Wy Polacy jesteście już w worku

Jude! – wrzasnął na całe gardło. Choć ledwo trzymał się na nogach, wziął od żołnierza pistolet maszynowy i krótką serią skosił całą trójkę, która padła na ziemię razem z chlebem i solą.

Urodzony w 1924 r. Władysław Tołysz może o sobie powiedzieć, że jest Wołyniakiem z krwi i kości. W spisie pogrzebanych na cmentarzu rzymskokatolickim w Lubomlu doliczył się przeszło dwustu spoczywających na nim Tołyszów, będących przodkami jego rodziny. Nie jest tylko pewien, czy pierwsi Tołysze przybyli na Wołyń w XV czy XVI w.

Historia naszej rodziny liczy na Wołyniu co najmniej czterysta lat – podkreśla z dumą. – Nie byliśmy na tej ziemi przechodniami czy przybyszami. Mieszkaliśmy u siebie.

Pan Władysław urodził się w Jagodzinie, gdzie jego rodzice Jan i Józefa prowadzili 30-hektarowe gospodarstwo rolne i zajmowali się wychowywaniem siedmiorga dzieci. Łącznie z panem Władysławem mieli pięciu synów i dwie córki. W połowie lat trzydziestych przeprowadzili się do Nowego Jagodzina, położonego nieco na północ od miejscowości Jagodzin.

Zaczynać od nowa

Moja rodzinna wieś była bardzo zagęszczona – wspomina Władysław Tołysz. – Składała się z kilku ulic, przy których stały przylegające niemal do siebie drewniane chałupy. Władze obawiały się, że w razie pożaru wieś spłonie doszczętnie. By temu zapobiec, dokonały wykarczowania lasu i założyły Nowy Jagodzin , do którego przesiedliły część mieszkańców Jagodzina, łącząc to z komasacją gruntów. Moja rodzina też się przeniosła do Nowego Jagodzina. Wiązało się to z dużymi kłopotami. Trzeba było wznosić od podstaw całe zabudowania, czyli zaczynać po prostu od nowa. Nie wszyscy się na to zdobyli. Jagodzin liczył około pięciuset mieszkańców, niemal samych Polaków. Wśród nich żyły tylko dwie rodziny ukraińskie i cztery żydowskie. Nowy Jagodzin, który krzepł powoli był znacznie mniejszy. Działała w nim już czteroklasowa szkoła początkowa, którą ukończyłem. Następnie ojciec zapisał mnie do szkoły w Rymaczach. Była to bardzo dobra i nowoczesna placówka, której murowany, piętrowy budynek stoi do dziś. Dysponowała ona salą gimnastyczną o długości 50 m, a także skrzydłem z mieszkaniami dla nauczycieli . Większość moich starszych kolegów od razu poszło do szóstej klasy. Ja uczyniłem to także nie przyjmując do wiadomości, że powinienem udać się do klasy piątej. Kierownik szkoły Józef Jeż bez przerwy wyganiał mnie z lekcji. Pozostali nauczyciele nie tylko tolerowali mnie na lekcjach, ale wpisywali obecność i odpytywali. Ostatecznie przetrzymałem kierownika. Przed Świętami Bożego Narodzenia wezwał ojca. Poinformował go, że ma bardzo upartego syna. Polecił mi zdać cały materiał z szóstej klasy, który do tej pory powinienem sobie przyswoić, ostrzegając, że inaczej z hukiem zjadę z piętra na parter do piątej klasy. Egzaminy zdałem i ukończyłem szóstą klasę. Kierownik jeszcze raz poprosił wtedy ojca i poradził mu, żeby nie dawać mnie do siódmej klasy, tylko od razu jeżeli go stać wysłać do gimnazjum w Lubomlu.

Nagroda od prezydenta

„Kierownik Jeż orzekł, że powinienem sobie dać w nim radę. By się dostać do gimnazjum Nr 720 w Lubomlu musiałem zdać konkursowy egzamin. Na jedno miejsce przypadało bowiem ośmiu chętnych. Ks. dziekan Jastrzębski po egzaminach powiedział mi, żebym przykładał się do nauki, bo jak zna mego ojca, to jak coś zawalę, nie chciałby być w mojej skórze. W gimnazjum otrzymałem promocję do klasy drugiej. Jednocześnie zupełnie nieoczekiwanie otrzymałem wezwanie do siedziby gminy w Bereźcach. Ojciec się zdenerwował i zapytał, co narozrabiałem. Odpowiedziałem, że nic i nie wiem, po co mnie wzywają. Mama, która była świadkiem naszej rozmowy zasugerowała ojcu, by poszedł razem ze mną i dowiedział się, o co chodzi. Ojciec zaś twardo odpowiedział, że nigdzie nie pójdzie, bo może najeść się wstydu. – Jak narozrabiałeś, to sam idź – oświadczył mi na koniec rozmowy. Z duszą na ramieniu udałem się do gminy. Sekretarz gminy, Ukrainiec, był bardzo nieprzychylny Polakom. Spytał mnie tylko: – To ty gościu pisałeś do prezydenta Mościckiego? – Odpowiedziałem, że tak dodając jednak, że nie wysyłałem do niego listu, tylko wiersz ku jego czci z okazji imienin, który napisałem jeszcze w szkole w Rymaczach. On popatrzył na mnie chłodno oświadczając, że prezydent przysłał mi odpowiedź i mam ten fakt pisemnie potwierdzić. Podpisałem jakiś papier, ale listu od prezydenta nie otrzymałem. Pobiegłem do domu i o wszystkim powiedziałem rodzicom. Ojciec pojechał do gminy, ale też nic nie dostał. Wieść o liście prezydenta skierowanym do mnie rozeszła się tymczasem po okolicy. Kierownik szkoły w Rymaczach Jeż zadeklarował, że on pojedzie do gminy i nauczy sekretarza moresu. Ten nie chciał nawet z nim rozmawiać. Przegonił też panią Wadowską właścicielkę majątku. Dopiero, gdy starosta z Lubomla wysłał do gminy inspektora szkolnego z ostrzeżeniem, że jeżeli nie wyda korespondencji od głowy państwa do mnie adresowanej, to jest od razu wywalony na pysk. Sekretarz się przeraził i oddał list prezydenta. Okazało się, że Ignacy Mościcki wzruszony moim wierszem polecił przyjąć mnie do Korpusu Kadetów we Lwowie na koszt Kancelarii Prezydenta. Było to duże wyróżnienie. Do kadetów przyjmowano tylko synów wyższych oficerów, od majora sztabowego w górę. Ja zaś byłem synem rolnika.

Brat poszedł na front

Naukę w kadetach miałem rozpocząć we wrześniu 1939 r. Wybuchła jednak wojna i nic z tego nie wyszło. Najstarszy brat jako ochotnik wyruszył na front. Ja zostałem w domu i mogłem tylko oglądać spakowane bagaże, które miałem zabrać ze sobą do Lwowa. Mama ich nie rozpakowywała licząc , że wojna szybko się skończy i będę mógł pojechać do kadetów. Tymczasem 17 września na Wołyń wkroczyli Sowieci i bardzo szybko z tymi oberwańcami przyszło mi się spotkać. Szedłem z ojcem do kościoła w Rymaczach, mając na sobie mundurek gimnazjalny. W Jagodzinie natknęliśmy się na pierwszy patrol sowiecki. Jeden z bojców od razu się do mnie przyczepił, nie mogąc oderwać oczu od mojego mundurka , a zwłaszcza jego guzików. Patrzył na mnie z zazdrością i po chwili rzekł: – ty nawierno syn pamieszczyka. – Do kościoła już nie poszliśmy, szybko wracając do domu. Po drodze zaczepił nas Żyd Herszko, mający gospodarstwo w Jagodzinie. Oczywiście sam na nim nie pracował, bo od tego byli goje. Jego dzieci tak jak ja chodziły do gimnazjum. Widząc nas zawołał ojca i z drwiącym uśmiechem powiedział do ojca: – Wiesz co Tołysz, wy Polacy jesteście już w worku, trzeba was tylko zawiązać. – Ojciec żachnął się mówąc: – Nie wiadomo jeszcze, kogo pierwszego zawiążą w tym worku! – tak się rozstaliśmy. Ten sam Żyd witał potem w Jagodzinie wkraczającą do niego śladem czołówki, główna kolumnę sowiecką. Wkrótce zaczęła się sowiecka okupacja. Nowy Jagodzin tak jak każda wieś w strefie przygranicznej otrzymał opiekuna z NKWD w stopniu kapitana, który zamieszkał we wsi, a do jego kwatery doprowadzono telefon. Mieliśmy o tyle szczęście, że jego babka, pochodząca ze Lwowa wychowała go na Polaka i pięknie mówił po polsku. Szybko znalazł wspólny język z kierownikiem czteroklasowej szkoły Kazimierzem Filipowiczem, moim późniejszym dowódcą batalionu w 27 dywizji Piechoty AK. Kazał mu obejść wszystkich gospodarzy i poinstruować ich, żeby trzymali usta na kłódkę i nic nie mówili krytycznego o Sowietach, a już broń Boże, by nie organizowali żadnych protestów czy demonstracji. Tłumaczył, że tu jest w całości cała wieś polska i jeżeli będzie się buntować, to jego koledzy w całości wywiozą ja na Sybir. Przed wyborami, które formalnie miały zadecydować o przynależności wschodnich ziem polskich do ZSRR w szkole w Nowym Jagodzinie odbyło się zebranie z jego mieszkańcami.

Potrzaskał z wściekłością

„Przyjechał do nas jeszcze jeden enkawudzista, tyle, że wyjątkowy służbista. Gdy wszedł do sali, w której zebrali się mieszkańcy, stanął jak wryty gdy zobaczył, że na ścianie wisi nadal krzyż, orzeł, a także portrety Piłsudskiego i Mościckiego. Od razu zwrócił się do naszego „komisarza” z wyrzutem „eto szto”., dlaczego tego nie wyrzuciłeś. Ten wzruszył ramionami oświadczając „nie moi dieła”. Tamten się wściekł. Zerwał ze ściany krzyż, orła i portrety potrzaskał z wściekłością o ławkę i rzucił na podłogę, depcząc jeszcze obcasem. Wśród zebranych znalazł się jeden zaprzaniec, który chciał się przypodobać enkawudziście. Na szczęście nie znał rosyjskiego i po polsku powiedział mu _ Towarzysz, oni tu wszyscy na Anglię i Francję czekają. – Tamten z kolei nie znał polskiego i spytał się „naszego” komisarza, co on powiedział. Ten zachował spokój i stwierdził – „nie obraszczaj na niewo wnimanija, eto z uma zszedszy”. – Ja tak i dumał – skwitował przyjezdny enkawudzista i wszyscy odetchnęli. Sprawa wyglądała bowiem groźnie. Filipowicz był blady jak ściana. Wieczorem z owym kandydatem na zdrajcę o imieniu Stanisław odbyła się rozmowa. W jej trakcie ostrzeżono go, że jeżeli jeszcze raz przyjdzie na zebranie i zabierze głos, to wiele więcej w życiu już nie powie. Rozmowa odbywała się za jego stodołą i od razu kazano mu wybrać miejsce, w którym chce być zakopany. Ostrzeżono go również, że jeżeli jutro rano chciałby pójść na NKWD do Lubomla, to do niego nie dojdzie, bo ma już przygotowaną mogiłę pod tarniną koło cmentarza. Ów człowiek głosu publicznie już nie zabrał ani też do Lubomla nie pojechał. Denuncjatorem chyba jednak został, bo jak w 1944 r. Sowieci po raz drugi wkroczyli na Wołyń przepędzając Niemców, to NKWD z Lubomla zaczęło szukać tych trzech ludzi, którzy przeprowadzali z nim ową rozmowę ostrzegawczą. Znam tę sprawę doskonale, bo robił to mój ojciec w asyście moim i brata. Uratował nas fakt, że Sowieci mieli źle zapisane nasze nazwisko. W wyniku pomyłek urzędników przed wojną zostało ono w wielu dokumentach zapisane jako Tołyż. Mój ojciec tuż przed wojną sprawę wyprostował i w dokumentach tak jak należy mieliśmy zapisane Tołysz. Denuncjator o tym jednak nie wiedział i to nam uratowało życie. NKWD uznało, że to nie my. A znalazło nas już po wojnie, gdy z całą rodziną przeprowadziliśmy się na wieś k. Bydgoszczy. Nasze imiona się zgadzały, ale nazwisko nie…

Też miała pojechać

Choć Nowy Jagodzin miał „swojego” opiekuna, który raczej go chronił niż mu szkodził, to i on nie uniknął strat. Owszem, podczas pierwszej deportacji nikogo ze wsi nie wywieziono. Podczas drugiej NKWD już aresztowało szereg osób. Przyjaciela ojca – pana Władysława Józefa Strusia rozstrzelało w Lubomlu. Później jeszcze aresztowało szereg osób. Zostali wywiezieni na Sybir i już nie wrócili, zostając na nieludzkiej ziemi. Wywózka w czerwcu 1941 r. miała zasadniczo zdziesiątkować Nowy Jagodzin. Rodzina Tołyszów też miała pojechać na „białe niedźwiedzie”. Tak jak innych od wywózki uratował ją niemiecki atak na ZSRR.

Gdy Niemcy zaatakowali Związek Sowiecki, to NKWD z Lubomla tak szybko uciekało, że zostawiło swoje archiwa – mówi Władysław Tołysz. – Niemcy je przejęli razem z listami osób przewidzianych do wywózki. Po jakimś czasie zostaliśmy wezwani do gminy, gdzie pokazano nam listę, na której widniały nasze nazwiska. Niemiec, który ją przed nami rozłożył powiedział – zobaczcie, jaką wam szykowano podróż bez biletu…

W okresie okupacji sowieckiej konspiracja sensu stricte w Nowym Jagodzinie nie istniała. Starsza młodzież, zwłaszcza ta gimnazjalna gromadziła się wokół Kazimierza Filipowicza przyszłego „Korda”, ale żadnej działalności dywersyjnej wymierzonej w Sowietów nie prowadziła.

Filipowicz bał się nas narażać – mówi Władysław Tołysz – Nie wciągał do żadnej pracy organizacyjnej , ale wykorzystywał do pracy propagandowo-informacyjnej. Mieliśmy chodzić po znajomych rodzinach i podtrzymywać je na duchu, podkreślając, że Polska jeszcze nie zginęła i jeszcze będzie. Było to o tyle ważne, że wiele osób ogarnęło zwątpienie. Sowiecki walec był na tyle silny, ze wydawało się, że nie ma przed nim ucieczki… Filipowicz mówił nam, że musimy jakoś przetrwać sowiecką okupację, bo wkrótce dwaj okupanci Polski wezmą się za łby i koniunktura polityczna zmieni się całkowicie. Jak mi później opowiadał, znalazł wspólny język z „naszym” enkawudzistą i dzięki temu był zorientowany w sytuacji. Na kilka miesięcy przed wybuchem wojny enkawudzista przyszedł do niego i zakomunikował. – Słuchaj Kazimierz, między Niemcami a Związkiem Sowieckim wybuchnie wojna. Jam się czuję Polakiem i nie chcę już wracać do Rosji, pomóż mi. – Wybuch wojny, choć spodziewany zaskoczył także i jego.

Zostały tylko strzępy

„Wyjechał na koniu na wzniesienie nad wsią stanowiące coś w rodzaju garba. Kierujący ogniem niemieckiej artylerii musiał go zauważyć i kazał przygrzać we wzgórze sądząc, że jest on oficerem, za którym idzie oddział piechoty. Z konia i enkawudzisty zostały tylko strzępy. Pamiętam, że niemieckie uderzenie w rejonie Nowego Jagodzina zamieniło się szybko w rzeź wojsk sowieckich usiłujących go zatrzymać. Okoliczne pola dosłownie jęczały. W zbożu leżeli sami sowieccy żołnierze, którzy wołali o ratunek. Większość z nich zmarło z upływu krwi. Pamiętam, że jak umilkły strzały, do Jagodzina wjechały oddziały pierwszej linii wojsk niemieckich. Zarówno żołnierze, jak i oficerowie byli, jak to się w żołnierskiej gwarze określa, „pod wódką”. Oficerowie jadący w gazikach byli najzwyczajniej pijani. Na spotkanie ich wyszli Żydzi, którzy wcześniej w 1939 r. witali z radością wojska sowieckie, żaląc się jak im się źle żyło pod polskim uciskiem. Na czele tych Żydów stała matka z dwiema córkami, trzymająca w ręku chleb i sól. Zaczęła coś mówić i oficer niemiecki siedzący w gaziku od razu zorientował się, że nie są to Polacy. – Jude! – wrzasnął na całe gardło. Choć ledwo trzymał się na nogach, wziął od żołnierza pistolet maszynowy i krótką serią skosił całą trójkę, która padła na ziemię razem z chlebem i solą. Patrząc na to przypomniałem sobie słowa Żyda Herszka mówiącego, że Polacy są już w worku, który trzeba tylko zawiązać.

Rozstrzelany w Lubomlu

On sam nie dostał wtedy kuli, ale zginął w getcie w Lubomlu, rozstrzelany przez ukraińskich policjantów w trakcie jego likwidacji w 1942 r., wokół której jest jeszcze sporo niejasności i niedomówień. Niedawno byłem np. na wystawie poświęconej zagładzie Żydów w Lubomlu, której przygotowanie sfinansowali lubomelscy Żydzi, którzy przed wojną wyjechali do Ameryki. Wynikało z niej i zostało to zapisane w wydanym po angielsku informatorze, że mordu dokonali Niemcy. Tymczasem jest to nieprawda. Żydów w Lubomlu wymordowała policja ukraińska w służbie niemieckiej pod nadzorem dwóch czy trzech oficerów niemieckich. Rozstrzeliwała ich w cegielni w Borkach. Całą sprawę znam z obowiązków konspiracyjnych. Napisałem o tym obszerną informację do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, podając nazwisko Ukraińca, który dowodził ukraińską policją w Lubomlu.

Panu Władysławowi utkwiła w pamięci oczywiście nie tylko zagłada Żydów. Zapamiętał też, że Polacy mieszkający w Nowym Jagodzinie i Jagodzinie przyjęli wejście Niemców z ulgą.

Wszyscy odetchnęli, nie witali Niemców z entuzjazmem wiedząc, że to też okupant- wspomina. – Byli jednak zadowoleni, że perspektywę Sybiru mają już za sobą.

Marek A. Koprowski




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz