Od Raszkowa do Jahorlika

Niewielu polskich turystów odwiedza Raszków i Jahorlik nad Dniestrem. Rzadko czynią to nawet miłośnicy „Trylogii” Henryka Sienkiewicza mimo, ze pisarz umieścił w nich część akcji „Ogniem i mieczem” i „Pana Wołodyjowskiego”.

Nie ma się temu co dziwić. Obie miejscowości leżą na terenie Przydniestrzańskiej Mołdawskiej Republiki. Samozwańczego państewka nie uznawanego przez nikogo, które dopiero dzisiaj zaczyna prowadzić rozmowy z Mołdawią o zakończeniu z nią konfliktu. Na razie jednak wjazd do PMR jest znacznie utrudniony. Można wjechać do niej na 10 godzin, jadąc tranzytem , a na dłuższy pobyt trzeba mieć zaproszenie. To zaś nie jest łatwo załatwić, bo formalnie Polska nie utrzymuje z PMR żadnych stosunków. Nie jest to jednak niemożliwe. W tym para-kraiku działa sześć parafii rzymskokatolickich, obsługiwanych przez Księży Sercanów z Polski i przy ich pomocy załatwić stosowne zaproszenie. Czynić to trzeba rzecz jasna z odpowiednim wyprzedzeniem. Na przejściu służby PMR żądają oryginału zaproszenia, a nie jego kopii w formie faxu czy internetowej przesyłki. Można oczywiście złagodzić ich opór wręczając łapówkę, wynoszącą jednak co najmniej 50 USD. Na przejściu otrzymujemy kwit, z którym następnie osoba, która nas formalnie zaprasza musi iść na milicję i stamtąd po uiszczeniu opłaty przyniesie nam kolejny, który będzie legalizował nasz pobyt w republice. Musimy nosić go w paszporcie i broń Boże nie zgubić. Przy wyjeździe musimy oddać go na przejściu. Oczywiście do PMR trzeba jechać samochodem. Od strony Ukrainy inaczej dostać się nie da. Najlepsze na wyprawę do PMR jest auto terenowe. Bez niego, niektóre okolice przyjdzie zwiedzać nam na piechotę. Załatwiając zaproszenie trzeba rozwiązać także kwestię noclegu. Najlepiej główną bazę wypadowa założyć w Raszkowie nad Dniestrem. Jest to miejsce najbardziej urokliwe, w którym też zachowało się najwięcej śladów polskości. Eksponują go nawet mołdawskie przewodniki. Od strony Ukrainy do Raszkowa najlepiej wjechać przez przejście w Pieszczance. Niech nikt nie próbuje dotrzeć do Raszkowa drogą z Jampola na Kamionkę. Jest ona wprawdzie krótsza, bardziej malownicza, ale jej ostatni odcinek od miejscowości Gruszka i prowadzący do granicy PMR o długości 5 km, wiedzie przez iście czartowe jary. Nadaje się wyłącznie dla kamazów. Już samo odnalezienie Raszkowa graniczy z cudem. Nie jest bowiem w ogóle oznaczona, a mieścina jest duża i plączących się ulic cała masa. Gdyby ktoś jednak jechał terenowym autem i miał jakieś kłopoty i nie znał tubylczych języków, to może szukać pośrednika w miejscowym barze. Barmanką jest w nim dziewczyna pracująca kilka lat w Polsce i doskonale znająca język polski. Jej ojciec zaś jest kierowcą.



Planując wyprawę do Przydniestrza trzeba też pamiętać, żeby jego granicę przekroczyć w miarę wcześnie, by jeszcze za dnia dotrzeć do Raszkowa i rozłożyć się na nocleg. Jeżeli będziemy w Raszkowie latem, a jesteśmy miłośnikami biwakowania pod namiotami, ze znalezieniem miejsca do ich rozbicia w pobliżu kościoła nie powinno być problemu. Stąd mamy przepiękny widok na całą okolicę. W miejscowości oprócz kościoła św. Kajetana trzeba zobaczyć także ruiny synagogi, jednej z najpiękniejszych na Kresach ruiny starej cerkwi, pozostałości zespołu dworskiego i oczywiście cmentarz katolicki z grobami okolicznej szlachty. Chodząc po osadzie można zastanawiać się, gdzie stała w niej „polska komenda”, którą dowodził pan Nowowiejski, gdzie Azja zarżnął starego pana Nowowiejskiego i gdzie skończył na palu, „sprawiony” przez Luśnię, który dotrzymując ślubu wywiercił mu jeszcze przed skonaniem oko, mszcząc się w ten sposób za jego napaść na „panią komendantową”.

Z Raszkowa trzeba tez zrobić wycieczkę do Waładynki, czyli do jaru, w którym Horpyna Dońcówna z polecenia Bohuna strzegła Helenę Kurcewiczównę. Jar leży 7 km od Raszkowa i jest niejako odnogą głównego jaru Waładynki, środkiem którego płynie rzeka, a na jego zboczach stoją zapadające się w ziemię stare chałupy. Czas zatrzymał się tu jeżeli nie w epoce, gdy włodarzem tych ziem była Rzeczpospolita, to przynajmniej gdy Raszków pod carskim zaborem był jeszcze w rękach polskich. Droga w jarze wspina się coraz wyżej, by po kilku kilometrach , gdy jar staje się coraz węższy, przeciąć rzekę. Droga nadaje się rzecz jasna tylko dla samochodów terenowych, ale warto ją przeżyć, by zobaczyć jak żyli niegdyś tu ludzie w czasach, gdy Bies rządził tą krainą. Od tego czasu w jarze zmieniło się niewiele. Bies zresztą nie całkiem stąd się wycofał. Prawosławny pop, który usiłował go wygnać porzucił zbudowaną przez siebie cerkiew i przestał do niej dojeżdżać. Świątynia popada w ruinę i nikt się w niej nie modli. Z jej wieży można zobaczyć najbliższą okolicę, a na niej dzwony wykonane z pociętych butli gazowych. Opuszczona cerkiewka stoi na tym samym prawym brzegu Waładynki, po której znajduje się jar, w którym Horpyna więziła kniaziównę, czyli na prawym brzegu rzeki. Jego topografia zgadza się z opisem uczynionym przez Henryka Sienkiewicza, który w usta Rzędziana tłumaczącego Wołodyjowskiemu i Zagłobie, jak dotrzeć do jaru, włożył następujący pasus:” Jar będzie po prawej ręce, które po tym poznamy, że wejście do niego skałą zawalone, na pierwszy rzut oka wydaje się , że wcale wjechać nie można, ale w skale jest wyrwa…Istotnie, jest wejście skałą zawalone, ale jar za nim niezbyt efektowny. Nie ma w nim strumienia poruszającego koło młyna, służącego Horpynie do przepowiadania przyszłości. To wąska skalna rozpadlina, kończąca się po kilkuset metrach. Wejście zamknięte jest furtka. Latem, gdy miłośników Sienkiewicza zaglądających do jaru jest sporo, miejscowi młodzieńcy usiłują pobierać od nich opłaty za wejście do jego środka. Lepiej dać im datek i nie dyskutować. Tu jedna uwaga. Na wszelki wypadek do Waładynki lepiej nie wybierać się z całą posiadaną przy sobie walutą. Zdarzały się w nim bowiem napady na turystów. Obrabowana została w nim wycieczka kleryków z Seminarium Duchownego w Gródku Podolskim.

Z Raszkowa powinniśmy wybrać się także do Słobody Raszkowej, polskiej wsi stanowiącej jedyne tak duże nie tylko w Przydniestrzu, ale i w całej Mołdawii zwarte skupisko polskie. W tutejszym kościele św. Marty ludzie wciąż modlą się w języku polskim. Wyszło z niej siedmiu księży w tym jeden biskup. Piotr Malczuk franciszkanin został niedawno biskupem pomocniczym diecezji odessko-symferopolskiej. W wiosce tej warto spędzić kilka godzin, umawiając się wcześniej na rozmowę z ks. Henrykiem Soroką, pracującym w tej miejscowości od 1990r. To prawdziwy skansen polskości istniejący tu od początku XVIII w.

Bazując w Raszkowie trzeba też koniecznie odwiedzić Rybnicę, stosunkowo młode, bo liczące 70 lat miasto, zbudowane wokół wsi Rybnica założonej przez polskich osadników na początku XIX w. Trzeba w nim zobaczyć koniecznie nowo zbudowany kościół i stojącą obok cerkiew także niedawno wzniesioną. To dwa symbole dzisiejszej duchowości miasta.

Z Rybnicy jest już tylko 60 km do Jahorlika. Tu u ujścia rzeki Jahorlik do Dniestru był wbity najdalej wysunięty na południe słup graniczny Rzeczypospolitej. Stąd do Odessy jest już tylko 180 km! Miejsce to łatwo poznać, bo Jahorlik jest w tym miejscu szeroko rozlany, tworząc coś w rodzaju zalewu. Choć słupa granicznego z czasów Rzeczypospolitej tu nie znajdziemy, to jednak warto się tu zatrzymać nie tylko na chwilę dumania o dawnej potędze, ale by zobaczyć rezerwat hydrologiczny „Jahorlik”, obejmujący swym zasięgiem ujście rzeczki, a także przylegające do niego tereny stepowe.

Na zakończenie pobytu w Naddniestrzu warto też odwiedzić jego stolicę Tyrasopol. Jest ono niezbyt piękne i nasycone pomnikami z minionej epoki, ale fascynuje swoją odmiennością. Gdy nawiedzimy nowy katedralny prawosławny sobór, przeżyjemy zdziwienie, gdy skonstatujemy, że jest ona pod wezwaniem „Matki Boskiej Częstochowskiej”, a jej główna ikona przyjechała… z Częstochowy , o co specjalnie prosił tutejszy prawosławny biskup. Sprowadzenie tej ikony tak ożywiło tutejszych Polaków, że założyli w Tyrasopolu Stowarzyszenie „Jasna Góra”.

Z Tyrasopola możemy przez Bendery wyjechać do Mołdawii, choć lepiej na noc wrócić do Raszkowa i za dnia przekroczyć granicę. Jeżeli ukraińską, to najlepiej przez Pieszczankę. Do Mołdawii najlepiej się udać przez przejście w Rybnicy.

Marek A. Koprowski

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz