Halina Skrzypkowska

W Kuniowie i w okolicy mówią o niej „Baba Hala”. Patrząc na tą skromną,
z trudem poruszającą się po własnym obejściu osobę, aż trudno uwierzyć, że ta mocno zniszczona i sterana życiem kobieta jeszcze niedawno była liderka tutejszej parafii i skupionej wokół niej nielicznej wspólnoty.

Cóż, wiek robi swoje – pani Hala ma już 83 lata. Urodziła jedenaścioro dzieci, co doceniła nawet władza sowiecka, przyznając jej tytuł „Matki Heroini”, czyli „Matki Bohaterki”. By go otrzymać, kobieta na sowieckiej Ukrainie musiała urodzić co najmniej dziesięcioro dzieci.

Pani Halina oczywiście nie urodziła swoich dzieci, by sprawić radość władzy radzieckiej. Wraz z nieżyjącym już mężem uznała, że tylko dzięki wiejskim, wielodzietnym rodzinom, na Ukrainie przetrwa wiara rzymskokatolicka i polskość.

Halina Skrzypkowska, zarówno ze strony ojca, jak i matki, pochodzi z polskiej rodziny od dawna osiadłej na terenie parafii Kuniów. Jej mama Feliksa z domu nazywała się Kraśnicka, a ojciec Władysław pochodził ze znanej rodziny Sokołowskich. Obie były wielodzietne i to też z pewnością wpłynęło na postawę pani Hali. Tutejsze matki-Polki zawsze rodziły dużo dzieci… W sowieckich czasach decyzja o licznym potomstwie wymagała jednak ze strony obojga rodziców prawdziwego bohaterstwa. Niewolnicza praca w kołchozie nie gwarantowała zarobków pozwalających na utrzymanie zbyt licznej rodziny. Jednak wychowanie w wielodzietnej rodzinie oraz przeżycia z lat trzydziestych, a zwłaszcza tych z drugiej wojny światowej, uodporniły panią Halę dostatecznie.

– Na szczęście nikt z mojej rodziny nie został aresztowany, rozstrzelany, czy wywieziony do Kazachstanu – mówi. – Bandery [tak mówiło się na członków UPA – red.] w czasie wojny często zachodzili do naszej chaty. Burzyli do okien, zwłaszcza wieczorem lub w nocy, i nigdy nie było wiadomo, co z ich odwiedzin wyniknie. Mój starszy brat należał do „Komsomołu” i jak tylko słyszał walenie do drzwi, chował się pod łóżko. Takich banderowcy od razu rozstrzeliwali. Gdy przyszli pierwszy raz, od razu o niego pytali. – Gdzie wasz starszy syn? – takie pytanie matka usłyszała, gdy tylko otworzyła drzwi. – A Boh jewo znaje – odpowiedziała rezolutnie i zaprosiła do stołu. Na taką okazję mieliśmy zawsze przygotowana horyłkę. Banderowcy siedli do stołu, a ich dowódca już grzeczniej poprosił.- No to dajte jesty. Matka tłumaczyła, że nie ma nic oprócz chleba i położyła go na stole. Bała się jednak, że banderowcy zaczną węszyć o obejściu i zajrzą do komórki, w której poprzedniej nocy schowaliśmy mięso z zabitej świni. Na szczęście w chałupie było ciemno, mama nie miała nafty i świeczek i paliło się tylko kopcące łuczywo. Banderowcy po izbie zbytnio się nie rozglądali, zjedli i sobie poszli…

Nie było to jedyne przeżycie, które mocno utkwiły pani Hali w pamięci. Do dziś pamięta m.in. pożar zabudowań kołchozu, podpalonych przez banderowców: – Ludzie nie chcieli ratować bydła, bo banderowcy zapowiedzieli, że jak ktoś się odważy, to jak nie teraz, to później go dopadną i spalą żywcem w swojej chałupie. Niespodziewanie jednak do wsi przybył konny oddział partyzantów radzieckich, ściągnięty przez łunę. Jego członkowie, nie znając przyczyny obojętności mieszkańców na pożar w kołchozie, rozjechali się po całej wsi waląc nahajkami w okna i nawołując wszystkich, by ratowali palące się krowy. Kto nawinął się im pod rękę, także był bity.. Mój brat nie wiedział, kto nas budzi i wyskoczył przez okno. Myślał, że to banderowcy. Partyzanci zaczęli strzelać za nim i trafili w łydkę. Brat skrył się jednak w ciemnościach i zdołał uciec. Partyzanci po pożarze któregoś dnia nas „odwiedzili”. Myśleli, że jesteśmy związani z banderowcami i dlatego brat uciekał przed nimi i nie ruszyliśmy od razu, by ratować kołchoz. Udało się nam jednak wytłumaczyć im, że są w błędzie. Jedną świnię nam jednak zabili, a mięso zabrali twierdząc, że bronią nas przed banderowcami, a nie maja co jeść. Wcielili też do swoich szeregów dwóch moich braci. Ci już z wojny nie wrócili. Poszli do Armii Polskiej i już w Polsce po wojnie pozostali. Na Ukrainę wrócił tylko trzeci brat, który wcześniej został wywieziony na roboty do Niemiec.

– Po wojnie było bardzo ciężko. Matka została brygadzistą w kołchozie, żebyśmy dawali sobie radę. Ja wyszłam za mąż za Polaka z krwi i kości i jakoś staraliśmy się wychować swoje dzieci, dbając najpierw, by nie głodowały, a później, by mogły się uczyć. Było bardzo biednie, ale daliśmy sobie radę – opowiada pani Halina.

O tym „dawaniu sobie rady”, czyli harówce w kołchozowej fermie, można by napisać książkę. W tym czasie pani Hala straciła zdrowie i siły. Ale, jak uważa, spełniła swój obowiązek wobec Boga i polskości. Wraz z mężem starała się swoje dzieci wychować na porządnych ludzi oraz wykształcić. Wszystkie poszły w świat i dziś rzadko odwiedzają rodzicielski dom.

Pani Hala jest sama jak kołek i to powoduje u niej dodatkową frustrację. Jej duży duży dom w Antonówce stał się samotnią. Łatwo do niego trafić, bo stoi na niewielkim wzgórku, tuż na początku wioski. Z głównej drogi trzeba zjechać na pastwisko, a później kawałek podejść. Pani Hala zawsze jest w domu, a jeżeli wyjdzie, to tylko do sąsiadki. Od dawna nie ma już sił, by chodzić na Mszę św. do kościoła w Kuniowie. Sześć kilometrów w jedną stronę i sześć w druga to ponad jej siły.

Jeszcze dwadzieścia lat temu tryskała energią i choć była już po sześćdziesiątce, głośno było o niej w całej okolicy. Skontaktowała się z ks. Antonim Andruszczyszynem, który w Sławucie został proboszczem odrodzonej parafii i zaczął walczyć o otwarcie na Wołyniu wszystkich zamkniętych kościołów.

– Kołchoz w Kuniowie ani słyszeć nie chciał, żeby oddać nam kościół – wspomina.- Postanowiłam więc pojechać do Kijowa, do samego prezydenta Leonida Krawczuka i poprosić go o interwencję. Zanocowałam u syna mieszkającego w Kijowie i rano poszłam do prezydenta. Milicjanci pilnujący budynku wzięli mnie za jakąś wiejska babę, wariatkę i nie chcieli przepuścić. Ostatecznie jednak wpuścili mnie do punktu przyjęć interesantów. Tam powiedziałam, ze jestem „Matką Bohaterką” i chcę rozmawiać z prezydentem. Jakiś urzędnik zadzwonił do niego, a ten kazał mnie przyjąć. Wysłuchał mnie w swoim gabinecie, zapisał, co powiedziałam i oświadczył, że mogę spokojnie wracać, bo jak wrócę do domu, to już kościół zostanie zwrócony. Przy mnie jeszcze dzwonił do gubernatora w Chmielnickim z poleceniem, by spowodował zwrot wiernym świątyni w Kuniowie. Gdy wróciłam do domu, co trochę trwało, mąż już w drzwiach powiedział, że był „priedsiedatiel” kołchoza, kłaniał się w pas i prosił, żeby przyjechać i dopełnić formalności.

Odzyskanie kościoła było oczywiście dopiero początkiem wskrzeszenia parafii. Pani Hala musiała jeszcze zmobilizować wielu sąsiadów do pracy przy odbudowie zrujnowanej świątyni. Zbierała również potrzebne na to środki finansowe. Jako przewodnicząca Komitetu Parafialnego zatrudniała ekipę wykonującą specjalistyczne prace, która mieszkała u niej w domu. Niewątpliwie dzięki energii pani Hali świątynia wróciła do życia i można było odprawiać w niej Msze św.

Ksiądz Witold Józef Kowalow, który w 1993 r. został pierwszym stałym proboszczem Kuniowa, nie musiał zaczynać wszystkiego od początku. Przez wiele lat ks. Witold miał w pani Hali bardzo oddanego współpracownika. Dziś przekazała obowiązki Przewodniczącej Komitetu Parafialnego młodszej następczyni, a z wspólnotą, którą współtworzyła łączy się w modlitwie.

– Myślałam, że wskrzeszenie parafii pobudzi do życia tutejszych Polaków- podsumowuje. – Myślałam, że powrócą oni do wiary i polskości. Tak się jednak nie stało. W Antonówce, w której mieszkam, żyje wielu młodych Polaków, wywodzących się z czysto polskich rodzin, którzy do polskości już się nie przyznają, choć noszą czysto polskie nazwiska. Nie chodzą też ani do kościoła, ani do cerkwi. Żyją jak sowieccy ludzie.

Marek A. Koprowski

Reklama



2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz