Sportowy komisarz

Historycy o tym nie wspominają, ale na własne oczy widziałem, że załogi bunkrów były zamykane z zewnątrz. Wiedziały, że nie mają wyboru. Biły się więc twardo do końca, nie poddawały się. Trzeba było je wybijać do nogi, a umocnienia wysadzać.

– Z Sum przez Kijów, Żytomierz, Chełm, Lublin dotarliśmy w rejon Warszawy – wspomina Jan Niewiński. – Tu się zatrzymaliśmy. Warto może w tym miejscu wspomnieć, co działo się w tym czasie z moją rodziną. Jak mnie Sowieci zabrali do Krzemieńca, to przeprowadzili w Rybczy mobilizację dziewcząt do batalionów roboczych. W miejscu młodych mężczyzn wziętych do wojska, miały one pracować w kopalniach w Donbasie. Dwie moje siostry Jadzia i Halinka też zostały do tych batalionów pracy zabrane. Cały transport tych polskich dziewcząt z Wołynia na szczęście nie dojechał do miejsca przeznaczenia i siostry do kopalni nie trafiły, dzięki czemu przeżyły. Wiadomo, że do takiej pracy młode dziewczęta się nie nadawały Jak transport zatrzymał się na stacji w Konotopie, to po drugiej stronie peronu stanął pociąg, z którego wyładowywali się polscy żołnierze. Konotop odległy o 40 km od Sum był także wykorzystywany jako ośrodek formowania jednostek Wojska Polskiego. Jak polscy żołnierze zobaczyli, że w pociągu jadą polskie dziewczęta, to nie pozwolili transportowi jechać dalej. Uwolnili dziewczyny, które zostały wcielone do polskiej armii. Utworzono z nich najpierw batalion, a później pułk kobiecy.



Wykonywały różne funkcje

Powołane do niego wykonywały różne funkcje. Głównie służyły w łączności, a także w oddziałach sanitarnych itp. Moje siostry trafiły do łączności. Wykonywały funkcje radiotelegrafistek. Nie pozwoliły się rozdzielić i służyły w jednej jednostce. Jeszcze po wojnie służyły w pułku lotniczym w Radomiu. Jak wtedy je odwiedziłem, to nie mogłem dostać się do ich kwatery w koszarach. Siostry przystawiały do drzwi szafę, a do niej jeszcze łóżko, by nikt nie mógł do nich wtargnąć. Wiadomo, że w tamtych czasach amatorów kobiecych wdzięków nie brakowało. Moje siostry do łatwych nie należały i dbały o swoją godność. Jeśli chodzi o moje dalsze losy, to chciałbym nadmienić, że od jesieni do rozpoczęcia ofensywy styczniowej 4 dywizja, tak jak inne jednostki WP, prowadziła działania szkoleniowe. Dywizja zajmowała też odcinek obronny między portem praskim a Karczewem. Od 20 października 1944 r. na szkolenie przeznaczono 8 godzin dziennie. Przełożeni przykładali szczególne znaczenie do uczenia żołnierzy walk w terenie zurbanizowanym, prowadzenia rozpoznania i rozwinięcia przez podkomendnych umiejętności strzeleckich. W rejonach kwaterowania urządzono tzw. strefy szturmowe, składające się z torów przeszkód, które żołnierze musieli codziennie pokonywać. Dużą wagę przywiązywano do zajęć instruktorsko-metodycznych z kadrą wszystkich szczebli. Uczono na nich przede wszystkim zasad forsowania szerokich przeszkód wodnych, walki w głębi obrony wroga oraz walki o duże miasto.

Marsz na Pomorze

– Dowództwo armii wyciągnęło wnioski z nieudanych działań na przyczółku czerniakowskim. Oddziały wysłane n pomoc powstaniu złożone były przede wszystkim z żołnierzy z Kresów, którzy nigdy na własne oczy nie widzieli dużego miasta, nie umieli się po nim poruszać, a co dopiero walczyć w jego ruinach. Nie była to oczywiście główna przyczyna niepowodzenia operacji, ale niewątpliwie odegrała swoją rolę. Po rozpoczęciu ofensywy styczniowej i zajęciu ruin Warszawy 4 dywizja, działająca w ramach I Armii, ruszyła w kierunku Bydgoszczy. Marsz, jak pamiętam, odbywał się w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych i trwał od 19.01 do 28.01. 1945 r. Gdy zakończyliśmy ześrodkowanie, otrzymaliśmy rozkaz przejścia do natarcia w kierunku Jastrowia, gdzie na naszej drodze stanął Wał Pomorski. Była to linia fortyfikacji, budowanych w wielu etapach na wschodniej granicy Niemiec w rejonie Pojezierza Zachodniopomorskiego. Miała długość 235 km i biegła do Darłówka nad Bałtykiem. Linia składała się z wielu potężnych umocnień, w tym wielu schronów połączonych podziemnymi korytarzami. Cały ten system był dodatkowo wzmocniony umocnieniami polowymi. Ponadto był wkomponowany w teren, który już sam w sobie był trudny do przebycia.

Trzeba było je wybijać do nogi

– Na odcinku natarcia 4 dywizji teren był zalesiony i zabagniony, pokryty jeziorami, których przesmyki były silnie umocnione schronami. Teren ten był przez nas zupełnie nierozpoznany i stanowił zagadkę. Poruszaliśmy się po omacku. Dodatkowym utrudnieniem były warunki atmosferyczne. Mróz w nocy dochodził do minus 18 stopni Celsjusza. Silny północny wiatr przyniósł zamiecie śnieżne. Atakować nam przyszło bez dostatniego wsparcia artyleryjskiego. Bunkry i schrony zdobywaliśmy przy pomocy granatów. Trzeba było podczołgać się pod otwór strzelniczy i wrzucić do niego wiązkę granatów. Jednym granatem schronu załatwić się nie dało. Składały się one z wielu pomieszczeń i często kilku poziomów. Historycy o tym nie wspominają, ale na własne oczy widziałem, że załogi bunkrów były zamykane z zewnątrz. Wiedziały, że nie mają wyboru. Biły się więc twardo do końca, nie poddawały się. Trzeba było je wybijać do nogi, a umocnienia wysadzać. Podnieśliśmy ciężkie straty. 4 dywizja przełamała Wał, ale za cenę wielkich strat. Z dużą ilością rannych nie mogła poradzić sobie służba medyczna. Niemcy bronili się bardzo zawzięcie. Gdy 6 lutego o piątej rano po całonocnych walkach 10 pułk 4 dywizji pod dowództwem płk. Wincentego Potapowicza, dokonał przełamania niemieckich umocnień, Niemcy w ciągu 5 następnych godzin przeprowadzili 9 kontrataków.

Dla nich wojna się skończyła

– W wyłom weszły następne jednostki i zaczęły go pogłębiać. Kolejne parły do przodu. Nie był to koniec walki na Wale. W rękach niemieckich pozostały jeszcze całe zespoły schronów i innych umocnień. Zablokowane z dwóch stron były łatwiejsze do zdobywania. Bardzo ciężkie boje przyszło 4 dywizji toczyć także o Kołobrzeg. Rosjanie wcześniej omal nie zajęli miasta z marszu. Zdobyli dworzec towarowy i nie ruszyli w pościg za ewakuującymi się statkami Niemcami, bo na stacji stały cysterny ze spirytusem technicznym. Dla nich wojna już się skończyła. Zaczęli strzelać do cystern, z których strumieniami zaczęły się lać tysiące litrów spirytusu. Nacierające jednostki sowieckie się zatrzymały, zaczynając się kąpać w spirytusie, a Niemcy widząc to wrócili na pozycję i rozpoczęli ich zażarta obronę. Miasto było przez Niemców zamienione w twierdzę. Przy budowie urządzeń obronnych hitlerowcy wykorzystali warunki terenowe. Miasto otaczała podmokłą dolina, szeroka na kilkaset metrów, przez środek której biegł rów melioracyjny. Wiosną dolina była niedostępna. Od wschodu miasta bronił podmokły park, a od południowego wschodu zwarta zabudowa starego miasta, włączona w system obronny. Wiele ulic zostało zabarykadowanych.

Bitwa o Kołobrzeg

– Wszystkie większe obiekty w mieście, takie jak parowozownia, dworzec, czy koszary „czerwone” i „białe”, czy fabryki przekształcono w rejony umocnione. 4 dywizja została skierowana do walk o Kołobrzeg, gdy natarcie na jego przedmieściach ugrzęzło. 12 marca, gdy pierwsze jego pułki przystąpiły do ataku, Polacy przełamali pierwszą linię obrony Niemców i wdarli się do miasta. Walki w nim toczono o każdy metr, o każdy dom. 12 pułk 4 dywizji jako pierwszy wyszedł nad Bałtyk. Niemców w końcu zepchnięto na niewielki przyczółek wokół portu, poprzez który zdołali się ewakuować na statkach i okrętach, które wcześniej wspierały ich ogniem dział. Gdy ja dotarłem nad morze, na horyzoncie zobaczyłem jeszcze trzy oddalające się statki. Bitwa o Kołobrzeg trwała w sumie 10 dni. Kosztowała ponad tysiąc poległych żołnierzy i prawie trzy tysiące rannych. Średnio na dobę nasze oddziały posuwały się o trzysta, czterysta metrów. Z Kołobrzegu 4 Dywizja Piechoty przez Odrę i północny Berlin dostała się nad Łabę, skąd ją wycofano do kraju. Tu dowiedzieliśmy się, że przestajemy być jednostką liniową, a stajemy się częścią KBW. Nikt nikogo nie pytał, czy chce być w nowej formacji, czy nie. Był rozkaz i koniec. Wielu chłopaków z Kresów i AK, którzy nie mieli co ze sobą zrobić, których bliskich wymordowano cieszyło się, że mają się gdzie podziać.

Rotmistrz Kostarski

– Z innych jednostek demobilizowanych po wojnie Kresowianie, zwłaszcza kadra, szła do WOP-u, który działał tak jak KBW w strukturach MSW. Ja, który po wojnie zostałem awansowany na porucznika, trafiłem do Andrzejowa pod Łodzią. Mianowano mnie dowódcą plutonu podchorążych w szwadronie kawalerii, stacjonującym na Wiśniowej Górze, podlegającego Szkole Oficerskiej KBW, stacjonującej w Radziejowej. Dowódcą szwadronu był przedwojenny rotmistrz Kostarski, wspaniały człowiek. Przystojny oficer, za którym baby szalały. Szkolenie w szwadronie odbywało się według przedwojennych zasad i regulaminów. Jako były „Krakus” czułem się w siodle bardzo dobrze. Tu może trzeba zaznaczyć, że KBW funkcjonowało po wojnie tak jak wszystkie inne jednostki wojskowe WP na wzór armii przedwrześniowej. Rano i wieczorem były modlitwy. W niedzielę w zwartym szyku żołnierze szli do kościoła. Działali w nim kapelani. Przy KBW działał odrębny dziekanat, na czele którego stał ks. Michał Zawadzki, absolwent Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Jako kapłan był więziony w obozach koncentracyjnych m.in. w Stutthoffie, Sachsenhausen i Dachau. W szwadronie służyłem od wiosny do jesieni. Później wraz z całą szkołą przeniesiono mnie do Legnicy. Mianowano mnie tu dowódcą plutonu w kompanii politycznej.

Instruktor wychowania fizycznego

Tuż przed promocją na egzaminach przedpromocyjnych mój pluton zajął w szkole pierwsze miejsce, w związku z czym spodziewałem się jakiegoś docenienia. Zamiast niego zostałem wysłany na kurs dla oficerów instruktorów wychowania fizycznego. Był to rozkaz z Warszawy i wymówić się od niego nie mogłem. Zalecał on wysłanie do stolicy oficera najsprawniejszego fizycznie. Na kursie, który odbywał się głównie na obiektach sportowych „Legii” spotkałem wielu różnych cwaniaków byłych sportowców. Czułem się wśród nich trochę jak Jasiu Zielone Ucho, niemniej jakoś dawałem sobie radę. Ukończyłem kurs z I lokatą. Po nim wróciłem do szkoły w Legnicy już tylko po to, aby się rozliczyć i zdać obowiązki. Zostałem wyznaczony na starszego wykładowcę w podoficerskim pułku szkolnym KBW w Szczytnie. Mieścił się on w obiektach poniemieckich, w składzie których znajdowała się sala sportowa i stadion. Samo miasteczko wzięte przez Sowietów bez walk było kompletnie zniszczone. Maruderzy sowieccy je podpalili i dopiero dźwigało się ze zgliszcz. Wśród elewów tej szkoły było też wielu byłych AK-owców . Nie wiem, czy wstępowali tam z własnej woli, czy, jak później głosiła propaganda, na polecenie WiN, żeby infiltrować KBW. Warto zauważyć, że kapelani nadal w tej formacji byli, a partia działała w podziemiu.

Formalnie bezpartyjne

– Wojsko formalnie było bezpartyjne. Struktury partii oficjalnie się nie ujawniały. Nastąpiło to dopiero po aresztowaniu Gomułki i Spychalskiego . Wtedy też w wojsku, w tym także w KBW zaczęła się czystka i polowanie na AK-owców. Ich los był tragiczny. W szkole w Szczytnie pracowałem do 1948 r. Oprócz zajęć sportowych dla elewów co sobotę organizowałem na stadionie różne imprezy sportowe, pokazy, czy zawody dla okolicznej ludności. Cieszyły się one wśród niej dużą popularnością. Stanowiły bowiem w tej głuszy jedyną rozrywkę i miejsce spotkań. Na ostatnich zawodach, gdy wszyscy wiedzieli, że szkoła będzie zlikwidowana, burmistrz miasteczka wręczył mi nawet dyplom w imieniu mieszkańców Szczytna za prowadzoną dla nich działalność sportową. W 1948 r. przeniesiono mnie do Warszawy. Tu wyznaczono mnie na starszego inspektora w Wydziale Wyszkolenia Bojowego Wojsk KBW. Zajmowałem się wyszkoleniem strzeleckim i sportowym. Jeździłem po różnych jednostkach i dokonywałem kontroli. Była to bardzo przyjemna praca. Obowiązków specjalnych nie miałem. Jak przyjeżdżałem na kontrole, to wiadomo, że pana inspektora przyjmowano z „odpowiednim traktowaniem”. Brzucha jednak od poczęstunku nie dostałem. Wprost przeciwnie.

Kurs na AWF

– Dbałem o kondycję i sprawność, więc przełożony płk Zybert wysłał mnie na roczny przyspieszony kurs na Akademię Wychowania Fizycznego. Był to specjalny kurs, zorganizowany dla oficerów. Zajęcia prowadzono bardzo intensywnie trwały na nim 12 godzin dziennie. Przerabialiśmy w jego trakcie skrócony program całej uczelni. Gdy go zaliczyłem z drugą, czy trzecią lokatą, zostałem wyznaczony na szefa wyszkolenia fizycznego wojsk KBW. Nie była to jakaś lukratywna funkcja. Sport w KBW jak zresztą w całej armii traktowano jako piąte koło przy wozie. Oficerowie odpowiedzialni za wychowanie fizyczne mieli najniższe grupy zaszeregowania. W zamian jednak mieli poczucie sensownej roboty. Dbali o kondycję fizyczną żołnierzy. Ze względu na to, że nic nie potrafiłem robić na pół gwizdka, zostałem też działaczem Zrzeszenia Klubów Sportowych „Gwardia”, obejmujących swym zasięgiem wszystkie formacje funkcjonujące w ramach MSW. Zaangażowałem się również w działalność Polskiego Związku Gimnastycznego. Szybko wybrano mnie na wiceprezesa Warszawskiego Okręgowego Związku Gimnastycznego. W1956 r. na fali odwilży objąłem obowiązki sekretarza generalnego „Gwardii”. Dokonałem uporządkowania spraw kadrowych zwalniając wielu obiboków. Od tamtego czasu przylgnęło do mnie miano antysemity.

„Zadeklarowany antysemita”

– Kilku leserów, których zwolniłem było bowiem żydowskiego pochodzenia. Niejaki Goldberg publicznie na sali odpraw zarzucił mi nawet, że jestem „zadeklarowanym antysemitą”. Żydów, którzy zostali zwolnieni było tylko czterech, a wszystkich, którzy trafili na zieloną trawkę za nieróbstwo trzydziestu kilku. Ten przydomek „antysemity” idzie za mną przez całe życie, ale jakoś nauczyłem się nie przywiązywać do tego wagi. Widząc nieudolność centralnego zarządzania zaproponowałem, żeby rozwiązać Zrzeszenie „Gwardia” i zastąpić je federacją klubów. Przeprowadzenie tej koncepcji wiązało się z licznymi problemami. Ida ta stanowiła w ówczesnej sytuacji politycznej całkowite novum. Jej wprowadzeniu w życie przesądziła pozytywna opinia Głównego Komitetu Kultury Fizycznej. Po dwóch latach rozwiązanie proponowane przeze mnie w „Gwardii” wprowadzono w całym sporcie. Funkcję sekretarza generalnego pełniłem przez kilka kadencji. Zrezygnowałem z niego, gdy koledzy tego Goldberga, zaczęli za bardzo mnie zwalczać. Wróciłem do wojska, a po pewnym czasie w 1974 r. postanowiłem przejść do cywila. Osiągnąłem bowiem wiek, w którym mogłem przejść na emeryturę. Wypoczywałem tylko kilka dni, gdy zadzwonił do mnie przewodniczący Głównego Komitetu Kultury Fizycznej Reczek i zaprosił na rozmowę. Gdy się do niego zgłosiłem, oświadczył mi, że z powodu pewnych nieprawidłowości Zarząd Polskiego Związku Bokserskiego został rozwiązany i w związku z tym on proponuje mi objęcie obowiązków komisarycznego zarządcy związku.

Umoczenie w machlojki

– Boks nie był moją specjalnością. Powiedziałem Reczkowi, że muszę się zastanowić, a przede wszystkim zapoznać z dokumentami. Reczek dał mi teczkę z różnymi materiałami. Z ich lektury wynikało, że działacze i trenerzy Polskiego Związku Bokserskiego są umoczeni w różne machlojki i przekręty. Z wielkim bólem skonstatowałem, że najbardziej jest umoczony w nie Feliks Stamm. Dowody przeciwko niemu były miażdżące. Zamienił on Polski Związek Bokserski w swój prywatny folwark. Sprawa była bardzo nieprzyjemna. Władze zdecydowały się ją wyciszyć. Zbliżały się ważne jubileusze w polskim boksie i należało jak najszybciej opanować sytuację. Podjąłem się tego zadania i zostałem komisarzem związku. Był to najtrudniejszy okres w moim życiu. Jakoś udało się mi wyprowadzić wszystkie sprawy na prostą. Na krótki okres czasu wybrano mnie prezesem związku na nadzwyczajnym walnym zebraniu. Na Kongres AJBA, czyli Międzynarodowego Stowarzyszenia Boksu, którego Polska była gospodarzem, nie mógł jechać komisarz, byłaby to bowiem kompromitacja i bardzo czytelny sygnał, że w Polskim Związku Bokserskim dzieje się źle. Kongres odbył się w Poznaniu i moje pojawienie się na nim wywołało sensację. Nikt mnie nie znał. Nie byłem przecież dotąd związany ze światem bokserskim zupełnie.

Działacz PKOL

– Wybrano mnie na przewodniczącego komisji skrutacyjnej. Prezydentem AJBA został wybrany Rosjanin Nikołaj Nikiforow Denisow. Później odbył się Kongres Polskiego Boksu w Warszawie, na którym oficjalnie pożegnaliśmy „papę” Stamma, który odszedł na emeryturę. Nie wtajemniczeni nie zorientowali się dlaczego musiał odejść. Uniknęliśmy skandalu i jednocześnie ocaliliśmy legendę. Ja na takie rozwiązanie od początku nastawałem. Z nazwiskiem Stamma wiązały się największe osiągnięcia polskiego boksu na światowej arenie. Gdybyśmy oddali do prokuratorowi uderzyło by to w całą reprezentację. Zahamowało rozwój polskiego boksu. Ja po tym fakcie uznałem, że swoje zadanie wykonałem i ustąpiłem z funkcji prezesa Polskiego Związku Bokserskiego. Później pracowałem w Polskim Komitecie Olimpijskim. Byłem przewodniczącym jego Komisji Sportowej. Mój poprzednik narobił także machlojek i Reczek uznał, że skoro byłem komisarzem w PZB, to i w tamtej komisji zrobię porządek. Moim zastępcą był rektor Akademii Wychowania Fizycznego. Dzięki swojej działalności w ruchu sportowym udało mi się być na kilku olimpiadach, m.in. w Rzymie, Tokio i Meksyku. Gdy zakończyłem działalność w sporcie na kilka lat znalazłem odskocznię w hodowli kwiatów.

Hodowca tulipanów

– Za oszczędności kupiłem działkę, na której zacząłem hodować tulipany. Była to wówczas bardzo intratna działalność, przynosząca spore zyski. Za nie urządziłem dzieci, które się w pobliżu „tulipanowej działki” pobudowały. Jak produkcja tulipanów przestała się opłacać, to okazało się, że w zmienionych realiach wartość mojej działki, położonej przy Lesie Kabackim, mającej powierzchnię dwóch hektarów, wzrosła stukrotnie. W latach dziewięćdziesiątych, będąc materialnie niezależnym, zaangażowałem się w walkę o prawdę o tragicznych wydarzeniach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, która od samego początku była składana na ołtarzu dobrych stosunków z odrodzonym państwem ukraińskim. Tacy politycy jak Kuroń, Geremek i Czech robili wszystko, żeby zamazać fakt, że w czasie II wojny światowej na terenie ziem wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej, znajdujących się pod okupacją niemiecką, obywatele polscy narodowości ukraińskiej, w bestialski sposób wymordowali 200 tys. obywateli polskiej narodowości polskie, żydowskiej, ormiańskiej, czeskiej, a także ukraińskiej. Postawy polityków przekładały się na działania środowisk naukowych i medialnych. W instytutach historycznych nie prowadzono badań dotyczących stosunków polsko-ukraińskich.

Trudne pytania

– Dziennikarze nie chcieli zajmować się problemem. Jeżeli już, to robili to w tendencyjny sposób, prezentujący ukraiński punkt widzenia. Usiłowano w te działania wciągnąć Okręg Wołyński Światowego Związku Żołnierzy AK, czyli weteranów 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty. Ten zorganizował cykliczne seminaria pod ogólnym tytułem „Polska-Ukraina trudne pytania”. Biorący w nim udział historycy ukraińscy usiłowali stronie polskiej narzucić swój punkt widzenia. Niektórzy uczestnicy strony polskiej gotowi byli przynajmniej częściowo je zaakceptować. Trzeba się było tym działaniom przeciwstawić. Mocno się w to zaangażowałem. Zacząłem szukać różnych sprzymierzeńców i sojuszników usiłujących, tak jak ja, walczyć o prawdę. Żałuję, że przedwczesną śmiercią zmarł historyk Wojciech Poliszczuk, badacz niesłychanie uczciwy, zarówno wobec Polaków, jak i Ukraińców. Obecnie, gdy obchodzimy 70-tą rocznicę mordów wołyńskich, dużo się mówi o konieczności pojednania.

– Nie wiem tylko, kto z kim ma się jednać. Władze polskie już dawno pojednały się z banderowcami. Niektórzy politycy utrzymują z nimi wręcz przyjazne stosunki. Między Polakami a Ukraińcami żadnych zgrzytów nie ma. Wyrosły nowe pokolenia, a ukraińscy zbrodniarze, którzy mordowali już dawno nie żyją. Trzeba jednak w trosce o prawdę historyczną dokonać moralnej oceny tego, co zdarzyło się na Kresach Rzeczypospolitej. Trzeba ludobójstwo nazwać ludobójstwem. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia muszą zostać uznane za organizacje zbrodnicze.

Marek A. Koprowski

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz