Valérie Pécresse najpierw miała wyeliminować szefową francuskich narodowców Marine Le Pen, aby następnie rywalizować z prezydentem Emmanuelem Macronem. Ostatecznie największe wyzwanie rzuciła budżetowi swojej własnej partii, bo w związku z jej marnym wynikiem gaulliści nie otrzymają zwrotu pieniędzy za kampanię przedwyborczą.

Kandydatka centroprawicy w niedzielnych wyborach prezydenckich we Francji otrzymała zaledwie 4,8 proc., zajmując ostatecznie dopiero piątą lokatę w całej stawce. Wynik Pécresse jest problematyczny nie tylko ze względów wizerunkowych, ale także finansowych. Budżet państwa zapewnia bowiem zwrot kosztów kampanii przedwyborczych tylko w wypadku przekroczenia przez kandydata progu 5 proc. głosów.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl wynosi 22 tys. PLN. Do tej pory zebraliśmy:

385.18 PLN    (1.75%)
Nr konta: 60 1020 1097 0000 7302 0195 3702
Wspieraj Kresy.pl

Szacuje się, że start byłej minister w rządach Francoisa Fillona kosztował Republikanów (LR) blisko 14 milionów euro. Szef gaullistów Christian Jacob twierdzi, że część tej kwoty stanowią pieniądze pozyskane poprzez zaciągnięcie pożyczek, które trzeba będzie spłacić, a jak sam przyznał, jego partia nie spodziewała się tak kiepskiego wyniku. Pécresse już dzień po wyborach musiała więc zaapelować do swoich sympatyków o przekazywanie darowizn.

Jacob zaprzeczył jednocześnie doniesieniom, jakoby Republikanie w związku ze swoim długiem musieli sprzedać swoją siedzibę w Paryżu. Lider centroprawicy twierdzi, że konieczne będzie znalezienie innych rozwiązań, a samo ugrupowanie potrafiło w przeszłości radzić sobie z podobnymi problemami. W 2013 roku, czyli rok po wyborczej porażce Nicolasa Sarkozy’ego, zakwestionowano bowiem legalność finansowania jego kampanii i gaulliści musieli zebrać blisko 11 milionów euro.

Brudne prawybory

Pécresse została kandydatką centroprawicy pod koniec ubiegłego roku, po tradycyjnych prawyborach, w których startują nie tylko politycy będący członkami Republikanów. W ich drugiej turze wygrała ze zwolennikiem wyraźnie prawicowego kursu gaullistów, czyli Érikiem Ciottim. Prawdziwą niespodzianką był jednak fakt, że już w pierwszej rundzie odpadł były minister zdrowia Xavier Bertrand, według sondaży faworyt do prezydenckiej nominacji gaullistów.

Początkowo Pécresse zaczęła rzeczywiście wyrastać na czarnego konia francuskich wyborów prezydenckich, jeszcze w styczniu wyprzedzając w większości sondaży Le Pen. Jednocześnie kandydatka centroprawicy miała gorsze notowania od szefowej narodowców, gdy brano już pod uwagę rywalizację w drugiej turze z urzędującą głową państwa. W lutym polityk Republikanów już tylko w pojedynczych badaniach wyprzedzała przewodniczącą Zjednoczenia Narodowego (RN).

Skąd nagłe załamanie sondaży? Otóż na jaw zaczęły wychodzić nieprawidłowości przy głosowaniu w centroprawicowych wyborach. Dziennikarze ujawnili, że wśród zarejestrowanych wyborców znaleźli się imigranci niemówiący po francusku i nieposiadający francuskiego obywatelstwa, zmarli, osoby fikcyjne czy nawet… pies wabiący się „Douglas”. Na ogół wątpliwości dotyczyły nowych członków Republikanów, którzy mieli dołączyć do tego ugrupowania w ubiegłym roku.

Dziennik „Liberation” ujawnił, że liczba członków partii gaullistowskiej zwiększyła się znacząco w okresie od września do listopada ubiegłego roku, a więc z poziomu 80 tys. do ponad 148 tys. Najwięcej nieprawidłowości związanych z rejestracją osób mogących głosować w prawyborach odnotowano w regionie Ile-de-France. Przewodniczącą tamtejszej rady regionalnej jest tymczasem właśnie Pécresse…

Kiepska kandydatka

Wyborczego blamażu gaullistów nie można jedynie sprowadzać do afery związanej z organizacją prawyborów. Problemem była bowiem także sama kandydatka. Pécresse zaczęła tracić poparcie jeszcze przed publikacją dotyczącą wspomnianych problemów z głosowaniem, głównie z powodu swoich wystąpień. Były one, delikatnie rzecz ujmując, oceniane bardzo krytycznie.

W połowie lutego centroprawica zorganizowała duży przedwyborczy wiec w Paryżu, mający na celu właśnie ożywienie coraz bardziej podupadającej kampanii. Stało się jednak zupełnie odwrotnie, a wystąpienie Pécresse doczekało się wielu niepochlebnych komentarzy. Działaczka gaullistów pokazała wówczas, że jest beznadziejnym mówcą i nie potrafi porwać za sobą tłumów. Siedmiotysięczna publiczność na siłę oklaskiwała kandydatkę, która próbowała wcielić się w zupełnie niepsującą do niej rolę.

Zwłaszcza w umiarkowanych kręgach krytykowana była również treść jej wystąpienia.  Pécresse wyraźnie próbowała w nim podebrać główne tematy kampanijne Le Pen. Mówiła chociażby o teorii „wielkiego zastąpienia”, zgodnie z którą głównym celem imigracji jest zastąpienie we Francji białej części jej populacji przez muzułmanów. Dodatkowo krytykowała Unię Europejską, choć zwłaszcza elity reprezentowanego przez nią ugrupowania opowiadają się za federalistyczną koncepcją Europy. Ona sama też należy zresztą do umiarkowanej frakcji Republikanów.

Wspomnianych wątków nie powstydziliby się kandydaci „skrajnej prawicy”, choć jednocześnie Pécresse wielokrotnie krytykowała Le Pen oraz Erica Zemmoura. Oskarżała ich o odwoływanie się do nostalgii za minionymi czasami, co miało być anachroniczne. Dodatkowo twierdziła, że propozycje „ekstremistów” tak naprawdę doprowadzą do chaosu, dlatego jednym z celów jej kandydatury (poza odsunięciem od władzy Macrona) jest właśnie powstrzymanie radykałów.

W ten sposób Pécresse znalazła się w swoistym potrzasku między Le Pen i Macronem. Z jednej strony atakowała „skrajną prawicę” za jej rzekomy ekstremizm, natomiast z drugiej media sprzyjające obecnemu prezydentowi zaczęły same przypinać jej podobną łatkę. Ostatecznie szefowa aglomeracji paryskiej o wszelką krytykę swojej osoby oskarżyła nieprzychylnych dziennikarzy, sugerując przy tej okazji, że jest atakowana z powodu swojej płci.

Gaulliści są martwi

Niemal każdy tydzień kampanii kandydatki gaullistów był naznaczony kolejnymi głosami poparcia dla Macrona, które wyrażali kolejny politycy należący do partyjnej elity Republikanów. Ciosem dla Pécresse było zwłaszcza opowiedzenie się po stronie urzędującego prezydenta przez byłego premiera Jean-Pierre Raffarina i byłego ministra ds. budżetu Érica Woertha. Obaj stwierdzili, że nie jest ona w stanie powstrzymać kandydatów „skrajnej prawicy”.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Podział wśród centroprawicy nie jest zasadniczo niczym nowym. Dość powiedzieć, że już pięć lat temu spora grupa Republikanów po prostu zasiliła obóz Macrona. Do tego ugrupowania należało dwóch premierów, którzy pełnili swoją funkcję w czasie rządów obecnego prezydenta, czyli Édouard Philippe i Jean Castex. Już po wyborach kandydaturę obecnej głowy państwa poparła partyjna wierchuszka, na czele z wciąż wpływowym Sarkozym.

Drugą grupę gaullistów stanowią zwolennicy bardziej radykalnego kursu. W ostatnich latach centroprawicę na rzecz narodowców opuścił były minister transportu Thierry Mariani. Przeciwnik Pécresse we wspomnianych prawyborach nie udzielił więc poparcia Macronowi w drugiej turze wyborów prezydenckich. Ciotti nie posłuchał tym samym Sarkozy’ego, który wzywał do odbudowy „kordonu sanitarnego” wymierzonego w narodowców. Co prawda nie zdecydował jeszcze czy zagłosuje na Le Pen, lecz jego obecne stanowisko nie pozostawia w tej sprawie większych wątpliwości.

Francuskie media chętnie przytaczają anonimowe wypowiedzi polityków centroprawicy. Co prawda każdy z nich należy do innej frakcji, ale wszyscy są zgodni: Republikanie w chwili obecnej są martwi. Partia nie tylko cieszy się śladowym poparciem, lecz dodatkowo nie widać w niej ani śladu jedności. Najlepszym tego przykładem są powyborcze wypowiedzi przewodniczącego Senatu Gérarda Larchera i szefa senackiej frakcji centroprawicy Bruno Retailleau. Pierwszy ogłosił swoje poparcie dla Macrona, a drugi sprzeciwił się „rozpuszczaniu prawicy w macronizmie”.

Przed drugą turą wyborów prezydenckich wśród gaullistów pojawiła się dodatkowo trzecia frakcja. Pécresse wraz z niektórymi samorządowcami twierdzi, że Republikanie nie powinni poprzeć żadnego z kandydatów. W ten sposób mieliby potraktować swoich wyborców jak „dorosłych ludzi”, którzy najlepiej wiedzą co zrobić ze swoim głosem. W tym kontekście pojawia się jednak kluczowe dla centroprawicy pytanie, czy rzeczywiście istnieje dla nich przestrzeń pomiędzy „macronizmem” a „lepenizmem”.

Marcin Ursyński

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz