„Nocą do naszego domu wdarli się partyzanci i w brutalny sposób, używając niecenzuralnego słownictwa, zażądali, by wydać im rower. Kiedy odpowiedziałam, że roweru nie ma, to dowódca (w skórzanej kurtce, przepasany wojskowym pasem) uderzył mnie w głowę rękojeścią pistoletu. Krew z rany zalała mi twarz. Drugi partyzant wyjął z karabinu wycior i zaczął bić mnie nim po plecach” – wspomina jedna z mieszkanek regionu postawskiego.

Do napisania na ten temat pobudziła mnie informacja zamieszczona na oficjalnej stronie Postawskiego Rejonowego Komitetu Wykonawczego. W zakładce „Znani ludzie Postawszczyzny” wymieniono m.in. byłych partyzantów radzieckich – Fiodora Markowa, Wasilija Osienienko i kilku innych. Tworzy to coś w rodzaju galerii bohaterów. Chciałoby się spytać, czym odznaczyli się ci i kilku innych partyzantów, którzy mają być powodem chluby dla mieszkańców rejonu?



Fiodor Markow, w przyszłości dowódca partyzanckiej brygady im. K. Woroszyłowa, urodził się w 1914 r. we wsi Kaczaniszki w rejonie postawskim. Jego ojciec, Grigorij Markow, był stolarzem i najwidoczniej zarabiał niemało, skoro stać go było na opłacenie nauki syna w gimnazjum nauczycielskim im. Józefa Piłsudskiego w Święcianach. Tam młodzian zaczął czytywać nielegalną literaturę i pod wpływem poglądów lewicowych w 1934 r. wstąpił do nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (KPZB). W roku 1936 został aresztowany za działalność antypaństwową. Przebywał w obozie w Berezie Kartuskiej oraz w wileńskim więzieniu na Łukiszkach. W 1939 r. został uwolniony i mianowany przez nowe władze na przewodniczącego Święcianskiego Komitetu Wykonawczego. Po ataku Niemiec na ZSRR w 1941 r. uciekł na Wschód z Armią Czerwoną. Ukończył kurs dla dywersantów prowadzony przez NKWD we wsi Biełyje Wody (koło Briańska) i z dwoma towarzyszami został skierowany za linię frontu do rejonu postawskiego. Jego grupa miała prowadzić działania dywersyjne na liniach komunikacyjnych Niemców. Do celu Markow dotarł sam. Wkrótce utworzył nieduży oddział, z którym przeprowadził kilka udanych akcji na liniach kolejowych.

Najbardziej znaną operacją była zasadzka na drodze ze Święcian do wioski Łyntupy. 20 maja 1942 r. F. Markow, W. Saulewicz i kilku innych partyzantów ostrzelali samochód, w którym znajdował się komisarz okręgu wilejskiego Beck i jego pomocnik – dowódca wilejskich oddziałów żandarmerii. Według wspomnień W. Saulewicza (byłego oficera Armii Czerwonej) z zabitych zdjęto ubrania, a z palca Becka ściągnięto złoty pierścień z brylantami. Później pierścień przekazano krewnemu Markowa, kuzynowi Wasilijowi – rzekomo „w zamian za żywność”. Według prawa jest to szabrownictwo, za które w czasach wojny rozstrzeliwano. Jednak ci ludzie najwidoczniej nawet nie zdawali sobie sprawy z ohydy i niemoralności takiego zachowania, skoro Saulewicz pisze o tym wprost.

Wskutek wyżej opisanej operacji poza Niemcami ucierpieli też niewinni ludzie – tego samego dnia Niemcy schwytali 200 mieszkańców wsi Szudowcy i Łyntupy i wszystkich rozstrzelali. Fiodor Markow zaś został później odznaczony za tę akcję i objął dowództwo w utworzonej przez siebie brygadzie partyzanckiej im. Suworowa.

Na rozkaz dowódcy brygady F. Markowa 26 sierpnia 1943 r. podstępnie rozbrojono polski oddział AK porucznika A. Burzyńskiego. Do polskiej bazy nad jeziorem Narocz przybył sam Markow, który zwrócił się do Polaków takimi słowami:

Witajcie, żołnierze. Otrzymałem z Moskwy rozkaz, aby rozbroić wasz oddział. Wypełniając ten rozkaz, moi ludzie was rozbroili. Teraz nie ma się czego bać. Nikomu z was nic się nie stanie. Daję wam słowo honoru radzieckiego oficera.

Już następnego dnia okazało się, ile było warte słowo honoru Markowa: 50 osób, w tym oficerów, rozstrzelano; 80 zwykłych partyzantów puszczono do domu bez broni, a 70 przymusowo wcielono do oddziału radzieckiego. Niedługo potem rozstrzelano kolejnych 30 Polaków, pozostali uciekli.

W raporcie do Stalina z lipca 1943 r. „O rozwoju ruchu partyzanckiego” dowódca Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego P. Ponomarienko wymienił „nieprawidłowości” w stosunku do mieszkańców wsi i wioseczek:

Szabrownictwo, czy też odbieranie produktów żywnościowych, nieuzasadnione rozstrzeliwanie i akty represji w stosunku do ludności, nieprzyzwoite zachowanie wobec kobiet w czasie przebywania niektórych oddziałów w wioskach, przeciągające się stacjonowanie, próby unikania spotkań z przeciwnikiem”.

Działo się to między innymi w rejonie postawskim, gdzie urzędowały liczne oddziały Markowa. Terroryzowały one miejscową ludność, zwłaszcza Polaków. Na posiedzeniu nielegalnego Komitetu Rejonowego Komunistycznej Partii (bolszewików) Białorusi, które miało miejsce w marcu 1944 r., komisarz oddziału im. Suworowa wystąpił z raportem „O wypełnieniu decyzji biura Komitetu Rejonowego z dnia 20 lutego 1944 r. o likwidacji niewłaściwego traktowania miejscowej ludności”. Skromny zwrot w tytule oznaczał w tym przypadku grabieże i zabójstwa ludności cywilnej, których skala była tak wielka, że pokolenie, które przeżyło wojnę – a przynajmniej Polacy – unikali słowa „partyzanci”. Staruszkowie z naszej wioski, wspominając czasy wojenne, mówili „ci bandyci”.

W 1944 r. Ponomarienko pisał:

Mają miejsce przypadki niewłaściwych stosunków niektórych z dowódców i komisarzy oddziałów z dziewczętami-partyzantkami. W brygadzie partyzanckiej Markowa jest 30 partyzantek[w lipcu 1944 r. było ich już 116]. W walkach bierze udział tylko 9 z nich. Wiele wyszło za mąż[żyły razem z mężczyznami]. Markow również ożenił się z niepełnoletnią”.

Stosunki pozamałżeńskie z niepełnoletnią były według prawa czynem karalnym.

Wiadomo więc, w jakim celu partyzanci w trakcie grabienia wiosek zabierali damskie sukienki, bieliznę i biżuterię – były to najwidoczniej prezenty dla ich kochanek. W niektórych rodzinach byłych partyzantów zapewne po dziś dzień „pamiątkami rodzinnymi” bywają ozdoby, które zostały tak naprawdę zdobyte w rezultacie kradzieży, rozbojów i mordów.

Adela K. z Postawszczyzny opowiada o draństwach Markowców (miała wówczas 43 lata):

Nocą do naszego domu wdarli się partyzanci i w brutalny sposób, używając niecenzuralnego słownictwa, zażądali, by wydać im rower. Kiedy odpowiedziałam, że roweru nie ma, to dowódca (w skórzanej kurtce, przepasany wojskowym pasem) uderzył mnie w głowę rękojeścią pistoletu. Krew z rany zalała mi twarz. Drugi partyzant wyjął z karabinu wycior i zaczął bić mnie nim po plecach. Po pobiciu zaczęli przeszukiwanie, w rezultacie którego, oprócz produktów spożywczych, zabrali precjoza jubilerskie (kolczyki, pierścionki), damską spodnią bieliznę i odzież, kupony tkanin na sukienki.

Po wojnie Markow, który w międzyczasie awansował na pułkownika i został uhonorowany tytułem Bohatera Związku Radzieckiego, pracował jako zastępca przewodniczącego Mołodecznego Obwodowego Komitetu Wykonawczego. Zmarł 14 stycznia 1958 r. Jego imieniem nazwano ulice w miastach Postawy, Mołodeczno i Łyntupy – nawet w Łyntupach, gdzie z powodu Markowa rozstrzelano 200 osób. Czyż to nie kpina z ich pamięci? Natomiast w miejscu rozstrzelania oddziału AK nad jeziorem Narocz, gdzie zginęło 80 osób, władze nie pozwalają nawet postawić krzyża. O ile wiem, pamiątkowy krzyż udało się postawić tylko na terenie kościoła w Wiosce Narocz (lub Kobylnik).

Niektórzy z podopiecznych Markowa dorównywali kroku swojemu dowódcy – na przykład Grigorij Kriukow. Były dowódca partyzanckiego oddziału „Groznyj” (z brygady Markowa) urodził się w wiosce Alcy w rejonie postawskim, w rodzinie starowierca Zinowija Kriukowa. Mieszkaniec Nowopola, Kajetan Rożnowski, wspomina następującą historię:

W 1926 roku, kiedy budowałem dom mieszkalny, miałem wynajętych traczy do przetarcia kloców na deski. Tracze ci pochodzili ze wsi Jałce o 7 km. od Nowopola. Byli oni wyznania starozakonnego – mieli duże zarosty na głowach i brody. W czasie tarcia desek przez tych traczy był u mnie w gościach Pan Stanisław Brykner z Jasniewic, którego ugaszczałem po obejrzeniu mojej działki w cieniach jabłoni. Pod humorkiem prowadziliśmy rozmowę o przeszłej wojence. Cieszyliśmy się z tego, że będziemy sąsiadami. W trakcie naszej pogawędki posłyszeliśmy przeraźliwy krzyk chłopca, jednocześnie spostrzegliśmy jak jeden z traczy okładał kijem krzyczącego chłopca. Podbiegłem do tego tracza i wyrwałem mu kij z ręki, zapytując go, za co on bije kijem chłopca? Tracz odpowiedział mi: „Sprytny baran, wot on tobie isportił jabłoń” (odłamał sęk z jabłkami) – przy tym pokazał mi zwisający i odłamany sęk z jabłkami u jabłoni stojącej tuż obok nich. Usiłował nadal bić tego chłopca – jako syna swojego – na co zapobiegłem, trzymając tego chłopca. Wówczas ojciec krzyczał do syna: „Całuj, baranie, w nogi”. Chłopiec[był to Grisza Kriukow] rzucił się do moich nóg. Podniosłem go i powiedziałem, żeby wszystkie jabłka zebrał ze złamanego sęka dla siebie. Początkowo ociągał się, jednak na moją zachętę, jabłka obrał i zapakował do torby od chleba.Na tym cała historia się skończyła.

A jednak Grisza Kriukow najwidoczniej zachował urazę. Ludzie zamożniejsi od jego rodziców wydawali mu się wrogami. W latach 30-tych w okolicach miasteczka Duniłowicze jeden za drugim zaczęły płonąć domy bogatszych ziemian (Woronowicza, Drużniewskiego). Później okazało się, że podpalaczem był Grigorij Kriukow.

Wraz z nadejściem Rosjan we wrześniu 1939 r. podpalacz Kriukow podjął pracę… w milicji. Do czerwca 1941 r. pracował we wsi Kriwoje Sieło. W czasie okupacji niemieckiej utworzył uzbrojoną grupę. Później dołączył do brygady Markowa, gdzie został dowódcą oddziału „Groznyj”, która działała w okolicach wiosek Duniłowicze i Woropajewo. Tak wspomina tamte lata Kajetan Rożnowski:

Wczesną wiosną 1943 roku ponownie pojechałem do Nowopola [rejon postawski], by tam nadal prowadzić rolną gospodarkę oraz wykończyć budowę domu. Po przybyciu do Nowopola stwierdziłem, że w okolicach są niepokoje z powodu dokonywanych najść partyzantów sowieckich. Sporo było dokonywanych zabójstw na osobach pochodzenia polskiego, jak byłych wójtów, sekretarzy gminnych i innych urzędników, (tak) i ziemian […].W okolicach gminy duniłowickiej i innych gmin sąsiedzkich operował oddział partyzantów pod nazwą „Grisza”[oddział Grigorija Kriukowa]. Położenie moje było niewesołe, mogłem być każdej nocy lub dnia zabrany przez partyzantów i zlikwidowany. Wobec tego postanowiłem jak najprędzej obsiać pole i powracać do Wilna.

Następnie kontynuuje:

Należy nadmienić, że czynność partyzantów sowieckich polegała przeważnie na likwidowaniu Polaków i zamożniejszych gospodarzy. Działalność ich przeciwko Niemcom była znikoma, za wyjątkiem podłożenia kilku bomb na drodze lub na szynach kolejowych.

W innym miejscu Rożnowski pisze:

Kiedy szedłem prędko ulicą wsi Dzienniszki [rejon postawski], to kobiety mnie zatrzymywały i prosiły, bym ja, powracając, powiadomił Komendę Niemiecką o najściu partyzantów na ich wieś. Oczywiście tego czynić nawet zamiaru nie miałem, bo do Duniłowicz droga była do 8 km, a już nadchodził wieczór.

Po wojnie Kriukow pracował w postawskim oddziale milicji. Zachowały się jego wspomnienia z tamtego okresu, które zawierają następujący fragment:

Po wojnie dowodziłem przez pewien czas grupą bojową do walki z burżuazyjnym nacjonalistycznym (polskim) podziemiem. Osobiście schwytałem w lasach 16 bandytów, a pięciu zastrzeliłem w czasie walki.

Nawet po wojnie ten człowiek znalazł odpowiednią dla siebie pracę, polegającą na zabijaniu ludzi, którzy nie przyjęli radzieckiej władzy, inaczej myśleli i w odmienny sposób widzieli przyszłość swojego kraju.

Jeszcze jeden znany dowódca z brygady Markowa to Wasilij Nikołajewicz Osienienko. Urodził się w 1916 r. we wsi Lipniki w rejonie postawskim. W latach 1939-1941 pracował w wilejskim obwodowym zarządzie NKWD. W czasie wojny był zastępcą dowódcy wywiadu oddziału im. Suworowa. Potem był sekretarzem oddziału „Sława” i jednocześnie sekretarzem postawskiego nielegalnego Rejonowego Komitetu Komsomołu. Po wojnie był zastępcą przewodniczącego Postawskiego Rejonowego Komitetu Wykonawczego. W latach 1967-1971 – pierwszym sekretarzem Głębockiego Rejonowego Komitetu Partii. Był też deputatem Najwyższej Rady Białoruskiej SRR i Bohaterem Pracy Socjalistycznej (1966).

Na podstawie biografii widać, że ten „znany partyzant” przed wojną zdążył zaliczyć pracę w wilejskim oddziale NKWD. Co działo się w Wilejce i całym obwodzie w tamtym czasie? Od września 1939 r. do 22 czerwca 1941 r. w Wilejce skazano na śmierć przez rozstrzelanie nie mniej niż 1 000 osób, a w całym obwodzie około 7 000 zupełnie niewinnych ludzi. „Śledztwa” tych nieszczęśników prowadzili funkcjonariusze NKWD, którzy wypełniali też wyroki, czyli rozstrzeliwali. Naiwnym byłoby myślenie, że pracujący w NKWD Osienienko nie miał z tym nic wspólnego. Jednego tylko dnia, 24 czerwca 1941 r., w wilejskim więzieniu zamordowano w bestialski sposób (według różnych ocen) 100 do 400 ludzi. Były więzień, J. Kiszkurno, opowiada o metodach stosowanych przez funkcjonariuszy NKWD w czasie „śledztwa”:

Prowadzą mnie korytarzem na dół i wkrótce znajdujemy się w piwnicy. W tym momencie przypomniały mi się straszne opowiadania o radzieckich więzieniach. To samo było ze mną. Zostałem sam na sam ze śledczym. Witam się i zamiast odpowiedzi dostaję dwa uderzenia – w brzuch i w głowę. Potem śledczy zadaje mi pytanie: „Za co Was aresztowano?” I każe mi zrobić 60 przysiadów. Mówi: „Ty zajmiesz się gimnastyką, a ja będę zadawać Ci pytania…”

Dalej pisze:

24 października 1940 r. zaraz po śniadaniu znowu mnie wezwano. Korytarz tym razem prowadzący nie do piwnicy, a do budynku NKWD. Tam śledczy podsuwa mi krzesło i mówi: „Siadaj i mów”. Mówię, że wszystko już powiedziałem, i od razu dostaję uderzenie w szczękę i głowę. Potem znowu: „Mów”. Odpowiadam, że nic już nie mogę dodać do tego, co mówiłem wcześniej, i znowu dostaję uderzenie w głowę. Tak w kółko cały dzień. Do bicia dochodziła ta zwana „gimnastyka”, czyli przysiady…

W czasach sowieckich 120 tys. zamordowanych mieszkańców Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy uznano za ofiary Niemców – w rzeczywistości w czerwcu 1941 r. zabiły ich kanalie z NKWD. Jeśli dodać do tej liczby ludzi rozstrzelanych między 17 września 1939 r. a 22 czerwca 1941 r., to liczby będą jeszcze bardziej przerażające.

Pamiętam z dzieciństwa, jak do babci przychodziły jej przyjaciółki. Rozmowa często schodziła na temat wojny. Wspominały różne straszne historie, których świadkami (a czasami uczestniczkami) były. Słuchałem ich opowiadań o kradzieżach dokonywanych zarówno przez Niemców, jak i radzieckich partyzantów. Opowiadały, że Niemcy grabili zazwyczaj w ciągu dnia. Chcieli głównie żywność. Ale najścia Niemców były rzadkie. Partyzanci natomiast pojawiali się często, zawsze nocą, i zabierali wszystko po kolei – począwszy od produktów żywnościowych i samogonu do pieniędzy i biżuterii. Żeby cokolwiek uratować i nie umrzeć z głodu, trzeba było najcenniejsze przedmioty z gospodarstwa i żywność (na przykład zboże) zakopywać w ziemi.

Część skradzionej żywności partyzanci przekazywali samolotami na radzieckie tyły. W czasie rozmów w styczniu 1944 r. między komendantem wileńskiego okręgu AK i dowódcą radzieckiej brygady im. Gastello, W. A. Manochinem, ten drugi nie zaprzeczył faktom grabieży, a powiedział jedynie, że żywność jest wywożona za linię frontu „dla wyżywienia rannych partyzantów”.

Niemcy przekazali wioski położone wzdłuż litewskiej „granicy” pod kontrolę litewskich ugrupowań zbrojnych. Stacjonowały tam silne garnizony, dlatego partyzanci nie pchali się w te tereny. Mieszkańcy rejonu, którzy mieli krewnych „po stronie litewskiej”, przeganiali tam swoje bydło i w ten sposób udało im się je zachować do końca wojny.

Często też miałem okazję słuchać strasznej historii o radzieckim partyzancie Ustinie Usowiczu. Znalazłem wspomnienia o nim w kilku książkach dotyczących ruchu partyzanckiego na Białorusi. Zbrodnia, o której będzie mowa poniżej, miała wydarzyć się w rejonie postawskim w czasie wojny. Niejednokrotnie słyszałem tę opowieść od starszych mieszkańców rejonu postawskiego. Opowiadali, że młody chłopak, partyzant AK o nazwisku Łowkis (nie pamiętam imienia) szedł z wizytą do wsi Macuty, gdzie mieszkali jego rodzice i 2 siostry. W małym lasku, zwanym przez miejscowych „Piwulszczyzna”, złapali go radzieccy partyzanci. W tym samym czasie ze wsi Norkowicze szła do Macut kobieta, która wracała od krewnych. Usłyszała krzyki dochodzące zza krzaków. Ostrożnie podeszła bliżej (na wypadek, gdyby ktoś potrzebował pomocy) i zobaczyła grupę radzieckich partyzantów torturujących człowieka, w którym z przerażeniem rozpoznała chłopaka ze swojej wsi. Sowieccy sadyści wykłuli mu oczy, odcięli uszy, a żeby przestał krzyczeć, zakneblowali usta onucą. Potem schowali trupa pod stosem gałęzi. Przerażona kobieta pobiegła do wioski i wszystko opowiedziała rodzicom nieszczęsnego chłopca. Zobaczywszy okaleczone ciało syna, matka po tygodniu zmarła na zawał. Po wojnie, na początku lat 50-tych, na przewodniczącego jednego z kołchozów na Postawszczyźnie mianowano „znanego partyzanta” Ustina Usowicza z brygady Markowa. Kobieta, mimowolny świadek zbrodni wojennej, rozpoznała w nim jednego z zabójców. Wkrótce dowiedział się o tym cały kołchoz. Do przewodniczącego zaczęto odnosić się jak do zwierzęcia, a nie człowieka. Ojciec zamęczonego chłopaka chciał zakłuć Usowicza widłami. Żeby powstrzymać ojca od grzechu, jedna z córek, mieszkająca wówczas w Wilnie, zabrała ojca do siebie.

Jako przewodniczący kołchozu Usowicz również pozostawił po sobie złą pamięć. Opowiadano, że lubił wypić. Rzadko widziano go trzeźwym. Zaczepiał kobiety. Do ludzi odnosił się w sposób chamski i z pogardą.

W książce N. Klimowa i N. Grakowa pt. „Partizany Wilejszcziny” mówi się o Usowiczu:

Partyzant-łącznik i komsomolec Ustin Usowicz, zgodnie z zadaniem otrzymanym od organizacji komsomolskiej, zabił za dnia na centralnej ulicy miasta Postawy faszystowskiego oficera, zabrał jego broń i rower i uciekł do partyzantów.

Również książka „Pamiat”, wydana przez mińskie wydawnictwo Bełta w 2001 r., zawiera wzmiankę o Usowiczu:

10 lipca 1943 r. bojownik Ustin Usowicz w mieście Postawy za dnia, na ulicy, zabił z pomocą rewolweru niemieckiego feldwebela. W tym czasie z drugiej strony nadszedł żandarm, który został zraniony przez Usowicza…

Jak widać w powyższym fragmencie, niemiecki „oficer” został tu zdegradowany do sierżanta, pojawia się też inna osoba – „żandarm”, który „został zraniony”.

Sam zainteresowany, będąc pod wpływem alkoholu, opowiadał tę historię jeszcze inaczej (wersja trzecia). Jego „wyznanie” przekazał potem jeden z brygadzistów kołchozu, towarzysz Usowicza w piciu. Usowicz opowiadał, że Niemiec był zwykłym, niemłodym już żołnierzem. Zobaczywszy skierowaną na siebie lufę, upadł na kolana, płakał i coś mówił po swojemu – zapewne prosił o litość. Wyjął z wewnętrznej kieszonki munduru zdjęcie rodzinne i zaczął je pokazywać. Usowicz, rozumiejąc, że nie może dłużej zwlekać, wystrzelił. Uświadomiwszy sobie, że powrót do domu może być niebezpieczny, zabrał rower i odjechał w stronę lasu, do partyzantów. Jeszcze na początku obecnego wieku ludzie starsi wspominali Usowicza z niechęcią.

Tę „galerię antybohaterów” można by kontynuować, ale pisanie o tych ludziach nie jest przyjemne. W pamięci wielu mieszkańców Postawszczyzny partyzanci zawsze pozostaną grabieżcami, ludźmi stosującymi przemoc i gwałt i okrutnymi zabójcami.

P.S. Pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku władze krajów bałtyckich (Łotwy i Estonii) podjęły spóźnioną, lecz sprawiedliwą próbę rozpoczęcia procesów sądowych przeciwko niektórym z byłych sowieckich partyzantów i funkcjonariuszy NKWD. Największym echem w świecie odbiła się sprawa Wasilija Kononowa, byłego dowódcy oddziału partyzanckiego, którego z ogromnym zacięciem broniła Rosja. A jednak mimo nacisków sprawiedliwość wzięła górę. Najwyższy Sąd Łotwy uznał go przestępcę wojennego i skazał na kilka lat więzienia. Wyrok zatwierdziła Wielka Izba Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Kononow zmarł jako przestępca. Jego zbrodnia polegała na tym, że na jego rozkaz w bestialski sposób zamordowano 9 mieszkańców wsi Małyje Baty, w tym 3 kobiety, z których jedna była w dziewiątym miesiącu ciąży.

Autorem tekstu jest anonimowy bloger „Gienek”, piszący na białoruskim portalu westki.info

Źródła i literatura:

1. Wspomnnienia mieszkańców rejonu postawskiego.
2. I. Klimow, N. Grakow, Partizany Wilejszcziny.
3. «Pamjac;», wydawnictwo „Biełta”, 2001 r.
4. B. Sokołow, „Okkupacija”.
5. K. Rożnowski „Pamiętnik”.
6. J. Zwierniak W bolszewickich tjurmach1939-1941”.
7. Strony internetowe.

Tłumaczenie: Kamila Twardokus, redakcja: twg

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz