Z pińskich błot do WIN-u

Wróciłem i dopiero później dowiedziałem się, że mimo, iż formalnie nie miałem przy sobie żadnego meldunku, to przekazałem partyzantom określoną informację. Mój przyjazd oznaczał zaszyfrowane hasło, nie wychylać się z lasu bo Niemcy organizują obławę.

– Urodziłem się w 1931 r. na Pińskich Błotach – wspomina Mieczysłąw Tuźnik członek Ogólnokrajowego Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego. – Moi rodzice pochodzili z Kielecczyzny. Ojciec walczył w Legionach Józefa Piłsudskiego, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pracował w Policji Pogranicza. Kiedy utworzono Korpus Ochrony Pogranicza czyli KOP ojciec został przeniesiony do Policji Państwowej popularnie nazywanej „granatową”. Pracował najpierw w Kamieńcu Litewskim, a później w Brześciu nad Bugiem. Gdy wybuchła wojna miałem 8 lat. Pamiętam jednak przygotowania w mieście. Kopaliśmy rowy przeciwlotnicze, a mama kleiła taśmą szyby, żeby wzmocnić ich odporność. Pierwsze naloty, jak pamiętam przeżyliśmy już rano 1 września. Niemcy zbombardowali lotnisko w Małaszewiczach znajdujące się po drugiej stronie Bugu. Szyby się trzęsły, ale nie wypadły. Później sam Brześć też był wielokrotnie bombardowany. Dla bezpieczeństwa rodzice postanowili opuścić miasto i przenieść się na wieś. Ojciec z nami już nie przebywał, bo policja została już zmobilizowana w zwarte oddziały. Na Polesiu ujawniły się bowiem zbolszewizowane bandy.

Ogarnęli go bolszewicy

Gdy wróciliśmy do Brześcia nasze mieszkanie było już zajęte przez Żydów, którzy wcześniej witali „wyzwolicieli”. Musieliśmy zająć inne mieszkanie. Ojca początkowo z nami nie było. Cały jego oddział policjantów ogarnęli bolszewicy. Znał on na tyle Polesie, że nie zamierzał iść do sowieckiej niewoli. Przy sprzyjających warunkach dał nogę i wrócił do nas. Od razu uznał, że w Brześciu nie ma co siedzieć i trzeba uciekać na Kielecczyznę do rodziny. Sowieci od pierwszych dni okupacji zaczęli bowiem aresztować i wywozić całe rodziny. Czynili to nocą, na podstawie od dawna przygotowywanych list. Pamiętam, że któregoś ranka mama wysłała mnie do Łukaszewiczów. Zachodzę, patrzę, drzwi otwarte, mieszkanie puste, nikogo nie ma. Zajrzałem do Sikorskich i Góreckich i również zastałem mieszkania puste. Koło stacji mieliśmy jeszcze znajomych, do których schodzili się okoliczni Polacy, żeby posłuchać radia. Oni też uznali, że nie ma co czekać na wywózkę, tylko uciekać do centralnej Polski. Zamiar ten udało się zrealizować dopiero w grudniu 1939 r. Koło Ostrowi Mazowieckiej przeprowadził nas na niemiecką stroną zawodowy przemytnik. W wigilię Bożego Narodzenia 1939 r. dotarliśmy do wsi Jasieniec k/Zwolenia za Radomiem, gdzie mieszkała ojca siostra. Wojnę przeżyliśmy u rodziny. Ojciec zginął w nieszczęśliwym wypadku w marcu 1945 r. Matka zabrała nas wtedy do swojej rodziny. Ja ukończyłem szkołę podstawową, zająłem się pracą w gospodarstwie i trochę praktykowałem w kuźni. Wujek był mistrzem kowalskim, zatrudniał mnie i czeladnika. Z opłaty za usługę brał dla siebie połowę, a drugą dzielił między mnie, a czeladnika.

Nieformalny łącznik

Brat w tym czasie chodził do gimnazjum. Jeszcze w czasie wojny związałem się poprzez niego z konspiracją, sam o tym nie wiedząc. Brat doceniając fakt, że nieźle jeździłem konno, kazał mi jeździć z różnymi przesyłkami, nigdy jednak nie wiedząc co zawierają. Raz wysłał mnie konnym wozem do jakiejś kobiety mieszkającej pod lasem o jakieś 5 km od naszej miejscowości. Oficjalnie miałem zawieźć jej worek ziemniaków i trochę zboża. Powiedzieli mi, jak ta babcia się nazywa i że mam w razie jakiejś kontroli udawać jej wnuka. Jechałem do niej jak sobie przypominam przecinając chłopskie lasy mające kilkanaście hektarów. Koń, którym powoziłem był całkiem niezły, ale uprząż i wóz wydawały dźwięki, że słychać nas było z daleka. W pewnym momencie, zupełnie znienacka usłyszałem komendę – halt! – i odruchowo ściągnąłem lejce. Jak spod ziemi wyrósł najpierw jeden Niemiec, a później drugi. Jeden z nich dobrze umiał po polsku. Spytali mnie – skąd i po co jadę? Wysypali kartofle i ziarno, a jak zobaczyli , że niczego nie przewożę dali mi kopa w tyłek i kazali jechać dalej. Jadąc zorientowałem się , że poruszam się gdzieś na obrzeżach niemieckiej obławy na partyzantów.

Pod okiem Niemców

W chłopskich lasach biwakowali Niemcy, szykujący się do wkroczenia do lasu, w stronę którego zmierzałem. Dojechałem do domu tej babci, z którego wyszedł do mnie ktoś nie wyglądający na gospodarza. Spytał mnie, kto mnie przysłał i zabrał ziemniaki i zboże. Babcia natomiast dała mi kawałek sera i butelkę mleka. Wróciłem i dopiero później dowiedziałem się, że mimo, iż formalnie nie miałem przy sobie żadnego meldunku, to przekazałem partyzantom określoną informację. Mój przyjazd oznaczał zaszyfrowane hasło, nie wychylać się z lasu bo Niemcy organizują obławę. Po wojnie gdy pracowałem w kuźni u wuja dalej nieformalnie utrzymywałem kontakty z podziemiem. Zdarzało się, że w kuźni remontowaliśmy i konserwowaliśmy broń, która później trafiała do konspiracyjnych skrytek. Gdy brat zaczął uczęszczać do gimnazjum mama często wysyłała mnie do niego na wywiadówki. Wyglądało to trochę śmiesznie, bo brat był ode mnie starszy o dwa i pół roku i jeżeli już to on powinien chodzić do mnie na wywiadówki, a nie odwrotnie. Kręcąc się koło gimnazjum w Siennie poznałem kolegów brata, z których jak szybko się okazało kilku należało do różnych organizacji niepodległościowych. Jeden był członkiem ROAK-u, czyli Ruchu Oporu Armii Krajowej.

Pseudonim „Zgłoba”

Organizacji ta powstała wiosną 1945 r. Jej członkami byli przede wszystkim byli członkowie AK. Kontynuowała ona tradycje AK choć nie posiadała scentralizowanego kierownictwa politycznego i organizacyjnego, tworzyła w zasadzie luźne grupy, nie mające ze sobą nic wspólnego. Inni koledzy brata mieli za sobą doświadczenie w AK i Batalionach Chłopskich. Postanowiliśmy z bratem scalić to towarzystwo i utworzyć jednolitą organizację. Ja przyjąłem w niej pseudonim „Zagłoba”. Punktem kontaktowym naszej organizacji była kuźnia wuja. Do kuźni jako zakładu usługowego, każdy mógł przyjść nie wzbudzając podejrzeń. Zwłaszcza jeżeli przyniósł ze sobą coś metalowego do naprawienia. Początkowo działaliśmy na własną rękę. Udało nam się rozbroić kilku milicjantów i zdobyć trochę broni. Od jesieni 1945 r. związaliśmy się w WiN-em czyli Zrzeszeniem „Wolność i Niezawisłość”. Organizacja ta powstała po rozwiązaniu Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj i objęła swym zasięgiem także Sienno, w którym powstał jej podobwód Obwodu Radomsko-Kieleckiego na czele której stanął Tadeusz Mosiorek pseudonim „Wicher”. Organizacja ta podobała mi się, choć na starcie nie prowadziła jakiejś wielkiej pracy propagandowej. W deklaracji ideowej ogłosiła, że: „Celem zrzeszenia jest wywalczenie i wprowadzenie w Polsce w życie zasad demokracji o zachodnioeuropejskim znaczeniu tego określenia. W ten sposób mają być uzyskane warunki do swobodnej wewnątrzpolitycznej walki o duszę i charakter Narodu Polskiego, o wznowienie i unowocześnienie społecznego i gospodarczego ustroju Rzeczypospolitej oraz właściwe miejsce i sprawiedliwe warunki rozwoju Narodu Polskiego w rodzinie narodów Europy”.

Pod rozkazami „Sępa”

Nas młodych polityka nie bardzo zresztą interesowała, a najważniejsze było, że WiN stanowił ogólnopolską organizację niepodległościową nie zgadzającą się na podporządkowanie jej Sowietom. Sytuacja, która zapanowała w Polsce była dla wszystkich oczywista. UB panoszyło się coraz bardziej, trwały aresztowania, na wsiach szerzył się bandytyzm wynikający z braku w terenie milicji. Chłopcy z lasu i konspiracji nie wiedzieli co z sobą zrobić. To ludzi samych pchało do WiN-u. Dowódcą plutonu, który obejmował Sienno został były akowiec o pseudonimie „Sęp”. Nazwiska niestety nie pamiętam. Pamiętam, że na początku nie wiedzieliśmy co robić. Tworzyć regularny oddział chodzący w mundurach, czy pozostać w konspiracji zbierając się tylko na konkretne akcje. Niektórzy młodzi koledzy trochę narwani chcieli iść do lasu i walczyć w mundurach. Zdobyli nawet jakąś belę materiału i znaleźli krawca, który gotów był je uszyć. Ostatecznie leśnego oddziały nie utworzyliśmy. Pozostaliśmy w domach zajmując się początkowo działalnością kontrwywiadowczą. Obserwowaliśmy ludzi, którzy byli zbyt gorliwi wobec nowej władzy, albo za bardzo wszystkim się interesowali i mogli być szpiclami. Cdn.

Marek A. Koprowski

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz