad bagnami

Nie raz zdarzyło mi się bywać na białoruskim Polesiu. Chodzić ścieżkami podobnymi do tych, którymi chadzał wywiadowca-przemytnik. Choć rzecz jasna ja robiłem to w zupełnie innym celu. Spałem też na bagnach pod gwiazdami Wielkiej Niedźwiedzicy może nie dokładnie w tych samych miejscach co on, ale kto tak naprawdę wie, po których chadzał on (traktowanie literalnie opisów z jego powieści, to z reguły droga na manowce, uświadomiłem sobie to próbując z jego opisów odtworzyć wędrówkę jaką odbył w okolice jeziora Kniaź – zwanego też Czerwonym, albo Żydem – za chorobę się nie udało, choć dysponowałem przedwojennymi, dokładnymi mapami). Spanie w lesie, na bagnach to uczucie osobliwe samo w sobie. Z jednej strony rodzi ten atawistyczny, głęboko wdrukowany lęk przed … no właśnie tak naprawdę przed czym? Wilkami? Bzdura – to one uciekają w popłochu przed człowiekiem, chyba, że są wściekłe. Duchami? Eeeee…Pewien znajomy, ziemiański syn, którego ojciec był legionistą a później KOP-owcem, powtarzał mi opowieści ojca z wyprawy kijowskiej, ale z drugiego jej etapu, który miał być zorganizowanym odwrotem, ale często przemieniał się po prostu w ucieczkę. Ów człowiek z kilkoma kolegami uciekając w nocy chował się do grobowców na cmentarzach – bo były to najbezpieczniejsze miejsca. I utkwiły mi w pamięci słowa: „Ty żywych ludzi się bój, nie zmarłych”. Dokładnie tak, jeśli coś może człowiekowi zagrozić w ciemną noc to tylko żywy człowiek. Niestety człowiek. To ludzie czynią piekło z ziemi, przyrody i z życia drugiego człowieka. To bolszewicy sprawili że piękne lasy pod Mińskiem, Kijowem, Charkowem, Smoleńskiem są teraz dla nas symbolem najokrutniejszej śmierci, choć ptaki śpiewają tam jak dawniej. To niemieccy naziści sprawili, że chodząc po nie mniej pięknych Lasach Sobiborskich nie mam pewności czy nie depczę rozsypanych tam żydowskich prochów.

Nocując w namiocie, albo i pod gołym niebem nad urokliwą rzeką Łań albo Słucz budziłem się rankiem rześki i wyspany. Budził mnie gulgot cietrzewi, klangor żurawi i cały ptasi chór. Trzeźwiła chłodna rosa pod stopami. Czułem się spokojnie. Myślę, że dla takich ludzi jak Piasecki i w tych czasach, których żyli i przy tej profesji, którą się zajmowali chłodne poranki na Polesiu znaczyły coś zupełnie innego i pewnie nie wywoływały takich miłych uczuć. Choć nocą świeciły nad nami te same przecież gwiazdy Wielkiej Niedźwiedzicy…

Krzysztof Wojciechowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz