Wieczny uciekinier

“Powiedziałem sowieckiemu żołnierzowi, że też chciałbym zabrać się z nimi do Kowla. Ten zmierzył mnie wzrokiem i uśmiechając się powiedział – wezmi bimbru, samogon, a u nas zakuska, tuszonka jest! – Miałem parę dolarów, bo po rozbrojeniu żołd nam taki wypłacili. Za jednego dolara kupiłem wódki chyba ze trzy litry. Wsiadłem na samochód z tymi Sowietami i po około dwóch godzinach ruszyliśmy do przodu” – wspomina Tadeusz Wolak.

– Na drugi dzień wsadzili nas do auta i zawieźli na Majdanek do 3 Zapasowego Pułku Piechoty, do którego zostaliśmy wcieleni – wspomina Tadeusz Wolak. – Po paru dniach przyjechali „kupcy”, jak ich nazywaliśmy, czyli przedstawiciele jednostek szukających dla nich uzupełnień. Zostaliśmy przemundurowani i w grupie liczącej jakieś trzystu chłopa pomaszerowaliśmy piechotą do Warszawy. Prowadził nas jakiś kapitan czy porucznik. Ja długo się nie namyślając, postanowiłem uciec. Namówiłem do tego jeszcze przedwojennego podchorążego, starszego ode mnie, ale mającego mniej żołnierskiego doświadczenia i razem zwialiśmy. Ja wróciłem z powrotem do Lublina. Zatrzymałem się na noc przy ul. Łęczyńskiej u takiego uciekiniera z Kowla, który mieszkał w jednym pokoiku z żoną i dzieckiem. Rano wyszedłem na ulicę i zobaczyłem stojąca radziecką kolumnę transportową, zwróconą na Wschód. Spytałem się takiego starszyny, gdzie jadą. Znałem nieźle rosyjski, więc nie miałem kłopotów z dogadaniem się z tym podoficerem. Powiedział mi, ze jada do Kowla. Od razu błysnęła mi myśl, że powinienem wykorzystać okazję i też spróbować dostać się na Wołyń do Przebraża. Oczywiście nie to, żeby się tak ukryć, ale by odwiedzić rodzinę, zobaczyć czy przeżyła. Nie widziałem przecież bliskich już kilka miesięcy. Powiedziałem więc starszynie, że też chciałbym zabrać się z nimi do Kowla. Ten zmierzył mnie wzrokiem i uśmiechając się powiedział – wezmi bimbru, samogon, a u nas zakuska tuszonka jest! – Ja miałem parę dolarów, bo po rozbrojeniu żołd nam taki wypłacili. Za jednego dolara kupiłem wódki chyba ze trzy litry. Wsiadłem na samochód z tymi Sowietami i po około dwóch godzinach ruszyliśmy do przodu. Wsadzili mnie między beczki, dali taką pałatkę i rano już byłem w Kowlu”.

Na pomoc powstaniu

„Tam taką samą drogą ten starszyna załatwił mi u swojego kolegi transport do Kiwerc. Z nich do Przebraża było już blisko. W Przebrażu witano mnie jak zjawę. Ojciec bardzo się ucieszył, że przyjechałem, dałem znać, że żyję, ale jednocześnie ostrzegł – tu zostać nie możesz, bo zaczynają aresztować związanych z AK. – Zaczął mi wymieniać, że tego zabrali, tego zabrali… Przenocowałem więc tylko w Przebrażu i rankiem podobną drogą, płacąc bimbrem za przejazd sowieckimi transportami wróciłem do Lublina. Tu znów na ulicy zostałem zatrzymany wraz z innymi młodymi ludźmi, zapakowany do ciężarówki i zawieziony prosto na front, gdzieś w rejon Miłosnej. Tam nas dopiero uzbrojono. Jako partyzant otrzymałem przydział do oddziału rozpoznawczego. Taka byłą praktyka w całej armii. Jako zwiadowca na piechotę zwiedziłem całe okolice Warszawy, Rembertów, Kawenczyn i Pragę. Brałem też udział w desancie idącym na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Zostałem jednak ranny i ewakuowano mnie z powrotem i wraz z innymi rannymi powstańcami umieszczony w wielkim wojennym szpitalu Armii Czerwonej w Otwocku. Leżałem tam w sumie trzy tygodnie. Jak mnie trochę podleczono i mogłem już chodzić, zacząłem się zastanawiać, jak stąd uciec. Widziałem bowiem, że wypisanych ze szpitala zarówno powstańców warszawskich, jak i berlingowców przymusowo zabiera się na front dla uzupełnienia strat oddziałów radzieckich. Żadne protesty nic nie dawały. Armia Czerwona leżących w jej szpitalu traktowała jako swoich i koniec. Komendant tego szpitala, sowiecki pułkownik, tym, którzy mogli już chodzić, wydawał przepustki umożliwiające wyjście do miasteczka. Skwapliwie z nich korzystałem , żeby rozpoznać sytuację. Przy wyjeździe z miasteczka stał sowiecki punkt kontrolny”.

W ochronie Sztabu Generalnego

„Poszedłem do niego, żeby zobaczyć jak funkcjonuje. Za kolejnym razem dogadałem się z dowodzącym nim starszyną, że wsadzi mnie na samochód jadący do Lublina. Tak też się stało. Dzięki jego pomocy dostałem się ponownie do tego miasta. Tam spotkałem znów żołnierzy dywizji, m.in. Władysława Filara, już umundurowanych. Okazało się, że po znajomości dostali się oni do jednostki ochrony Sztabu Generalnego. Szefem sztabu tej jednostki był bowiem przedwojenny sierżant zawodowy WP, a członek AK, który później przeszedł do AL, skąd trafił do Armii Berlinga. W niej został awansowany do stopnia kapitana. Cenił on żołnierzy dywizji i całą ich grupę przyjął do swojego oddziału. Koledzy do niej należący powiedzieli mi – co będziesz się tułał, chodź do nas. – Zaprowadzili mnie do swego przełożonego i on mnie przyjął. Tu jednak już do AK się nie przyznałem i w moich aktach żołnierskich nie ma wpisu o mojej przynależności do dywizji. Do oddziału przyszedłem już w mundurze jako rekonwalescent ze szpitala. Służba w oddziale polegała na ochronie Sztabu Generalnego, pełnieniu wart i towarzyszeniu w charakterze eskorty, wyjeżdżającym na inspekcję oficerem, głównie oczywiście generałom. Byłem tam nawet dowódcą plutonu samochodów pancernych. Kiedyś jeździłem trochę na traktorze i bez trudu nauczyłem się tez prowadzić samochód pancerny. Zrobili mnie więc dowódcą plutonu składającego się z pięciu pancerek. Gdy jakiś generał wyjeżdżał na inspekcję w jakiś niebezpieczny teren, to w eskorcie zawsze znajdowała się pancerka. Sztab Generalny początkowo funkcjonował we Włochach pod Warszawą. Stolica była bowiem zniszczona.”

Zacząłem się uczyć

„Pamiętam, jak na stacji we Włochach witaliśmy odwiedzającego Polskę Eisenhovera. Oddział ochrony sztabu wystawił kompanię honorową. Po zakończeniu wojny pozostałem w wojsku i w Warszawie. Zacząłem się uczyć. Poszedłem do Akademii Nauk Politycznych, mającej przedwojenne tradycje , która jeszcze kilka lat po wyzwoleniu istniała. Poszedłem na kurs zerowy wydziału dziennikarstwo i wydziału konsularno-dyplomatycznego, nie miałem bowiem dużej matury. Musiałem podpisać oświadczenie, że zrobię maturę i zdałem ją na Woli przy ul. Sowińskiego. Studia ukończyłem i w wojsku mianowano mnie oficerem. Pełniłem w jednostce ochraniającej Sztab Generalny różne funkcje m.in. szefa służby uzbrojenia, pracowałem w kwatermistrzostwie. Stopniowo awansowałem, podwyższałem kwalifikacje. Założyłem rodzinę, urodziło mi się dziecko. Okresowo przeniesiono mnie również do Poznania, gdzie pełniłem funkcję zastępcy szefa WKR, a także kierownika referatu oficerskiego. W wyniku moich starań przeniesiono mnie z powrotem do Warszawy do IX Oddziału Sztabu Generalnego, zajmującego się kartografią, poligrafią. Stamtąd mnie jednak też szybko wysiudano, przenosząc do jednostki ochrony Sztabu Generalnego. Będąc w Poznaniu podjąłem też studia na wydziale prawa Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Uważałem bowiem, że oficer powinien być wykształconym człowiekiem. Poza tym nie wiedziałem, jak długo uda mi się utrzymać w wojsku w charakterze oficera zawodowego. Atmosfera w armii zaczynała się psuć.”

„Studiować nie musicie”

„Zapowiadało się na czystkę, która istotnie nastąpiła. W pierwszym rzędzie dotknęła ona tych z akowskim rodowodem. Ja formalnie byłem czysty, ale przyglądano mi się uważnie. W 1951 r. wezwano mnie do Departamentu Kadr Ministerstwa Obrony Narodowej i zaproponowano mi objęcie stanowiska dowódcy kompanii górniczej. Nie był to oczywiście awans. Kompanie te stanowiły rodzaj jednostek karnych, do których kierowano najbardziej podejrzany element. Majorowi, który złożył mi tę propozycję oświadczyłem, że nie mogę jej przyjąć. Ten zaś oświadczył, że nie jest to propozycja do dyskusji, tylko rozkaz i jeżeli go nie wykonam, to pójdę siedzieć. Zacząłem powoli tłumaczyć, że nie chodzi o to, że nie chcę wykonać rozkazu, ale są pewne okoliczności, które mi to utrudniają. Mówię mu, że jestem tu zadomowiony, ze mam rodzinę, że tu studiuję. – Studiować nie musicie – przerwał mi moje wywody major, coraz bardziej wściekły. Ja jednak twardo wyliczałem dalej, że byłem ranny, że się leczę, jestem chory. Major wtedy odetchnął i rzucił – no to piszcie raport do Centralnej Wojskowej Komisji Lekarskiej. To polecenie oczywiście wykonałem. Za jakiś miesiąc wezwano mnie na tę komisję, która orzekła, że jestem zdolny do służby nieliniowej w rezerwie. Komisja orzekła, że utraciłem 46 proc. zdrowia, z czego 36 proc. ze względu na służbę wojskową. Uznała mnie także za inwalidę wojennego i zwolniono z wojska. W całej sprawie chodziło o to, żeby się mnie pozbyć. Kadry niby nic na mnie nie miały, ale jacyś „usłużni” coś mogli donieść. Być może też stałem się „nienadiożny”, gdy odmówiłem ukończenia kursu dla oficerów politycznych, po którym miałbym zostać „politrukiem”. Odszedłem do rezerwy w stopniu kapitana.”

Cywilne awanse

„Dzięki zdemobilizowaniu uniknąłem zapewne aresztowania. Gdyby Informacja Wojskowa wywąchała, że w ankiecie personalnej oszukałem przełożonych nie podając, że byłem w AK, to dopiero miałbym się z pyszna. Gdy znalazłem się w cywilu, zacząłem szukać pracy, co nie było łatwe. Poszedłem wtedy do generała Piotra Jaroszewicza, który w owym czasie był trzecim wiceministrem obrony narodowej. Znałem go ze Sztabu Generalnego, gdy pracowałem w podległym mu pionie kwatermistrzostwa. Przez trzy miesiące w zastępstwie pełniłem też funkcję jego adiutanta. Wykonujący to stanowisko oficer zachorował i po operacji nie mógł szybko wrócić do służby. Jaroszewicz, o którym prywatnie zawsze miałem dobre zdanie, bo starał się szanować ludzi, przyjął mnie i zaproponował pracę w departamencie wojskowym Ministerstwa Przemysłu Ciężkiego. Pracowałem tam przez ładnych parę lat. Jako oficer rezerwy po odbyciu ćwiczeń, w charakterze kwatermistrza w I Pułku Lotniczym w Warszawie zostałem też awansowany na majora. Później przeszedłem do Instytutu Organizacji Przemysłu Maszynowego. Tam byłem konsultantem i wydawałem biuletyn. Stamtąd przeniesiono mnie do fabryki „Awia”, mającej jeszcze przedwojenne tradycje i zajmującej się produkcją silników. Najpierw byłem tam zastępcą dyrektora, a później dyrektorem naczelnym. Później dyrektorowałem w zakładach elektronicznych, byłem też krótko dyrektorem w centrali Handlu Zagranicznego, wysłano mnie następnie na placówkę handlową do Moskwy, gdzie kierowałem delegaturą „Unitry”. Jako przedstawiciel handlowy wyjeżdżałem również do Argentyny. W końcu lat siedemdziesiątych przeszedłem na emeryturę. Obecnie mimo, że stan mojego zdrowia nie pozwala mi na dużą aktywność, angażuję się w działalność środowiska żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty. Do niedawna byłem jego prezesem i redaktorem biuletynu. Obecnie już tylko redaguję biuletyn.

Marek A. Koprowski

forma płatności