Dla zwolenników co to zamiast St.Zj. i Żydów to lepiej z Chińczykami takie przesłanie – imperia (mocarze) wszyscy są jednakowi, tylko metody stosują inne
W zwykłych okolicznościach Chiny może i puściłyby płazem australijskie wysiłki jako zgoła niepoważne i niegodne reakcji. Ale to nie są normalne czasy. Przecież już od miesięcy propagandowa „maseczkowa dyplomacja” Chin pracowała usilnie nad odwróceniem koronawirusowych pretensji i wykazaniem, że to oni są bohaterami kryzysu. Australijskie działania, padając na podatny grunt, groziły zniweczeniem tego wysiłku. Toteż kilka dni temu chiński ambasador w Australii udzielił wywiadu, w którym otwarcie groził, że w obliczu takich aktów nieprzyjaźni chiński naród może przestać jeść australijską wołowinę i pić australijskie wino…
Chiny splunęły, w Australii spadł deszcz http://www.pch24.pl/efekt-motyla-po-australijsku,76121,i.html#ixzz6N8vbBkyn
A dla słabych polecam takie ludowe przysłowie „obojętnie w którą stronę się obrócisz, zawsze du…a z tyłu”
Pan Kaźimierczak woli protektorat Moskwy czy Berlina jako alternatywę? Jakoś jasno to nie wynikało z tekstu. To jak trzech „kolegów” w klasie dwuch zabiera kieszonkowe i połowę śniadania ,a trzeci oczekuje pomocy w zamian za sińce na pysku. Gra się takimi kartami jakie są dostępne. Ważne jest aby konsekwentnie.
Bardzo dobra analiza. Z wieloma jej stwierdzeniami zgadzam się w zupełności.
@Czesław – myślę, że nieprawidłowo odczytał Pan przesłanie. Ja bym je odczytywał jako ostrzeżenie przed nadmiernym angażowaniem się w konflikt, który przez to może się rozegrać u nas, a nie daleko; angażowanie się po stronie wątpliwego zwycięzcy; a jeśli nawet zwycięzcy to takiego który do poniesionych może chętnie zaliczyć NAS.
Oczywiście uwaga anatomiczna jest poprawna: jest z tyłu – sprawdzałem!
@Tagore – myślę, że błędnie Pan odczytał preferencje autora. Według mnie z artykułu nie wynika upodobanie do bycia pod cudzym protektoratem, ale raczej zdolność do myślenia w kategoriach niezależności od protektoratów.
Oczywiście Polska jest w bardzo trudnej sytuacji i wielu wydarzeniom nie da się zapobiec, ale to nie znaczy, że nie można zrobić nic. Być może skutki działań okażą się w długim okresie, być może zakres swobody ruchu jest niewielki, ale kilka rzeczy można zrobić i dziś, przy obecnym układzie w polityce światowej, europejskiej i krajowej.
Pierwsza z nich to wyznaczenie wizji – nawet w postaci negatywnej (np. nie chcemy, żeby wojna między USA a Chinami, Rosją czy kimkolwiek innym rozegrała się na teranie Polski). Można też wyznaczyć kilka wizji ambitnych i pozytywnych.
Dalej trzeba zaproponować strategię osiągnięcia tej wizji, tj. w jakich kierunkach powinny zmierzać nasze działania a w jakich zdecydowanie nie.
Następnie taktykę osiągnięcia każdego z celów strategicznych, które następnie rozbija się na działania operacyjne.
Po sformułowaniu tych wszystkich punktów może się okazać, że sytuacja wygląda o wiele lepiej niż się zdawało przedtem.
Zacząć jednak należy od analizy tego gdzie jesteśmy i analiza Pana Kazimierczaka nadaje się do tego w sam raz.
Pozdrawiam serdecznie i życzę niegasnącego zapału.
Ci dwaj powyżej mają to co Jan Ludwik Popławski pod koniec XIX wieku nazwał „mentalnością lokajską”, czyli jeżeli oni „służą” USA to ich „przeciwnicy” też muszą „służyć” komuś innemu (Chinom, Rosji etc)
Panie Karolu.
Szczerze mówiąc ni grzeje mnie, ni ziębi informacja, że polską chmurę będzie tworzyć wuj Bill. Równie dobrze może to być wuj Cheng, wuj Wasyl lub wuj Helmut. Mówiąc kolokwialnie, jeden pies. Czy nam sie to podoba, czy nie, Polska ma obecnie takie znaczenie międzynarodowe i geopolityczne, jakie ma i obojętnie kogo sobie obierzemy za sojusznika, czy to będzie Waszyngton, Moskwa, Pekin, czy Berlin, fakt jest taki, że ów sojusznik będzie w zasadzie takim samym protektorem, a my wobec niego lokajem. Dzisiaj To jest efekt nie tylko działań PiS-u, ale wszystkich rządów począwszy od 1989 roku. Niestety potencjał polski jest rozbijany od dekad przez różnej maści serwilistów, obcych agentów, czasem zwykłych złodziei lub wręcz idiotów, którzy to zasiadają w ławach sejmowych i rządowych. Ale skoro społeczeństwo na to pozwala… Starszych pokoleń się nie zmieni, są wychowani na modłę homo sovieticus, młodsze mają prane mózgi przez lewacką propagandę, bo jest trendy (czy raczej stara się pozować na trendy). Toteż ważna dla nas jest praca u podstaw, ale i organiczna -w sensie zarówno ideologicznym, tudzież mentalnym, jak i ekonomicznym. I cieszy mnie, że jeszcze są miejsca w internecie, gdzie mogą toczyć się ciekawe dyskusje i wzbogacające polemiki.
Wg mnie najważniejsze to poukładać rzeczy na naszym własnym podwórku, zadbać nowoczesne i silne wojsko (bo to konieczne w naszym położeniu geograficznym) oraz ratować gospodarkę. A na zewnątrz nie wychylać się za bardzo, starać się lawirować. A to, z kim pod rękę pójdziemy ku nowemu światowemu konfliktowi, naprawdę nie ma większego znaczenia w tym momencie. Oczywiście najlepiej pójść ze zwycięzcą, choć i to nie da nam gwarancji, że nie zostaniemy kopnięci w zadek, jak to miało miejsce podczas II wś (tak, znów efekt WIELOLETNIEJ błędnej polityki), bo takie mamy znaczenie międzynarodowe, jakie mamy. Ale zwycięzcy nie da sie przewidzieć do końca, bo to jest jak loteria lub obstawianie wyścigów w Derby. Nie wystarczy dokonać bilansu sił zbrojnych, czy dynamiki rozwoju stron konfliktu lub sprawdzić, kto ile wydaje na zbrojenia. Zależy to także od splotu różnych, czasem nieprzewidzianych wydarzeń, od cech charakteru poszczególnych polityków bądź przywódców, także od przypadkowości, od której nigdy w stu procentach nie uciekniemy, no i wciąż w dużej mierze od szczęścia. Natomiast, żeby zająć się naszym podwórkiem, odbudować siły zbrojne i prowadzić rozsądną polityke zewnętrzną, potrzeba prawdziwego i polskiego rządu z charyzmatycznym mężem stanu na czele. Nie wiem, czy doczekam się takiego, ale wciąż czekam.
Pozdrawiam.
Zmierzch globalnej potęgi USA był przewidywany przez Z. Brzezińskiego już pod koniec lat 90. XX w. w „Wielkiej Szachownicy”. Światowa hegemonia amerykańska miała zostać zastąpiona przez system międzynarodowego bezpieczeństwa oparty na regionalnych strukturach, ale zapewniający wpływy USA w najważniejszych obszarach globu jeszcze przez szereg dziesięcioleci. I chyba jest w tym nieco prawdy. Nie tylko Polska jest przykładem skutecznego pozamilitarnego oddziaływania Waszyngtonu. O możliwości zawiązania bliższej współpracy z amerykańskim przemysłem i instytucjami finansowymi wypowiadał się niedawno rząd włoski, zniechęcony do zdominowanej przez Niemcy UE. Choć w marcu i kwietniu „ofensywa” chińska w Europie rzucała się w oczy zdecydowanie wyraźniej niż teraz. Najpewniej cała Europa, w tym Środkowo-Wschodnia stała się polem rywalizacji amerykańsko-chińskiej, a w nieodległej przyszłości będzie przedmiotem podziału wpływów pomiędzy poszczególne regionalne „strefy bezpieczeństwa”.
Możliwe, że rzekoma „pandemia” jest tym etapem wojny handlowej i politycznej, która zaowocuje nowym podziałem świata. Działania chińskie i amerykańskie interesująco korespondują z nasilaniem się i osłabianiem intensywności walki z „koronawirusem” oraz z towarzyszącymi jej restrykcjami. Znoszenie lockdownu następuje równolegle wraz z wyciszaniem się europejskiej „sympatii” do chińskiego modelu walki z zagrożeniem epidemiologicznym, zwłaszcza w krajach o proamerykańskiej orientacji.
W Polsce jeszcze kilka tygodni temu zachwalano „przykład azjatycki” i ogólnonarodową kwarantannę, z mediów wylewał się potok apokaliptycznych scenariuszy, gróźb i strachu, pod którym zamknięto ludzi w domach, doradca GIS i KG Policji mówili otwarcie o traktowaniu niesfornych Polaków „psią skórą”, sypały się mandaty za plenerowe spacery, a tymczasem chińskie transporty lądowały triumfalnie jako zwieńczenie sukcesu politycznego prezydenta Dudy. Gdy tylko jednak zapadły decyzje o współpracy Polski z amerykańskimi gigantami cyfrowymi na przełomie kwietnia i maja, nagle truchtem rozpoczęło się „odmrażanie” gospodarki, luzowanie obostrzeń, a prognozy Szumowskiego o szczycie zachorowań na czerwiec lub jesień odwołano licząc na tradycyjną utratę pamięci przez obywateli. I to nie tylko w Polsce. Nawet słynny brytyjski Imperial College, na którego fałszywych modelach rozwoju pandemii opierało swoje strategie działania większość rządów europejskich, nagle musiał przyznać się do przeszacowania swoich prognoz o (bagatela) kilkadziesiąt razy.
Oczywiście nikt za żadne błędy i ich skutki nie odpowie. Ale kto lub co spowodowało wyhamowanie wirusowej propagandy? Zgoda rządów na nowy etap cyfrowej globalizacji, wdrożenie przez cały Zachód azjatyckich metod kontroli nad społeczeństwem, zwycięstwo Chin czy Stanów Zjednoczonych, a może ich wspólne „zagospodarowanie” światowej e-ekonomii? Ostatecznie, jaka różnica czy oko „wielkiego brata” z 5G nadzorujące ruch wytresowanych algorytmów w ludzkiej postaci będzie nosiło markę Huawei, Microsoft, Apple czy Google. Wrogowie potrzebują bardziej siebie nawzajem niż swoich sojuszników, grają w jednej lidze o panowanie nad tym ziemskim światem. Niestety, w tych warunkach dla naszego kraju i dla wielu innych wolność staje się coraz bardziej odległą abstrakcją. Grunt to bezpieczeństwo. A kiedy będzie już „całkiem bezpiecznie”, to znaczy, że karty zostały rozdane.
Dla zwolenników co to zamiast St.Zj. i Żydów to lepiej z Chińczykami takie przesłanie – imperia (mocarze) wszyscy są jednakowi, tylko metody stosują inne
W zwykłych okolicznościach Chiny może i puściłyby płazem australijskie wysiłki jako zgoła niepoważne i niegodne reakcji. Ale to nie są normalne czasy. Przecież już od miesięcy propagandowa „maseczkowa dyplomacja” Chin pracowała usilnie nad odwróceniem koronawirusowych pretensji i wykazaniem, że to oni są bohaterami kryzysu. Australijskie działania, padając na podatny grunt, groziły zniweczeniem tego wysiłku. Toteż kilka dni temu chiński ambasador w Australii udzielił wywiadu, w którym otwarcie groził, że w obliczu takich aktów nieprzyjaźni chiński naród może przestać jeść australijską wołowinę i pić australijskie wino…
Chiny splunęły, w Australii spadł deszcz
http://www.pch24.pl/efekt-motyla-po-australijsku,76121,i.html#ixzz6N8vbBkyn
A dla słabych polecam takie ludowe przysłowie „obojętnie w którą stronę się obrócisz, zawsze du…a z tyłu”
Pan Kaźimierczak woli protektorat Moskwy czy Berlina jako alternatywę? Jakoś jasno to nie wynikało z tekstu. To jak trzech „kolegów” w klasie dwuch zabiera kieszonkowe i połowę śniadania ,a trzeci oczekuje pomocy w zamian za sińce na pysku. Gra się takimi kartami jakie są dostępne. Ważne jest aby konsekwentnie.
Chiny nie wpisują się w tą zabawę ,a najlepszym konkretem na ten temat jest polski bilans handlowy z Chinami jak 1 do 10 dla Chin.
Bardzo dobra analiza. Z wieloma jej stwierdzeniami zgadzam się w zupełności.
@Czesław – myślę, że nieprawidłowo odczytał Pan przesłanie. Ja bym je odczytywał jako ostrzeżenie przed nadmiernym angażowaniem się w konflikt, który przez to może się rozegrać u nas, a nie daleko; angażowanie się po stronie wątpliwego zwycięzcy; a jeśli nawet zwycięzcy to takiego który do poniesionych może chętnie zaliczyć NAS.
Oczywiście uwaga anatomiczna jest poprawna: jest z tyłu – sprawdzałem!
@Tagore – myślę, że błędnie Pan odczytał preferencje autora. Według mnie z artykułu nie wynika upodobanie do bycia pod cudzym protektoratem, ale raczej zdolność do myślenia w kategoriach niezależności od protektoratów.
Oczywiście Polska jest w bardzo trudnej sytuacji i wielu wydarzeniom nie da się zapobiec, ale to nie znaczy, że nie można zrobić nic. Być może skutki działań okażą się w długim okresie, być może zakres swobody ruchu jest niewielki, ale kilka rzeczy można zrobić i dziś, przy obecnym układzie w polityce światowej, europejskiej i krajowej.
Pierwsza z nich to wyznaczenie wizji – nawet w postaci negatywnej (np. nie chcemy, żeby wojna między USA a Chinami, Rosją czy kimkolwiek innym rozegrała się na teranie Polski). Można też wyznaczyć kilka wizji ambitnych i pozytywnych.
Dalej trzeba zaproponować strategię osiągnięcia tej wizji, tj. w jakich kierunkach powinny zmierzać nasze działania a w jakich zdecydowanie nie.
Następnie taktykę osiągnięcia każdego z celów strategicznych, które następnie rozbija się na działania operacyjne.
Po sformułowaniu tych wszystkich punktów może się okazać, że sytuacja wygląda o wiele lepiej niż się zdawało przedtem.
Zacząć jednak należy od analizy tego gdzie jesteśmy i analiza Pana Kazimierczaka nadaje się do tego w sam raz.
Pozdrawiam serdecznie i życzę niegasnącego zapału.
Ci dwaj powyżej mają to co Jan Ludwik Popławski pod koniec XIX wieku nazwał „mentalnością lokajską”, czyli jeżeli oni „służą” USA to ich „przeciwnicy” też muszą „służyć” komuś innemu (Chinom, Rosji etc)
Panie Karolu.
Szczerze mówiąc ni grzeje mnie, ni ziębi informacja, że polską chmurę będzie tworzyć wuj Bill. Równie dobrze może to być wuj Cheng, wuj Wasyl lub wuj Helmut. Mówiąc kolokwialnie, jeden pies. Czy nam sie to podoba, czy nie, Polska ma obecnie takie znaczenie międzynarodowe i geopolityczne, jakie ma i obojętnie kogo sobie obierzemy za sojusznika, czy to będzie Waszyngton, Moskwa, Pekin, czy Berlin, fakt jest taki, że ów sojusznik będzie w zasadzie takim samym protektorem, a my wobec niego lokajem. Dzisiaj To jest efekt nie tylko działań PiS-u, ale wszystkich rządów począwszy od 1989 roku. Niestety potencjał polski jest rozbijany od dekad przez różnej maści serwilistów, obcych agentów, czasem zwykłych złodziei lub wręcz idiotów, którzy to zasiadają w ławach sejmowych i rządowych. Ale skoro społeczeństwo na to pozwala… Starszych pokoleń się nie zmieni, są wychowani na modłę homo sovieticus, młodsze mają prane mózgi przez lewacką propagandę, bo jest trendy (czy raczej stara się pozować na trendy). Toteż ważna dla nas jest praca u podstaw, ale i organiczna -w sensie zarówno ideologicznym, tudzież mentalnym, jak i ekonomicznym. I cieszy mnie, że jeszcze są miejsca w internecie, gdzie mogą toczyć się ciekawe dyskusje i wzbogacające polemiki.
Wg mnie najważniejsze to poukładać rzeczy na naszym własnym podwórku, zadbać nowoczesne i silne wojsko (bo to konieczne w naszym położeniu geograficznym) oraz ratować gospodarkę. A na zewnątrz nie wychylać się za bardzo, starać się lawirować. A to, z kim pod rękę pójdziemy ku nowemu światowemu konfliktowi, naprawdę nie ma większego znaczenia w tym momencie. Oczywiście najlepiej pójść ze zwycięzcą, choć i to nie da nam gwarancji, że nie zostaniemy kopnięci w zadek, jak to miało miejsce podczas II wś (tak, znów efekt WIELOLETNIEJ błędnej polityki), bo takie mamy znaczenie międzynarodowe, jakie mamy. Ale zwycięzcy nie da sie przewidzieć do końca, bo to jest jak loteria lub obstawianie wyścigów w Derby. Nie wystarczy dokonać bilansu sił zbrojnych, czy dynamiki rozwoju stron konfliktu lub sprawdzić, kto ile wydaje na zbrojenia. Zależy to także od splotu różnych, czasem nieprzewidzianych wydarzeń, od cech charakteru poszczególnych polityków bądź przywódców, także od przypadkowości, od której nigdy w stu procentach nie uciekniemy, no i wciąż w dużej mierze od szczęścia. Natomiast, żeby zająć się naszym podwórkiem, odbudować siły zbrojne i prowadzić rozsądną polityke zewnętrzną, potrzeba prawdziwego i polskiego rządu z charyzmatycznym mężem stanu na czele. Nie wiem, czy doczekam się takiego, ale wciąż czekam.
Pozdrawiam.
Zmierzch globalnej potęgi USA był przewidywany przez Z. Brzezińskiego już pod koniec lat 90. XX w. w „Wielkiej Szachownicy”. Światowa hegemonia amerykańska miała zostać zastąpiona przez system międzynarodowego bezpieczeństwa oparty na regionalnych strukturach, ale zapewniający wpływy USA w najważniejszych obszarach globu jeszcze przez szereg dziesięcioleci. I chyba jest w tym nieco prawdy. Nie tylko Polska jest przykładem skutecznego pozamilitarnego oddziaływania Waszyngtonu. O możliwości zawiązania bliższej współpracy z amerykańskim przemysłem i instytucjami finansowymi wypowiadał się niedawno rząd włoski, zniechęcony do zdominowanej przez Niemcy UE. Choć w marcu i kwietniu „ofensywa” chińska w Europie rzucała się w oczy zdecydowanie wyraźniej niż teraz. Najpewniej cała Europa, w tym Środkowo-Wschodnia stała się polem rywalizacji amerykańsko-chińskiej, a w nieodległej przyszłości będzie przedmiotem podziału wpływów pomiędzy poszczególne regionalne „strefy bezpieczeństwa”.
Możliwe, że rzekoma „pandemia” jest tym etapem wojny handlowej i politycznej, która zaowocuje nowym podziałem świata. Działania chińskie i amerykańskie interesująco korespondują z nasilaniem się i osłabianiem intensywności walki z „koronawirusem” oraz z towarzyszącymi jej restrykcjami. Znoszenie lockdownu następuje równolegle wraz z wyciszaniem się europejskiej „sympatii” do chińskiego modelu walki z zagrożeniem epidemiologicznym, zwłaszcza w krajach o proamerykańskiej orientacji.
W Polsce jeszcze kilka tygodni temu zachwalano „przykład azjatycki” i ogólnonarodową kwarantannę, z mediów wylewał się potok apokaliptycznych scenariuszy, gróźb i strachu, pod którym zamknięto ludzi w domach, doradca GIS i KG Policji mówili otwarcie o traktowaniu niesfornych Polaków „psią skórą”, sypały się mandaty za plenerowe spacery, a tymczasem chińskie transporty lądowały triumfalnie jako zwieńczenie sukcesu politycznego prezydenta Dudy. Gdy tylko jednak zapadły decyzje o współpracy Polski z amerykańskimi gigantami cyfrowymi na przełomie kwietnia i maja, nagle truchtem rozpoczęło się „odmrażanie” gospodarki, luzowanie obostrzeń, a prognozy Szumowskiego o szczycie zachorowań na czerwiec lub jesień odwołano licząc na tradycyjną utratę pamięci przez obywateli. I to nie tylko w Polsce. Nawet słynny brytyjski Imperial College, na którego fałszywych modelach rozwoju pandemii opierało swoje strategie działania większość rządów europejskich, nagle musiał przyznać się do przeszacowania swoich prognoz o (bagatela) kilkadziesiąt razy.
Oczywiście nikt za żadne błędy i ich skutki nie odpowie. Ale kto lub co spowodowało wyhamowanie wirusowej propagandy? Zgoda rządów na nowy etap cyfrowej globalizacji, wdrożenie przez cały Zachód azjatyckich metod kontroli nad społeczeństwem, zwycięstwo Chin czy Stanów Zjednoczonych, a może ich wspólne „zagospodarowanie” światowej e-ekonomii? Ostatecznie, jaka różnica czy oko „wielkiego brata” z 5G nadzorujące ruch wytresowanych algorytmów w ludzkiej postaci będzie nosiło markę Huawei, Microsoft, Apple czy Google. Wrogowie potrzebują bardziej siebie nawzajem niż swoich sojuszników, grają w jednej lidze o panowanie nad tym ziemskim światem. Niestety, w tych warunkach dla naszego kraju i dla wielu innych wolność staje się coraz bardziej odległą abstrakcją. Grunt to bezpieczeństwo. A kiedy będzie już „całkiem bezpiecznie”, to znaczy, że karty zostały rozdane.